02.01.2026, 16:13 ✶
Zapach róż uderzył w nos Brenny, zmieszany z wonią sadzy.
Sadza i popiół.
Nie zawsze były czymś złym. Mogły być zapachem pozostałym po ognisku rozpalonym późnym, letnim wieczorem przy Warowni, ot dla zabawy, by spędzić na zewnątrz trochę czasu. Wonią, jaka wypełniała powietrze, gdy w kominku trzaskało drzewo w chłodną, zimową noc. Ale kiedy pracowałeś w ich Departamencie dostatecznie długo, z czasem zaczynały kojarzyć się jednoznacznie, a ogród Lestrangów wypełniły ciemne kwiaty, złowieszcze w swoim pięknie, Dora zaś uważała, że w fiolce była krew.
Brenna przemieniła się z powrotem, klęcząc wprost na wilgotnej ziemi i wydobyła z kieszeni chusteczkę, by podać ją Victorii: może i ta fiolka była śliczna, może i pachniała różami, ale w tej chwili jej zawartość zdawała się Brennie odrażająca. Wyraz twarzy miała ponury.
– Moim zdaniem to naprawdę pachnie sadzą – stwierdziła, bo mogła jeszcze wahać się za pierwszym razem, ale za drugim? – I flakoniki przecież zwykle się nie topią, jak ktoś bierze je do ręki. Ktoś musiał zadbać o to, żeby nie dało się tego eliksiru dokładnie zbadać – powiedziała, wodząc przez chwilę spojrzeniem wokół, po ziemi, szukając światła… ale niczego nie dostrzegała.
To jednak nie znaczyło, że niczego już tu nie było.
– Obie były w rozarium. Tu jest najwięcej tych róż? – spytała, utkwiwszy spojrzenie w najbliższym krzaku róż, napojonych nie wodą, a zawartością tajemniczej fiolki. – Może to jest ta odżywka, która sprawia, że te rośliny rosną same z siebie… a jak ktoś je hoduje na eliksirze pachnącym czarną magią i być może krwią, to tak ciężko mi uwierzyć, że zależało mu na tym, żeby ładnie wyglądały…
Ale co miały robić? W tej chwili zdawały się nieszkodliwe. Niezwykłe w swym kolorze, w tym, jak szybko się pojawiły, ale nie próbowały atakować, nie ruszały się nawet, a przecież latem niektóre rośliny robiły dokładnie coś takiego. Czy miały urosnąć jeszcze bardziej? Zostać do czegoś wykorzystane?
Brenna miała ochotę chwycić za sekator i zasiadać spustoszenie w tych krzewach, bo ich widok teraz napawał jakąś grozą.
Sadza i popiół.
Nie zawsze były czymś złym. Mogły być zapachem pozostałym po ognisku rozpalonym późnym, letnim wieczorem przy Warowni, ot dla zabawy, by spędzić na zewnątrz trochę czasu. Wonią, jaka wypełniała powietrze, gdy w kominku trzaskało drzewo w chłodną, zimową noc. Ale kiedy pracowałeś w ich Departamencie dostatecznie długo, z czasem zaczynały kojarzyć się jednoznacznie, a ogród Lestrangów wypełniły ciemne kwiaty, złowieszcze w swoim pięknie, Dora zaś uważała, że w fiolce była krew.
Brenna przemieniła się z powrotem, klęcząc wprost na wilgotnej ziemi i wydobyła z kieszeni chusteczkę, by podać ją Victorii: może i ta fiolka była śliczna, może i pachniała różami, ale w tej chwili jej zawartość zdawała się Brennie odrażająca. Wyraz twarzy miała ponury.
– Moim zdaniem to naprawdę pachnie sadzą – stwierdziła, bo mogła jeszcze wahać się za pierwszym razem, ale za drugim? – I flakoniki przecież zwykle się nie topią, jak ktoś bierze je do ręki. Ktoś musiał zadbać o to, żeby nie dało się tego eliksiru dokładnie zbadać – powiedziała, wodząc przez chwilę spojrzeniem wokół, po ziemi, szukając światła… ale niczego nie dostrzegała.
To jednak nie znaczyło, że niczego już tu nie było.
– Obie były w rozarium. Tu jest najwięcej tych róż? – spytała, utkwiwszy spojrzenie w najbliższym krzaku róż, napojonych nie wodą, a zawartością tajemniczej fiolki. – Może to jest ta odżywka, która sprawia, że te rośliny rosną same z siebie… a jak ktoś je hoduje na eliksirze pachnącym czarną magią i być może krwią, to tak ciężko mi uwierzyć, że zależało mu na tym, żeby ładnie wyglądały…
Ale co miały robić? W tej chwili zdawały się nieszkodliwe. Niezwykłe w swym kolorze, w tym, jak szybko się pojawiły, ale nie próbowały atakować, nie ruszały się nawet, a przecież latem niektóre rośliny robiły dokładnie coś takiego. Czy miały urosnąć jeszcze bardziej? Zostać do czegoś wykorzystane?
Brenna miała ochotę chwycić za sekator i zasiadać spustoszenie w tych krzewach, bo ich widok teraz napawał jakąś grozą.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.