• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence

[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
04.01.2026, 02:11  ✶  
Najpierw prychnąłem, naprawdę głupio, tak, jakbym właśnie usłyszał coś kompletnie absurdalnego, choć wcale takie nie było. Oparłem się wygodniej o krawędź wanny, woda zafalowała ciężko wokół naszych ciał. Była ogromna, absurdalnie duża, jakby zaprojektowana właśnie po to, żeby ludzie mogli w niej siedzieć nago i rozmawiać o rzeczach, które przez lata nie miały gdzie wybrzmieć. Światła Londynu odbijały się w szybie, ale ja patrzyłem tylko na nią. W tych spojrzeniach było wszystko - pragnienie, pewność, czułość i to szczególne napięcie, które pojawia się tylko wtedy, gdy nic już nie trzeba ukrywać, kiedy można być dokładnie tam, gdzie się jest, z kim się jest, bez planu ucieczki w głowie. To nasze „zawsze” nie było abstrakcyjną obietnicą, tylko czymś bardzo fizycznym, osadzonym w tej chwili, w ciszy między nami, w tym, jak pozwalaliśmy napięciu rosnąć, nie bojąc się go. Jesienna noc zrobiła swoje, zmieniła wszystko, nie musieliśmy jeszcze niczego robić, by to poczuć. Mogliśmy wreszcie pozwolić sobie na luksus powolności, na to, by nie skracać drogi, nie przeskakiwać etapów, nie brać wszystkiego naraz, jakby za chwilę miało zostać odebrane. Nikt niczego nie odliczał, nic nie pchało nas do przodu, nie było zegara tykającego gdzieś nad głową, nie było jutra, które trzeba brać pod uwagę - to było nowe, zaskakująco nowe, mimo całej naszej historii. Wcześniej zawsze coś wisiało w powietrzu, niedopowiedzenie, granica, termin ważności, świadomość, że za chwilę trzeba będzie się wycofać, odsunąć, udawać. Teraz tego nie było, jedna, konkretna decyzja zamknęła to wszystko za nami, ślub, który wzięliśmy, nie ciążył, nie ograniczał, tylko zdejmował z ramion ciężar, którego istnienia nawet do końca nie byliśmy świadomi.
Pokiwałem głową z tym półuśmiechem, który był czystą zaczepką, a nie zaprzeczeniem, jakbym nie mógł się zdecydować, czy bardziej mnie to bawi, czy rozbraja. Przez chwilę jeszcze pozwoliłem sobie na tę grę, na spojrzenie, które mówiło - „no dalej, spróbujmy to ustalić”. Woda poruszyła się leniwie, gdy oparłem się wygodniej, jak gdybym właśnie szykował się do opowieści, której długo nie chciałem opowiadać, jeszcze przez moment pozwoliłem sobie jednak na milczenie, z tym zaczepnym wyrazem twarzy, jakbym wciąż miał ochotę ją podpuścić.
Pozwoliłem sobie na krótkie parsknięcie śmiechem - takim głupim, zupełnie nie na miejscu, a potem jeszcze głupszym, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej absurdalne to wszystko się wydawało - kiedy wspomniała o tym, że ją wtedy „upiłem”. 
- Ej, spokojnie. - Podniosłem dłonie w geście niewinności. - Piłaś sama s siebie, balso ambitnie. Ja tylko… Nie intelweniowałem. - Spojrzałem na nią znacząco. Nachyliłem się bliżej, ale nie po to, żeby skrócić dystans do końca, jeszcze nie, wanna była ogromna, ciepła, a my mieliśmy luksus zwlekania. Czułem napięcie, gęste, niemal elektryczne, ale tym razem nie musieliśmy się nigdzie spieszyć.
- Wiesz, sze bszmi to jak balso stalannie pszygotowana linia oblony, jak na tak klótki czas. - Odmruknąłem. - „Moja pamięś zwykle jest niezawodna, ale…”. Balso plofesjonalne. - Nachyliłem się nieco bliżej, woda poruszyła się leniwie, a ja spojrzałem na nią spod rzęs, rozbawiony, ale uważny. - Nie zlosum mnie źle. - Dodałem lekko. - Kupuję welsję s alkoholem. To było… Imponująco duszo blandy. Tego wieczolu oboje byliśmy zadaniowi. - Pokręciłem głową, akurat to wspomnienie nie wracało z opóźnieniem. - Muszę się jednak nie zgodziś s moim wkładem, piłaś, jakbyś dokładnie wiedziała, co lobisz. -  Wzruszyłem ramionami. - Nawet jeśli ja, idiota, załoszyłem, sze skolo dotszymujesz mi kloku, to masz lepszy limit nisz myślałem. - A nie powinienem, oj, nie.
Pozwoliłem palcom przesunąć się po krawędzi wanny, a potem po własnym przedramieniu, już bardziej automatycznie niż prowokacyjnie.
- Pamiętasz losmowę, a potem smak blandy. - Powtórzyłem, bardziej konstatując fakt niż polemizując. - I to się akulat zgadza d moją welsją wieczolu. - Uniosłem kącik ust krzywo. Jedna chwila - rozmowa, śmiech, ten cały świąteczny chaos Yule… A następna to poranek. Bez ostrzeżenia, bez tego znajomego momentu „powinienem przestać”. Uśmiechnąłem się, z tym rozluźnieniem, które przychodzi dopiero wtedy, kiedy nie trzeba już niczego bronić, teraz mogłem się z nią droczyć bez kalkulowania strat. Przesunąłem dłonią po własnej skórze wolno, przesadnie teatralnie, tylko po to, żeby zobaczyć, jak śledzi ten ruch wzrokiem. - I właśnie dlatego mam ploblem s uwieszeniem, sze to tak po plostu… Wypalowało. - Dodałem z lekkim rozbawieniem, pozwoliłem sobie jeszcze na chwilę tego zawieszenia, na spojrzenie spod rzęs, na ten ton, który sugerował, że mam całą układankę, nawet jeśli w rzeczywistości brakowało mi połowy elementów.
I…
- Dobla… - Rzuciłem w końcu, nadal z uśmiechem. - Dobla, to jusz nie będę udawał. - Stwierdziłem, rozluźniony, zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy każde słowo było ostrożne, a każdy gest wyliczony. Zaśmiałem się znów, ciszej, już bardziej pod nosem. - Zazwyczaj miałem kontlolę. Zawsze. Wiedziałem, gdzie jest glanica. A tamtego wieczolu… - Machnąłem ręką. Czułem, jak jej spojrzenie wędruje po mnie, jakby próbowała dopasować to do własnych brakujących fragmentów. - Pszestałem liczyś. Piłem jeszcze na kolacji w Wielkiej Sali, niby spokojnie, niby s lesztą, a potem jakoś poszło. - W moim uśmiechu było więcej zaczepności niż skruchy. Wzruszyłem ramionami, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie, chociaż doskonale wiedziałem, że nie była.
- To był jeden s naplawdę nielicznych momentów w całym moim szyciu, kiedy schlałem się szybko, mocno i… Taśma - pstryknąłem palcami dla podkreślenia - ulwana. Bez ostszeszeń, bez stopniowego zjazdu. Jedna chwila jestem, dluga mnie nie ma. - Zamilkłem na moment, pozwalając, by to wybrzmiało, zanim nie roześmiałem się w głos, zupełnie niekontrolowanie. Najpierw głupio, tym krótkim parsknięciem, a potem już głupiej, szerzej, jakby to wszystko nagle stało się absurdalne i lżejsze, niż było przez te wszystkie lata. Woda w wannie poruszyła się leniwie, kiedy odchyliłem głowę do tyłu, a echo śmiechu odbiło się cicho od kafli.
- Mhm… - Podkreśliłem wymownie, wciąż z uśmieszkiem, kręcąc głową. - Skolo jusz wszystko ląduje na stole. - Spojrzałem na nią z tym rozbrajającym, trochę bezradnym rozbawieniem. - Byłem niewylewny, bo plaktycznie nic nie pamiętałem. - Powiedziałem wprost, gdy wzruszyłem ramionami, jakby to było najprostsze wyjaśnienie świata. - Ani tlochę po powlocie s talasu. Zelo. Ciemność. - Parsknąłem jeszcze raz, już ciszej. - Jak się budzisz lano i wiesz tylko tyle, sze było… Inaczej, a mózg odmawia współplacy, to uwiesz mi, ostatnią szeszą, na jaką masz ochotę, jest otwielanie ust i mówienie czegokolwiek, co mogłoby się obróciś pszeciwko tobie. - Uniosłem brew, zaczepnie, ale bez cienia złośliwości - spoglądałem na nią, sprawdzając, czy to wreszcie brzmiało wystarczająco absurdalnie, by było potwierdzeniem tego, czego pewnie nie spodziewała się usłyszeć. Jednocześnie ciągnąłem, bo czemu nie.
- A potem się spotkaliśmy. I… - Zawahałem się na sekundę, szukając właściwego słowa. - Zachowywałaś się tak, jakbyś cholelnie mocno szałowała. - Powiedziałem, przeczesując palcami lekko wilgotne włosy i ocierając dłonią twarz z kropelek pary. Nie było w tym oskarżenia, raczej sucha obserwacja, jakbyśmy rozkładali na stole stare fotografie i nazywali to, co na nich widać - to było banalne w swojej prostocie, aż śmieszne, ale wtedy wydawało się jedynym logicznym wnioskiem. Pokręciłem głową, bardziej nad sobą niż nad nią, to był moment, w którym uznałem, że stoję na przegranej pozycji. Skoro ewidentnie przekroczyliśmy granicę, a ona następnego dnia trzymała dystans, była chłodna, zachowawcza… No to co miałem myśleć?
Spojrzałem na nią spod rzęs, uważnie, jakby sprawdzając, czy jeszcze nadążała za tą wersją mnie sprzed lat. Nie zachowywałem się tak wtedy dlatego, że byłem sprytny, tylko dlatego, że byłem zmęczony i zbity z tropu, to była zbroja, nawet jeśli wyglądała jak miecz. Zsunąłem się nieco głębiej w wodę, po czym parsknąłem znów, już znacznie lżej.
Westchnąłem cicho, bardziej rozbawiony sobą niż zażenowany, z tym samym rozbrajającym uśmiechem. Byłem zamknięty na dialog o naszym wieczorze, bo bałem się, że jak powiem jedno słowo za dużo, to sam sobie wykopię dół, z którego nie wyjdę. Woda w wannie poruszyła się leniwie, gdy zmieniłem pozycję, opierając się wygodniej.
- Miałem luki w pamięci, kaca, jakiego nie szyczę wlogowi, i balso niepszyjemne poczucie, sze coś zaszło, coś nie wyszło, ale nie mam większości infolmacji. A to, uwiesz mi, nie jest komfoltowe. - Spojrzałem na nią, na to skupienie w jej oczach, sposób, w jaki próbowała złożyć to wszystko w jedną całość. Wiedziałem, że zawsze pamiętała wszystko, każdy szczegół, każde słowo, nie miałem tylko pojęcia, skąd to się brało, dlatego właśnie tak bardzo mnie to wtedy przeraziło. - Zwłaszcza kiedy ma się pszed sobą kogoś, kto zawsze pamięta. I zaczyna się zastanawiaś, czy ta śliczna, nieustępliwa osoba tym czymś nie zacznie za chwilę glaś. Albo nie zagla w pszyszłości. Łatwo było pszyjąś, sze cokolwiek się stało, ty masz kalty, a ja nie. - Spojrzałem na nią znacząco. - Plawda jest taka, sze nie wiedziałem, czy coś pszekloczyliśmy, poza tymi paloma pocałunkami w usta, czy nie, czemu jusz się nie lubimy, i czy za chwilę nie dostanę tym w twasz. - Pokręciłem głową. - Nie będę udawał, sze byłem wtedy chodzącą klalownością umysłu. - Oparłem się wygodniej o brzeg wanny, pozwalając, by woda poruszyła się leniwie. - Byłem święcie pszekonany, sze jeśli to poluszę, to tylko pogolszę sytuację, wyjdzie na to, sze mam golsą pozycję, mniej algumentów i więcej do stlacenia. - Woda delikatnie falowała, a ja pozwoliłem sobie mówić dalej, bo coś w jej spojrzeniu mówiło, że słuchała naprawdę. Zmrużyłem oczy, jakbym znów widział tamten poranek, to niezręczne napięcie, tę ostrożność, której wtedy nie potrafiłem nazwać.
- Załoszyłem, sze skolo całkiem możliwe, sze jakaś glanica została pszekloczona, a ty dalej, lub znowu, tszymasz mnie na dystans, to znaczy, sze to była jednolazowa, głupia akcja. - Uniosłem brew, jakby sam fakt wciąż mnie zadziwiał. Czasem naprawdę trudno było odróżnić coś prawdziwego od czegoś odegranego albo, jak w tym wypadku, najwyraźniej wyimaginowanego. - Nigdy nie byłem mistszem w ladzeniu sobie s ploblemami tego typu. - Zerknąłem na nią z ukosa, rozsiadłem się wygodniej, rozluźniony, jakbym właśnie przyznał się do czegoś banalnego, a nie do jednej z największych słabości w tamtym czasie. - Zwłaszcza takimi, w któlych mogłem, wblew woli, wyjść na despelata. - Spojrzałem na nią w tej ogromnej wannie, w ciepłej wodzie, w noc poślubną, i kącik ust znów mi drgnął. Przesunąłem dłonią po powierzchni, zostawiając za sobą drobne fale, rysując w niej nieokreślone kształty.
- Bloniłem się. - Skinąłem głową, jakby potwierdzając oczywistość, to było logiczne, wtedy przynajmniej - to był moment, w którym wszystko we mnie się zamknęło. Czym innym były sprzeczki, kłótnie, docinki, to się dało przeżyć, to nawet bywało oczekiwane, znajome. Czym innym było otwarte żałowanie.
Proste? Nie, ale w głowie niekochanego gówniarza, który bardziej potrzebował akceptacji, niż kiedykolwiek potrafiłby to przyznać, to było krystalicznie jasne. „Dominuj, zanim zostaniesz zdominowany” - tak wyglądały wtedy praktycznie wszystkie moje relacje z ludźmi, z wykluczeniem garstki najbliższych, szczególnie na tamtym etapie życia. Byłem bucem, bo to było bezpieczniejsze niż pokazywanie słabości, które ktoś mógłby później obrócić przeciwko mnie, tym bardziej, że tamtym czasie rzadko kiedy znajdował się zupełnie neutralny człowiek, który nie miał wobec mnie jakichkolwiek intencji. Jak nie otwarcie, to po cichu, jak nie od razu do rzeczy, to naokoło, jak nie dziś, to na potem, jak nie teraz, to z myślą o haku na przyszłość - o tak, nie były to zawsze rzeczy czysto materialne albo fałszywie schlebiające, niektórzy wychodzili z założenia, że hak zawsze się przydaje.
- W tamtym momencie zawsze tlaktowano mnie pszes jakiś plyzmat. - Powiedziałem lakonicznie. - Pieniędzy, nazwiska, wpływów, dostępu, atencji, pęknięcia, potknięcia. - Nie było w tym chełpienia się byciem w centrum uwagi. Byłem wystarczająco bogaty, żeby nie myśleć o pieniądzach. Miałem nazwisko, które otwierało drzwi. Byłem popularny, rozrywkowy, podobno atrakcyjny. Ludzie do mnie lgnęli. Czasem aż za bardzo. - A ja colas goszej odlószniałem coś plawdziwego od czegoś glanego. - Spojrzałem jej w oczy. - Więc tszymałem kalty pszy oldelach. Zawsze. Niemal. - Uniosłem dłoń, jakbym zaznaczał granicę. - Nie chciałem wchodziś w detale. - Spojrzałem na nią uważnie. - Odszucenie bazujące na doświadczeniu jest balsiej upokaszające nisz tysiąc najbaldziej zaszaltych teoletycznych kłótni. - Zamilkłem na moment, pozwalając temu wybrzmieć. - A potem ta malinka… - Powiedziałem wprost, uśmiech przemknął po moich ustach, ale zaraz potem opadł. Zawahałem się, po czym westchnąłem i machnąłem ręką, jakby dalsze droczenie straciło sens. - Ona mnie, kulwa, dobiła. - Urwałem, przesunąłem dłonią po karku, po czym prychnąłem.
Woda była ciepła, wanna absurdalnie duża, a noc poślubna robiła fascynujące rzeczy z dystansem, który kiedyś był dla mnie równie naturalny jak oddychanie. Przesunąłem dłonią po powierzchni wody, kreśląc powolne kręgi. Byliśmy blisko, wystarczająco, żebym czuł ciepło Prudence i to skupione spojrzenie, które zawsze miało w sobie coś z analizy, a coś z czystej ciekawości.
- Naplawdę. Jakby ktoś powiedział „o, plosę, jesteś w dupie, oto dowód, sze coś zaszło, a ty nawet nie wiesz, co”. - Parsknąłem krótko, bez owijania w bawełnę. Spojrzałem na nią z tym rozbrojonym uśmiechem, którego kiedyś bym nie pokazał za żadne skarby. - Wolałem byś antagonistą. - Powiedziałem wprost. - Kimś ostlym, niewygodnym, kogo łatwo wpakowaś w lolę „tego złego”. Nie epizodem do wypalcia, o któlym się nie mówi. - Skwitowałem, bardziej jak ktoś, kto mówi coś po latach, a nie jak ktoś, kto próbuje się tłumaczyć.
- Nie zamieszałem pokazaś, sze nie wiem, co się stało, jestem w ciemnej dupie bez mapy. - Pokręciłem głową, bardziej konstatując fakt niż się z niego spowiadajac czy wspominając to uczucie, ten moment, kiedy zobaczyłem coś, czego nie potrafiłem logicznie wytłumaczyć, a co jednocześnie wydawało się mówić za dużo. Stwierdziłem fakt, bez próby wybielania. Woda falowała, kiedy zmieniłem pozycję, zanurzając się nieco głębiej. Przesunąłem się bliżej niej, już swobodniej, ciało reagowało, ale wciąż była w tym kontrola.
- Więc gdybyś mnie wtedy zapytała… - Spojrzałem na nią, na sposób, w jaki mnie obserwowała, uważnie, jak zawsze, i poczułem coś pomiędzy czułością a ironicznym rozbawieniem losem. Siedzieliśmy w tej wannie wielkości małego basenu, nago, w noc, która miała być celebracją wszystkiego, co przeszliśmy, i wszystkiego, co jeszcze przed nami. Ciepła woda oblewała naszą skórę, piana powoli znikała, jakby sama uznała, że już nie ma sensu czegokolwiek zasłaniać. Byłem rozluźniony, naprawdę rozluźniony, w sposób, na który rzadko sobie pozwalałem. To była moja żona. Nie musiałem grać. - Nie mam pojęcia, co bym odpowiedział. - Naprawdę. Byłem w rozsypce, z kacem i z dumą, która próbowała jeszcze udawać, że stoi prosto.
Uniosłem brew.
- I tak, nie byłem wtedy dla ciebie najpszyjemniejszym człowiekiem. - Przyznałem. - Ale są szeczy, któlych nigdy bym nie naduszył dla własnych zysków. Nie glałbym czymś takim. Myślę, sze gdzieś tam powinnaś to wiedzieś. - To było odważne założenie, ale część mnie sądziła, że bliskie prawdzie. Miałem młodsze siostry, nawet jako kawał gnoja nie zrobiłbym niczego, czego nie chciałbym, żeby ktoś zrobił im. Ta postawa to była zbroja, nawet jeśli wyglądała jak miecz.
- A bioląc pod uwagę, gdzie telaz jesteśmy… - Dodałem zaczepnie. - Powiedziałbym, sze histolia i tak zatoczyła balso pszyzwoite koło. - Pokiwałem głową powoli, bo w gruncie rzeczy mogłem operować wyłącznie tym, co mi mówiła, nie miałem dostępu do jej luk w pamięci, do tego, co jej umknęło albo zostało wycięte przez alkohol, miałem tylko jej relację i własne obserwacje, a to, co mówiła, miało właśnie ten jeden wspólny mianownik.
Teraz, kiedy to do mnie wracało, widziałem wyraźnie, jak bardzo oboje krążyliśmy wokół siebie, jak bardzo się mijaliśmy, udając, że to tylko zwykłe „nic”, tamten poranek po Yule był niezręczny, szorstki, wróciliśmy do normalności, bo tylko to potrafiliśmy wtedy zrobić. A jednak normalność nigdy już nie była do końca normalna.
Zaśmiałem się cicho, tym razem naprawdę ciepło.
- Więc chyba musimy to zaliczyś do niewyjaśnionych tajemnic - mruknąłem, nachylając się odrobinę - skolo szadne s nas nie ma pełnego pakietu infolmacji, któle i tak nie byłyby pszysatne. - Uśmiechnąłem się do niej, teraz już bez ciężaru, bez dawnych tarcz. Przysunąłem się jeszcze bliżej, ciepło jej ciała było teraz nie do przeoczenia.
- Na szczęście - dodałem cicho - telas i tak jesteś moją soną i… - Pochyliłem się jeszcze bliżej, zaczepnie, miękko, pozwalając, by moje kolano dotknęło jej nogi. - Tym lasem moszemy wszystko zapamiętaś balso dokładnie. - Moje palce poruszyły się wolno, bardziej jak komentarz niż gest, jeszcze raz kreśląc po skórze mapę, którą znałem aż za dobrze, nawet jeśli wtedy znałem ją tylko instynktownie. Było w tym coś prowokującego, ale też miękkiego, pozbawionego ciężaru. Przez chwilę jeszcze pozwoliłem sobie na tę drobną sugestię, na lekkie droczenie się, które zawsze było naszym językiem. Mrugnąłem do Prue, przeciągając spojrzeniem po jej twarzy.
Teraz było inaczej, teraz nie było już miejsca na domysły ani na wycofanie się w pół kroku. Kiedy dotknęła czekolady na mojej skórze, poczułem to natychmiast, jak impuls przechodzący przez ciało - jej palce były delikatne, niemal ostrożne, ale w tym geście nie było wahania, raczej decyzja. W tym pierwszym dotyku było w tym coś prowokacyjnie niewinnego, ledwie muśnięcia, a jednak dokładnie wiedzieliśmy oboje, że to pierwszy krok, ten, którego już nie cofniemy. Długo na to czekaliśmy, zbyt długo, żebym miał zamiar to ignorować, moja skóra reagowała, napięcie zbierało się nisko i ciężko, a ja nie zamierzałem go gasić. Piana nie była już przeszkodą, raczej wymówką, z której oboje przestaliśmy korzystać. Objąłem jej nadgarstek pewnie, prowadząc jej dłoń po mojej skórze tak, jakbym od dawna wiedział, gdzie powinna trafić, już nie jako demonstrację, a zaproszenie. Wanna była ogromna, ciepła, a noc należała do nas. Oddychałem wolniej, głębiej, czując to narastające, ciężkie pożądanie, które nie było już impulsem, lecz czymś osadzonym głębiej, dorosłym, pewnym, to nie była ucieczka od szarej rzeczywistości ani przypadek, to był wybór, powtórzony świadomie, bez strachu przed porankiem.
Byłem szczęśliwy - nie euforycznie, nie naiwnie - głęboko, tak, jak bywa tylko wtedy, gdy wszystko w końcu trafia na swoje miejsce, kiedy przeszłość przestaje ciążyć, a przyszłość nie przeraża. Nie zamierzałem tego ignorować. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, spokojnie, bez pośpiechu, z tą pewnością, której nie trzeba było demonstrować gwałtownością. Palce odnalazły jej nadgarstek i zamknęły się na nim pewnie, prowadząc jej dłoń po mojej skórze dokładnie tam, gdzie chciałem, żeby była. Czułem, jak to napięcie domaga się ujścia, ale pozwalałem mu jeszcze trwać, bo było w tym coś niemal ceremonialnego - ta świadomość, że możemy się w tym zatracić, i tym razem nic nas nie rozdzieli, to nie jest koniec wieczoru, tylko początek drogi, na którą wreszcie weszliśmy razem. To, że siedzieliśmy tu razem, nago, mówiło więcej niż jakiekolwiek wyjaśnienia, których kiedyś zabrakło.
Woda wokół nas stawała się tylko tłem, kiedy Prue przesunęła się bliżej, odpowiedziałem tym samym, skracając dystans do tej cienkiej granicy, przy której oddech drugiej osoby stawał się wyraźnie odczuwalny.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (11753), Prudence Fenwick (8934)




Wiadomości w tym wątku
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.12.2025, 01:41
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 12:59
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 19:41
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.12.2025, 15:52
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 02:45
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 00:06
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 21:55
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 03.01.2026, 16:30
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 04.01.2026, 02:11
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 01:04
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 22:47
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 08.01.2026, 11:34
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 09.01.2026, 03:44
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 21:30

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa