02.01.2026, 01:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.01.2026, 01:31 przez Lorien Mulciber.)
Kochała go, więc odebrała mu prawo do wypowiadania imienia tego, kto miał do niej prawo. Kochała go, więc odebrała mu najpiękniejsze wspomnienie, by ukryć je w swoim sercu, tak by zachować choć jedną cząstkę jego istnienia, gdy jej już nie będzie. Kochała go, więc opuściła broń, gdy on wymierzył w coś co już dawno nie należało do niej - w jej własną wolę. Przecież by mu zaśpiewała. Wystarczyło, żeby poprosił. Żeby poddał się, gdy jeszcze miał ku temu okazję. Ale on wciąż wolał wyrwać jej słowa z gardła gwałtem. Grzeszyć myślą, mową i uczynkiem. A potem… przepraszać. Wić się w jej na wpół martwych objęciach, skomleć, zaciskać drżące palce na jej sukience, szarpiąc za delikatny materiał, wbijać paznokcie w skórę pokrytą bliznami.
Jego miłość była pustymi wersetami. Była spóźnioną obietnicą bez pokrycia. Jednym uderzeniem serca między wdechem, a wydechem, spuszczonym w kiblu u Agnes Delacour. Nie szły za nią żadne czyny, które mogłyby sprawić, żeby wreszcie uwierzyła.
Żadne słowa nie mogły naprawić wszystkich lat, gdy czekała. Nie było takiej magii, która odmieniłaby bieg czasu.
Siedząca na zimnej posadzce czarownica nie miała już ośmiu lat. Nie miała ich siedemnastu. Nie miała nawet dwudziestu pięciu. Miała ich nieco ponad trzydzieści, choć ciężar, który nosiła na barkach słuszniejszy byłby stuletniej.
Była mężatką. Była sędzią.
Była po prostu kobietą. Taką samą jak wszystkie te, które zmusił do uległości. Uwięził jej umysł, więc śpiewała, ale w śpiewie był tylko ból. Ale przecież tym była przecież jego miłość. Niekończącym się bólem i tęsknotą, gdy cygański pan szukał uciech i wolności.
Tkwiła nieruchomo, jak skąpany we łzach posąg. Widziała kątem oka jak sięga po łańcuszek ze starą przywieszką. Prezent. Przecież prezentów się nie wyrzuca. Oddanie ich przynosi same nieszczęście, zupełnie jak zbicie lustra.
- Nie ma cię w moich snach.- Skłamała miękko.- W snach błądzę wilgotnymi korytarzami o ścianach pachnących morzem i solą.
Nie zareagowała na pocałunek ze wzrokiem wciąż utkwionym w swoich drżących, skostniałych dłoniach. Palił jak wosk z trzymanej niefrasobliwie świeczki, gdy spływał po jej skórze. Niczym nie różniło się zapięcie łańcuszka od włożenia na palec obrączki, przypominając równy akt zniewolenia co ten, który miał miejsce w urzędzie.
Może powinien był ją teraz pocałować tak jak mąż całuje żonę. Może wtedy by to bolało choć trochę mniej, że zdrada przyjęła fizyczną formę, przestając być tylko stłumionym pragnieniem. Ale ich ścieżki rozeszły się, gdy wybrał inną, skuszony krwią. Czy bez tego Loretta Lestrange była cokolwiek warta? Czy gdyby to w jej żyłach krążyła ta sama trucizna, to czy Lorien Crouch byłaby wreszcie go godna? Pana na Mulciber Manor. Nie. Przecież nikt nie był. Należał do słońca i księżyca, do wrzosowisk i gwiazd szepczących mu swoje prawdy. Do strumienia i ognia żarzącego się w starym kominku. Ale nie do ludzi. Nigdy do nich, zbyt dumny, by przyznać przed Bogami, że prorok wart jest mniej niż ziarnko piasku na pustyni.
- Nie ma w nich śmiechu. Nie ma radości. Jest tylko pustka Alexandrze. Są pozbawione wyrazu twarze odbijające się w tafli morza o zimnych wodach. Szept głosów, których właścicieli dawno się zapomniało. Kamienie, które ranią stopy, nie pozwalając się wykrwawić i uciec.
Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Kobalt oczu złamany światłem odbijającym się we łzach i czernią makijażu, który nie wytrzymał nocy; tak nienaturalny, a przy tym tak bardzo człowieczy. Zamilkła, przechylając na moment głowę w swoim ptasim odruchu. Czego szukała w jego oczach? Odpowiedzi na jakie niezadane pytania, wiszące między nimi od lat?
Nie znalazła tego.
- Wrócę z Tobą do Mulciber Manor.- Odpowiedziała, choć wcale przecież nie pytał.
Może po prostu wiedział, że pozostawiona dziś z własnym krwawiącym sercem i duszą nie doczeka poranka. Samotna teleportowałaby się do Szkocji. Do miejsca, które nigdy nie było jej domem, ni więzieniem, ale miałoby stać się świadkiem jej końca. Do ciszy zaklętej w posiadłości. Woda, którą napełniłaby wannę byłaby gorąca. Bo przecież bała się zimna, które przychodziło, gdy świat się kończył. Weszłaby do wody, pozwalając by ta zmieniła swoją barwę na róż, by zmyła krew z ran zadanych nadgarstkom jednym prostym zaklęciem. A potem by zasnęła otoczona ciepłem.
Czy widział fantomowe blizny, gdy całował jej dłonie? Czy czuł jak zimna jest jej skóra? Czy widział śmierć w swoim rozdaniu?
- Ale to ty poinformujesz o tym mojego pana męża. Nie ja. Nie służba. Ty.
Nie mógł tego wiedzieć, ale byłby to ostatnie słowa jakie Lorien wypowiedziała do niego tej nocy. Gdy wreszcie zebrała się z podłogi, biorąc ich porzucone różdżki - milczała. Gdy ujęła jego dłoń, gotowa do teleportacji, ze wzrokiem utkwionym we własnym lustrzanym odbiciu - milczała. Gdy przeprowadził ją przez próg Galerii w Mulciber Manor - jej milczenie było głośniejsze od oddechów pogrążonych w wiecznym śnie przodków.
Jego miłość była pustymi wersetami. Była spóźnioną obietnicą bez pokrycia. Jednym uderzeniem serca między wdechem, a wydechem, spuszczonym w kiblu u Agnes Delacour. Nie szły za nią żadne czyny, które mogłyby sprawić, żeby wreszcie uwierzyła.
Żadne słowa nie mogły naprawić wszystkich lat, gdy czekała. Nie było takiej magii, która odmieniłaby bieg czasu.
Siedząca na zimnej posadzce czarownica nie miała już ośmiu lat. Nie miała ich siedemnastu. Nie miała nawet dwudziestu pięciu. Miała ich nieco ponad trzydzieści, choć ciężar, który nosiła na barkach słuszniejszy byłby stuletniej.
Była mężatką. Była sędzią.
Była po prostu kobietą. Taką samą jak wszystkie te, które zmusił do uległości. Uwięził jej umysł, więc śpiewała, ale w śpiewie był tylko ból. Ale przecież tym była przecież jego miłość. Niekończącym się bólem i tęsknotą, gdy cygański pan szukał uciech i wolności.
Tkwiła nieruchomo, jak skąpany we łzach posąg. Widziała kątem oka jak sięga po łańcuszek ze starą przywieszką. Prezent. Przecież prezentów się nie wyrzuca. Oddanie ich przynosi same nieszczęście, zupełnie jak zbicie lustra.
- Nie ma cię w moich snach.- Skłamała miękko.- W snach błądzę wilgotnymi korytarzami o ścianach pachnących morzem i solą.
Nie zareagowała na pocałunek ze wzrokiem wciąż utkwionym w swoich drżących, skostniałych dłoniach. Palił jak wosk z trzymanej niefrasobliwie świeczki, gdy spływał po jej skórze. Niczym nie różniło się zapięcie łańcuszka od włożenia na palec obrączki, przypominając równy akt zniewolenia co ten, który miał miejsce w urzędzie.
Może powinien był ją teraz pocałować tak jak mąż całuje żonę. Może wtedy by to bolało choć trochę mniej, że zdrada przyjęła fizyczną formę, przestając być tylko stłumionym pragnieniem. Ale ich ścieżki rozeszły się, gdy wybrał inną, skuszony krwią. Czy bez tego Loretta Lestrange była cokolwiek warta? Czy gdyby to w jej żyłach krążyła ta sama trucizna, to czy Lorien Crouch byłaby wreszcie go godna? Pana na Mulciber Manor. Nie. Przecież nikt nie był. Należał do słońca i księżyca, do wrzosowisk i gwiazd szepczących mu swoje prawdy. Do strumienia i ognia żarzącego się w starym kominku. Ale nie do ludzi. Nigdy do nich, zbyt dumny, by przyznać przed Bogami, że prorok wart jest mniej niż ziarnko piasku na pustyni.
- Nie ma w nich śmiechu. Nie ma radości. Jest tylko pustka Alexandrze. Są pozbawione wyrazu twarze odbijające się w tafli morza o zimnych wodach. Szept głosów, których właścicieli dawno się zapomniało. Kamienie, które ranią stopy, nie pozwalając się wykrwawić i uciec.
Dopiero teraz podniosła na niego wzrok. Kobalt oczu złamany światłem odbijającym się we łzach i czernią makijażu, który nie wytrzymał nocy; tak nienaturalny, a przy tym tak bardzo człowieczy. Zamilkła, przechylając na moment głowę w swoim ptasim odruchu. Czego szukała w jego oczach? Odpowiedzi na jakie niezadane pytania, wiszące między nimi od lat?
Nie znalazła tego.
- Wrócę z Tobą do Mulciber Manor.- Odpowiedziała, choć wcale przecież nie pytał.
Może po prostu wiedział, że pozostawiona dziś z własnym krwawiącym sercem i duszą nie doczeka poranka. Samotna teleportowałaby się do Szkocji. Do miejsca, które nigdy nie było jej domem, ni więzieniem, ale miałoby stać się świadkiem jej końca. Do ciszy zaklętej w posiadłości. Woda, którą napełniłaby wannę byłaby gorąca. Bo przecież bała się zimna, które przychodziło, gdy świat się kończył. Weszłaby do wody, pozwalając by ta zmieniła swoją barwę na róż, by zmyła krew z ran zadanych nadgarstkom jednym prostym zaklęciem. A potem by zasnęła otoczona ciepłem.
Czy widział fantomowe blizny, gdy całował jej dłonie? Czy czuł jak zimna jest jej skóra? Czy widział śmierć w swoim rozdaniu?
- Ale to ty poinformujesz o tym mojego pana męża. Nie ja. Nie służba. Ty.
Nie mógł tego wiedzieć, ale byłby to ostatnie słowa jakie Lorien wypowiedziała do niego tej nocy. Gdy wreszcie zebrała się z podłogi, biorąc ich porzucone różdżki - milczała. Gdy ujęła jego dłoń, gotowa do teleportacji, ze wzrokiem utkwionym we własnym lustrzanym odbiciu - milczała. Gdy przeprowadził ją przez próg Galerii w Mulciber Manor - jej milczenie było głośniejsze od oddechów pogrążonych w wiecznym śnie przodków.
Koniec sesji