Morpheus nie obnosił się ze swoim ptasim totemem, tak jak niektórzy, tworzący z nich swoje emblematy, zwierzęta herbowe czy ornamenty swoich domów. Kukułka Morpheusa milcząco spoglądała na świat, odzywając się sporadycznie w mimice i zachowaniu wieszcza. Teraz przekrzywiał ptasio głowę, wsłuchując się w prawdy wypowiadane przez Mulcibera, nie kłócąc się z nimi, bo lękał się luster, ale nie tych, którzy mu je pokazywali. Był boleśnie samoświadomy swoich bolączek, a przynajmniej lubił tak o sobie myśleć.
— Byłbym szczerze zwiedziony, gdybyś w nich wierzył — stwierdził pogodnie. Przesunął pudełeczka ze sporyszem i antydotum na brzeg aleksandrowego biurka, otworzył na ślepo pierwszą lepszą szufladę i je tam wrzucił w bardzo bezmyślnym geście. Kukułki nie wiją gniazd.
A później pstryknął Alexa w nos, jak starszy brat i roześmiał się tym charakterystycznym śmiechem beztroski, który brzmiał jak skradziony jakiemuś wiosennemu bóstwu. Śmiał się, jakby chciał sprawić, że w Departamencie Tajemnic nastanie nagle wieczna zieleń, rozkwitną tulipany i stokrotki, wyrosną drzewa i zaświeci słońce.
— W piekarni po drugiej stronie ulicy dają dzisiaj dobre pączki — powiedział, wstał i wyszedł, jakby nigdy go tam nie było.