03.01.2026, 23:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.01.2026, 23:57 przez Lazarus Lovegood.)
Obserwował poczynania Guinevere - najpierw w kociej postaci, a po chwili już w całkiem ludzkiej. Przemiana była nie mniej interesująca, niż cała ta dziwna sytuacja. Gdy jako kot pokiwała twierdząco łepkiem - całkiem tak, jak zrobiłby człowiek - Lazarus zaczął podświadomie czekać na jakieś typowo kocie zachowanie już po przemianie.
- Pewnie dałoby się dotrzeć do jakichś siedlisk ludzkich i zapytać… prawdziwych tym razem - dodał z przekąsem - Ale nie wiem, czy mamy czas i siły na wędrówki.
Brak śniadania (i kolacji, bo przecież to, co zjedli również było iluzją) był dla niego do zniesienia, ale taki spacer mógł zająć godzinę albo pół dnia, a możliwość napotkania jakichś kolejnych całkiem obcych ludzi w ich opłakanym i zagubionym stanie wcale mu się nie podobała.
- W porządku - odpowiedział jeszcze, bo przecież mogło być gorzej. Wieczór spędzony w towarzystwie jakichś zjaw być może i brzmiał upiornie, ale najwyraźniej na cokolwiek trafili, nie było to niebezpieczne.
Dopiero, kiedy kobieta użyła magii do osuszenia swoich ubrań, przypomniał sobie, że z jego płaszczem też wypadałoby coś zrobić. Przez noc wrócił już do swojej zwykłej, wełnianej postaci - co tylko pozwoliło wodzie, której nałapał podczas ulewy wsiąknąć w materiał i uczynić go niemal dwa razy cięższym, zimnym i nieprzyjemnym w dotyku. Lazarus wprawnym, oszczędnym ruchem wysunął różdżkę z rękawa i machnął w kierunku odzieży.
Czarna wełna wyschła niemal w oczach i czarodziej z zadowoleniem zgasił papierosa i włożył okrycie, chroniąc się przed wilgotnym porannym chłodem. Jakkolwiek nie miałby ochoty zbadać tego miejsca dokładniej, podjąć próby wyjaśnienia, a może i usunięcia fenomenu rodziny Binnsów - pojawiającej się akurat na czas, by udzielić schronienia złapanym przez ulewę i rozregulowaną magię czarodziejom, był wtorkowy poranek i szef oczekiwał go w pracy. W Ministerstwie. W prawdziwym życiu, nieważne, jak dalece nudniejszym, niż bieganie w deszczu po lasach i spanie w nawiedzonych ruinach. Jeszcze raz zerknął na przypadkową towarzyszkę. Wypadałoby chyba coś powiedzieć na pożegnanie.
- To… na nas chyba pora - mruknął niezręcznie, rozglądając się za dobrym miejscem do teleportacji. W końcu wybrał środek tego, co dawno temu - albo jak kto woli, jeszcze wieczorem - było salonem - Hmm… Bezpiecznej podróży?… - życzył jej tonem, który zabrzmiał jak pytanie. Teraz, kiedy nie mieli burzy do przetrwania, a sytuacja wydawała się stabilna, nie zostało w nim nic z wcześniejszego zdecydowania.
- Pewnie dałoby się dotrzeć do jakichś siedlisk ludzkich i zapytać… prawdziwych tym razem - dodał z przekąsem - Ale nie wiem, czy mamy czas i siły na wędrówki.
Brak śniadania (i kolacji, bo przecież to, co zjedli również było iluzją) był dla niego do zniesienia, ale taki spacer mógł zająć godzinę albo pół dnia, a możliwość napotkania jakichś kolejnych całkiem obcych ludzi w ich opłakanym i zagubionym stanie wcale mu się nie podobała.
- W porządku - odpowiedział jeszcze, bo przecież mogło być gorzej. Wieczór spędzony w towarzystwie jakichś zjaw być może i brzmiał upiornie, ale najwyraźniej na cokolwiek trafili, nie było to niebezpieczne.
Dopiero, kiedy kobieta użyła magii do osuszenia swoich ubrań, przypomniał sobie, że z jego płaszczem też wypadałoby coś zrobić. Przez noc wrócił już do swojej zwykłej, wełnianej postaci - co tylko pozwoliło wodzie, której nałapał podczas ulewy wsiąknąć w materiał i uczynić go niemal dwa razy cięższym, zimnym i nieprzyjemnym w dotyku. Lazarus wprawnym, oszczędnym ruchem wysunął różdżkę z rękawa i machnął w kierunku odzieży.
Transmutacja - osuszanie
Rzut Z 1d100 - 67
Sukces!
Sukces!
Czarna wełna wyschła niemal w oczach i czarodziej z zadowoleniem zgasił papierosa i włożył okrycie, chroniąc się przed wilgotnym porannym chłodem. Jakkolwiek nie miałby ochoty zbadać tego miejsca dokładniej, podjąć próby wyjaśnienia, a może i usunięcia fenomenu rodziny Binnsów - pojawiającej się akurat na czas, by udzielić schronienia złapanym przez ulewę i rozregulowaną magię czarodziejom, był wtorkowy poranek i szef oczekiwał go w pracy. W Ministerstwie. W prawdziwym życiu, nieważne, jak dalece nudniejszym, niż bieganie w deszczu po lasach i spanie w nawiedzonych ruinach. Jeszcze raz zerknął na przypadkową towarzyszkę. Wypadałoby chyba coś powiedzieć na pożegnanie.
- To… na nas chyba pora - mruknął niezręcznie, rozglądając się za dobrym miejscem do teleportacji. W końcu wybrał środek tego, co dawno temu - albo jak kto woli, jeszcze wieczorem - było salonem - Hmm… Bezpiecznej podróży?… - życzył jej tonem, który zabrzmiał jak pytanie. Teraz, kiedy nie mieli burzy do przetrwania, a sytuacja wydawała się stabilna, nie zostało w nim nic z wcześniejszego zdecydowania.