01.01.2026, 22:32 ✶
Noc muzeów była jedyną rzeczą za jaką należało mugoli pochwalić. To i jeszcze takie precelki w czekoladzie posypane solą. Nic innego mu nie przychodziło na myśl.
Ale skoro mugole oferowali darmowe wejście do swoich przybytków kultury - nie szło odmówić. Może nie uśmiechało mu się spanie na ziemi pod wielkim szkieletem czegoś co nazywali dinozaurem, a dla niego było tylko i wyłącznie zbieraniną kości. Strach pomyśleć, co jeśli te wszystkie cholerstwa ożywały w nocy? Jak mumie, które podobno przytargano tu aż z Egiptu, czy rzeźby rdzennych mieszkańców Afryki. Szczerze powiedziawszy byłby w stanie sobie wyobrazić tego Tyranozaura Rexa ganiającego po przestronnych korytarzach muzeum niczym piesek za piłką.
Ale to była jedyna okazja żeby zobaczyć tutejsze zbiory sztuki sakralnej, a Baldwin nie zamierzał tego przegapić. Skłamałby przecież mówiąc, że ich malarstwo różniło się w swoim rdzeniu od malarstwa mugolskiego. Nakładano te same farby na te same płótna, ale to Matka tchnęła magię w dzieła.
Lorraine się zaoferowała z towarzystwem - nie oponował. Nigdy nie oponował. Chociaż nie przepadał kiedy porzucała czarodziejskie szaty na rzecz mugolskich spódnic i sweterków, to przecież sam nie był lepszy w swoich spranych, wciąż uwalonych farbą jeansach.
Słuchał mugolskiego przewodnika z raczej niewielkim zainteresowaniem, ale wyłapał parę słów. Kimkolwiek był ten cały Chrystus, chyba go nieszczególnie lubili. Pamiętał, że nawet Pan Ojciec o tym opowiadał pewnego razu. O mugolach, którzy tworzyli własnych proroków, o krzewach zajętych ogniem, które nie płonęły, o rozwarciu się morza na dwoje. O wszystkim co skradli czarodziejom i bluźnierstwach wobec Matki. Gdy niszczyli jej pierwsze świątynie, palili święte drzewa i mordowali praojców. A jednak sam Baldwin nie znał do końca lore tego całego syna bożego. Więc miło było posłuchać herezji z ust mugolskiego przewodnika, który z takim natchnieniem opowiadał o ofierze syna. Który ojciec nie pragnął skąpać własnych dzieci we krwi, niczym baranków prowadzonych na rzeź? Od tego wszak byli ojcowie - z ich boskich ust spływały słowa, którymi oblekali karę i łaskę. Barok widział w Bogu człowieka. Mugola. Zwykłego, cierpiącego na ludzkie przywary umysłu i ciała idiotę, który raz uwierzył, że boski ojciec okaże mu miłosierdzie.
Lorraine wyrwała go z myśli, trochę przypominając Rozalindę, gdy ta, spragniona atencji, podgryzała go w ucho. Wreszcie oderwał wzrok od pociągnięć pędzla mugolskiego mistrza; spojrzał w dół niewidzącym wzrokiem. Przeszłość mieszała się z teraźniejszością, każdy jeden bodziec stłumiony przez monotonny szept Pana Ojca w jego myślach. A może mugolskiego przewodnika? A może jeszcze kogoś innego, kogoś czyj głos tłumił w Baldwinie wszystkie instynkty. Tego, który dla zabawy spaliłby całą kolekcję płócien, a z ich prochów stworzy poemat. Z ich prochów.
Chwila minęła, gdy zdołał przetworzyć zadane pytanie. Przez cały czas wpatrywał się w jej jasne oczy. Pozwalał mugolom przejść kawałek dalej. Ta wycieczka nie czekała na maruderów.
- W bluźnierstwach kryje się rozłam świata. Myślisz, że przybili go do krzyża, bo głosił swoje bluźnierstwa?- Stał jeszcze przez chwilę przed obrazem, ale widząc słabość Lorraine, odprowadził ich kawałek dalej - w nieco spokojniejsza alejkę. W tej, gdzie zawieszono dzieła Bartolome’a Murillo. Pamiętał z poprzednich wycieczek, że właśnie tam ustawiono ławeczki. Usadził na jednej z nich siostrę, kucając przy niej.
- Odpocznij, proszę.- Powiedział miękko.
Zaraz ruszą dalej, oglądając kolejne dzieła znanych i mniej znanych artystów, ale teraz mogli przez moment pobyć w ciszy, pod spoglądając ze swoich pozłacanych ram Dziewicy z różańcem I może raz, przez jeden moment Baldwinowi przemknęło przez myśl odziać w czerwienie i granaty siedzącą przy nim wilę. Ale nie powiedział tego na głos, po prostu delikatnie głaszcząc ją po kolanie, gdy łapała oddech.
Ale skoro mugole oferowali darmowe wejście do swoich przybytków kultury - nie szło odmówić. Może nie uśmiechało mu się spanie na ziemi pod wielkim szkieletem czegoś co nazywali dinozaurem, a dla niego było tylko i wyłącznie zbieraniną kości. Strach pomyśleć, co jeśli te wszystkie cholerstwa ożywały w nocy? Jak mumie, które podobno przytargano tu aż z Egiptu, czy rzeźby rdzennych mieszkańców Afryki. Szczerze powiedziawszy byłby w stanie sobie wyobrazić tego Tyranozaura Rexa ganiającego po przestronnych korytarzach muzeum niczym piesek za piłką.
Ale to była jedyna okazja żeby zobaczyć tutejsze zbiory sztuki sakralnej, a Baldwin nie zamierzał tego przegapić. Skłamałby przecież mówiąc, że ich malarstwo różniło się w swoim rdzeniu od malarstwa mugolskiego. Nakładano te same farby na te same płótna, ale to Matka tchnęła magię w dzieła.
Lorraine się zaoferowała z towarzystwem - nie oponował. Nigdy nie oponował. Chociaż nie przepadał kiedy porzucała czarodziejskie szaty na rzecz mugolskich spódnic i sweterków, to przecież sam nie był lepszy w swoich spranych, wciąż uwalonych farbą jeansach.
Słuchał mugolskiego przewodnika z raczej niewielkim zainteresowaniem, ale wyłapał parę słów. Kimkolwiek był ten cały Chrystus, chyba go nieszczególnie lubili. Pamiętał, że nawet Pan Ojciec o tym opowiadał pewnego razu. O mugolach, którzy tworzyli własnych proroków, o krzewach zajętych ogniem, które nie płonęły, o rozwarciu się morza na dwoje. O wszystkim co skradli czarodziejom i bluźnierstwach wobec Matki. Gdy niszczyli jej pierwsze świątynie, palili święte drzewa i mordowali praojców. A jednak sam Baldwin nie znał do końca lore tego całego syna bożego. Więc miło było posłuchać herezji z ust mugolskiego przewodnika, który z takim natchnieniem opowiadał o ofierze syna. Który ojciec nie pragnął skąpać własnych dzieci we krwi, niczym baranków prowadzonych na rzeź? Od tego wszak byli ojcowie - z ich boskich ust spływały słowa, którymi oblekali karę i łaskę. Barok widział w Bogu człowieka. Mugola. Zwykłego, cierpiącego na ludzkie przywary umysłu i ciała idiotę, który raz uwierzył, że boski ojciec okaże mu miłosierdzie.
Lorraine wyrwała go z myśli, trochę przypominając Rozalindę, gdy ta, spragniona atencji, podgryzała go w ucho. Wreszcie oderwał wzrok od pociągnięć pędzla mugolskiego mistrza; spojrzał w dół niewidzącym wzrokiem. Przeszłość mieszała się z teraźniejszością, każdy jeden bodziec stłumiony przez monotonny szept Pana Ojca w jego myślach. A może mugolskiego przewodnika? A może jeszcze kogoś innego, kogoś czyj głos tłumił w Baldwinie wszystkie instynkty. Tego, który dla zabawy spaliłby całą kolekcję płócien, a z ich prochów stworzy poemat. Z ich prochów.
Chwila minęła, gdy zdołał przetworzyć zadane pytanie. Przez cały czas wpatrywał się w jej jasne oczy. Pozwalał mugolom przejść kawałek dalej. Ta wycieczka nie czekała na maruderów.
- W bluźnierstwach kryje się rozłam świata. Myślisz, że przybili go do krzyża, bo głosił swoje bluźnierstwa?- Stał jeszcze przez chwilę przed obrazem, ale widząc słabość Lorraine, odprowadził ich kawałek dalej - w nieco spokojniejsza alejkę. W tej, gdzie zawieszono dzieła Bartolome’a Murillo. Pamiętał z poprzednich wycieczek, że właśnie tam ustawiono ławeczki. Usadził na jednej z nich siostrę, kucając przy niej.
- Odpocznij, proszę.- Powiedział miękko.
Zaraz ruszą dalej, oglądając kolejne dzieła znanych i mniej znanych artystów, ale teraz mogli przez moment pobyć w ciszy, pod spoglądając ze swoich pozłacanych ram Dziewicy z różańcem I może raz, przez jeden moment Baldwinowi przemknęło przez myśl odziać w czerwienie i granaty siedzącą przy nim wilę. Ale nie powiedział tego na głos, po prostu delikatnie głaszcząc ją po kolanie, gdy łapała oddech.
Koniec sesji