04.01.2026, 05:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.01.2026, 05:20 przez Oleander Crouch.)
Rozmawiam z Dei, piję drinka przy stole
Perłowe zęby kontrastowały z ustami pociągniętymi czereśniowym błyszczykiem, gdy błysnął ich bielą w pozornie słodkim uśmiechu.
- Gwiazdko, moja skóra to ubranie docelowe. Dlaczego mam odmawiać innym piękna swojego dzieła? Ja jestem swoim własnym płótnem, ubrania to tylko przymusowe dodatki. Komponowanie kreacji to też swego rodzaju sztuka, jakoś ludzie muszą sobie rekompensować fakt, że nie mogą z mrugnięciem oka zmienić całej reszty, prawda? - przekrzywił głowę, pozwalając niesfornym kosmykom ulokować się w sadzawce obojczyka - Pamiętasz, kiedyś zastanawiałem się czy jakby całkowicie ją ściągnąć, to mógłbym stworzyć nową. Włosy przedłużam, kości zmieniam, kolor skóry też, to czemu nie całość? - właściwie to zadał to pytanie dziadkowi, gdy ten nauczał go jak panować nad zmianą, jak ją kształtować. Skutkiem znalezienia matczynych ksiąg o Asyryjczykach, którzy skórowali więźniów, był zakaz wejścia do jej gabinetu. Nikt nie spodziewał się, że zrozumie język zapisków porzuconych na mahoniowym biurku. Ojciec liczył, że rodową umiejętność odziedziczy po nim, a nie Shafiqach. Desmond i Deirdre zapewne wysłuchali historii wyczytanej z antycznych zapisków z o wiele większym zaciekawieniem niż dziadek Crouch - Ale nie można stworzyć czegoś z niczego, prawda? Teraz już wiem. Poza tym, bez całej reszty, skóra byłaby bezużyteczna, to ja nadaje jej właściwości przez które jest wyjątkowa - jej i wielu innym rzeczom jak i ludziom. Był słońcem, nie chował się pod osłoną nocy, bo blaskiem wybudziłby nawet niedźwiedzia ze snu zimowego.
Dla lepszego efektu, poruszył długimi palcami, a paznokcie zmieniły kolor od pudrowego różu przez czereśniową czerwień, burgund aż po głęboką czerń, dopasowując się do łabędziego akcentu stroju.
- Na rany Morgany, może to jakiś symbol przemijającego wieku? Moja mama nie chciała mi dać spokoju z ulizanną. Dopiero niedawno udało mi się wyrwać z jej okowów. Po co komu taka zbroja chrupiących jak śnieg kosmyków? Ani to przeczesać, pozwolić komuś sobie założyć za ucho, doprawdy, cokolwiek - zgodny lament młodszej generacji nie szczędził matek.
Dotyk przyjął z pewną przyjemnością, choć definitywnie taktyczny, przyciągał go do ziemi, uświadamiał o chwili trwającej; przysunął się do niej i mimo że zachował granicę komfortu, wyczuwalna nuta jaśminu z ciężkością tytoniu i świeżością cedru wydawała się na chwilę przysłaniać wszystkie inne zapachy.
- Impreza jest taką, jaką ją tworzymy. Grunt to się dobrze bawić, prawda? No, może są od tego wyjątki. Raczej na pewno - myśl o imprezowaniu wśród, chociażby mugolaków, sprawiła, że powierzchnie nosa pokryły zmarszczki. Nie chciał myśleć o oblewających go czerwoną farbą ewolucyjnych błędach Matki. Po cóż dana im była magia? Toż to musiała być tortura, żyć w świecie, którego się nie rozumiało i nie szanowało.
- Nie zniknęłaś, nie zmalałaś ani nie urosłaś do kolosalnych rozmiarów, ale eliksir musi jakoś działać. Możesz mówić? - wyciągnął dłoń, aby dotknąć ją w nos, ale powstrzymał się w ostatnim momencie. Jego oczy zakrywały okulary, ale przez nienaturalną zieleń spojrzenia zatańczyła barwa skruchy. Będąc w bliskiej relacji z nią i Desmondem, szybko załapał, że to oni inicjowali dotyk - Upewniam się tylko, wolałbym uniknąć takich efektów, gdy wypiję swój - nie był pewny działania substancji, ale fakt, co mogło pójść nie tak? Przecież Lestrange'owie nie mogli pozwolić sobie na bardzo skandaliczne wydarzenia, nie w momencie, gdy balem próbowali podtrzymać dewizę 'show must go on', która towarzyszyła również Ekstazie Merlina.
- Wpierw zwilżę gardło, lepiej mieć poślizg - zażartował, wiedząc, że znaczenie i tak przefrunie obok głowy kobiety i sięgnął po jednego z ognistych drinków, wypijając zawartość na jeden raz. Alkohol zapiekł w język i podniebienie, zmywając z nich woń zmieszanego z wiśniami i goździkami tytoniu.
!plonacedrinki
Perłowe zęby kontrastowały z ustami pociągniętymi czereśniowym błyszczykiem, gdy błysnął ich bielą w pozornie słodkim uśmiechu.
- Gwiazdko, moja skóra to ubranie docelowe. Dlaczego mam odmawiać innym piękna swojego dzieła? Ja jestem swoim własnym płótnem, ubrania to tylko przymusowe dodatki. Komponowanie kreacji to też swego rodzaju sztuka, jakoś ludzie muszą sobie rekompensować fakt, że nie mogą z mrugnięciem oka zmienić całej reszty, prawda? - przekrzywił głowę, pozwalając niesfornym kosmykom ulokować się w sadzawce obojczyka - Pamiętasz, kiedyś zastanawiałem się czy jakby całkowicie ją ściągnąć, to mógłbym stworzyć nową. Włosy przedłużam, kości zmieniam, kolor skóry też, to czemu nie całość? - właściwie to zadał to pytanie dziadkowi, gdy ten nauczał go jak panować nad zmianą, jak ją kształtować. Skutkiem znalezienia matczynych ksiąg o Asyryjczykach, którzy skórowali więźniów, był zakaz wejścia do jej gabinetu. Nikt nie spodziewał się, że zrozumie język zapisków porzuconych na mahoniowym biurku. Ojciec liczył, że rodową umiejętność odziedziczy po nim, a nie Shafiqach. Desmond i Deirdre zapewne wysłuchali historii wyczytanej z antycznych zapisków z o wiele większym zaciekawieniem niż dziadek Crouch - Ale nie można stworzyć czegoś z niczego, prawda? Teraz już wiem. Poza tym, bez całej reszty, skóra byłaby bezużyteczna, to ja nadaje jej właściwości przez które jest wyjątkowa - jej i wielu innym rzeczom jak i ludziom. Był słońcem, nie chował się pod osłoną nocy, bo blaskiem wybudziłby nawet niedźwiedzia ze snu zimowego.
Dla lepszego efektu, poruszył długimi palcami, a paznokcie zmieniły kolor od pudrowego różu przez czereśniową czerwień, burgund aż po głęboką czerń, dopasowując się do łabędziego akcentu stroju.
- Na rany Morgany, może to jakiś symbol przemijającego wieku? Moja mama nie chciała mi dać spokoju z ulizanną. Dopiero niedawno udało mi się wyrwać z jej okowów. Po co komu taka zbroja chrupiących jak śnieg kosmyków? Ani to przeczesać, pozwolić komuś sobie założyć za ucho, doprawdy, cokolwiek - zgodny lament młodszej generacji nie szczędził matek.
Dotyk przyjął z pewną przyjemnością, choć definitywnie taktyczny, przyciągał go do ziemi, uświadamiał o chwili trwającej; przysunął się do niej i mimo że zachował granicę komfortu, wyczuwalna nuta jaśminu z ciężkością tytoniu i świeżością cedru wydawała się na chwilę przysłaniać wszystkie inne zapachy.
- Impreza jest taką, jaką ją tworzymy. Grunt to się dobrze bawić, prawda? No, może są od tego wyjątki. Raczej na pewno - myśl o imprezowaniu wśród, chociażby mugolaków, sprawiła, że powierzchnie nosa pokryły zmarszczki. Nie chciał myśleć o oblewających go czerwoną farbą ewolucyjnych błędach Matki. Po cóż dana im była magia? Toż to musiała być tortura, żyć w świecie, którego się nie rozumiało i nie szanowało.
- Nie zniknęłaś, nie zmalałaś ani nie urosłaś do kolosalnych rozmiarów, ale eliksir musi jakoś działać. Możesz mówić? - wyciągnął dłoń, aby dotknąć ją w nos, ale powstrzymał się w ostatnim momencie. Jego oczy zakrywały okulary, ale przez nienaturalną zieleń spojrzenia zatańczyła barwa skruchy. Będąc w bliskiej relacji z nią i Desmondem, szybko załapał, że to oni inicjowali dotyk - Upewniam się tylko, wolałbym uniknąć takich efektów, gdy wypiję swój - nie był pewny działania substancji, ale fakt, co mogło pójść nie tak? Przecież Lestrange'owie nie mogli pozwolić sobie na bardzo skandaliczne wydarzenia, nie w momencie, gdy balem próbowali podtrzymać dewizę 'show must go on', która towarzyszyła również Ekstazie Merlina.
- Wpierw zwilżę gardło, lepiej mieć poślizg - zażartował, wiedząc, że znaczenie i tak przefrunie obok głowy kobiety i sięgnął po jednego z ognistych drinków, wypijając zawartość na jeden raz. Alkohol zapiekł w język i podniebienie, zmywając z nich woń zmieszanego z wiśniami i goździkami tytoniu.
!plonacedrinki
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦