Ale czy pomiędzy nimi był faktycznie jakiś fałsz? Przyjaźń, jaką darzyli się od lat, była wszak prawdziwa. To, że jedna strona odczuwała przy tym coś więcej i nie chciała psuć tego, co mieli, nie było kłamstwem. Było milczeniem, które nie miało mącić spokojnej tafli jeziora.
Zmrużyła tylko lekko oczy przy tym pocałunku w policzek i uśmiechnęła się lekko, choć w jej twarzy, zwłaszcza oczach, było widoczne zmęczenie. Ale radość z zobaczenia, że Berhtowi nic nie jest, tak na własne oczy, nie była udawana. Luna zaś poruszała spokojnie noskiem, zapoznając się z zapachem mężczyzny, który już kiedyś pojawił się na horyzoncie, choć wątpliwe by mała kicia o tym pamiętała. Mała – choć teraz o półtorej miesiąca starsza i trochę podrosła, nadal będąc jednak kociakiem.
– W kronikach rodziny, ale nic wielkiego tam nie było. A jakoś bardziej to nie zdążyłam – wydarzyła się Spalona Noc i wszystkie siły wrzucone było w tej bajzel. Ale zamierzała do tego wrócić, gdy się choć trochę uspokoi. – W sensie wizji? Czy jakkolwiek to nazwać. Nie jesteś jedyny, byłam tam, gdy Laurent też widział jakieś dziwne wspomnienie, ale chyba trochę inne, albo zapamiętał po prostu inne rzeczy – czy Dægberht pamiętał Prewetta ze szkoły? Może. – W tym ogrodzie dzieją się dziwne rzeczy, odkąd pojawiły się te róże – mruknęła jeszcze. – Chcesz się czegoś napić?