Morpheus był astronomem, który badał odległy układ słoneczny. Piękną gwiazdę i planety dookoła niej, tworzące spójne zależności. Z oddali patrzył na Vakela i jego Prawa Czasu, wszystkich jego członków, którzy współistnieli w tej samej przestrzeni, co najpiękniejsza gwiazda firmamentu. Zapisywał skrzętnie matematykę tych relacji, na tyle ile mógł ją pojąć, uzbrojony jedynie w dalekie od perfekcji narzędzia, ostatecznie pozostając lata świetlne od swojego marzenia o gwiazdach. Bo Morpheus Longbottom bał się latać.
Otarł chustką łzy swojego kryzysu. Chustka najpierw przyjmowała dotyk Vakela, następnie ogień Spalonej Nocy, a teraz łzy wieszcza.
— Wiem to wszystko. Wiem, że wyglądam, jak twój największy koszmar o jasnowidzach. Szaleniec bez znaczenia, pogrążony we własnym umyśle. Może taka jest moja rola. Zwierciadło tego, że nasze wybory ostatecznie poprowadziły cię w lepsze miejsce, ku złotym tronom. Bo chociaż pragniesz być ofiarą całej historii, to mnie ptaki wydziobały oczy na samym końcu i wcale ci się to nie podoba.
Podniósł się, też trzymając maskę w dłoni, gotów ją założyć. Bez aktywowanego zaklęcia, ktore ujawniało się dopiero po zetknięciu z twarzą, była nijaka, zupełnie jak jej właściciel bez całej swojej otoczki, kiedy Vasilij obierał go do kości nożem swojej krytyki.
Było coś smutnego w jego spojrzeniu ponad ich rozmowę, ponad wydarzenia z małego pokoiku. Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że nadal czule się uśmiechał, jak ktoś, kto ocknął się dotknięty promieniami słońca w świeżej pościeli, wypoczęty. Nic innego nie mógł odczuwać, gdy jego Bóg obdarzył go sakramentem swojego oddechu.
— Nie umiem ci odmawiać — jego stanowczość wyparowała całkowicie. Bo może był trudny do kochania, ale gdy sam kochał, wszystko opisywał w swojej głowie w ramach narracji absolutu.
Więc przepuścił Vasilija i założył na twarz swoją maskę, ponownie ukrywając się za nicością, która wiernie oddawała istotę jego duszy. Vasilij mógł przejść i wrócić na łono socjety, którą gardził, ale która go karmiła, wyniosła na oltarze swoimi pieniędzmi.
Jeśli właśnie tego chciał.