04.01.2026, 19:34 ✶
Anthony był zadowolony z efektu swoich działań, to, że był głęboko rozczarowany efektem działań Morpheusa pozostawił dla siebie. Myśli łatwo uciekały mu znów, rozlewały się na boki nieuporządkowane lingwistycznie, kiedy próbował dobrać słowa do uczucia, stanu, który posiadał tutaj, na ziemiach Longbottomów, daleko od tego co było mu znane, choć przecież, przez Morpheusa, będące znane mu doskonale.
Dziwne ciepło wokół serca zdawało się nieadekwatne do któregokolwiek z języków skandynawskich, które pierwsze przychodziły na myśl przez wzgląd na śnieg. Włosi z kolei co prawda mieli tyle śniegu w Andach, jednak... jakaś nastoletnia nostalgia, pamięcią pokoleń najprawdopodobniej szarpana, albo przeczytaniem ksiąg spisywanych dłonią bardzo starych ludzi przez oczy, które tylko wtórnie mogły poczuć... ten ciężar na piersi. Ten uśmiech pozbawiony radości i entuzjazmu pierwszych doświadczeń.
Westchnął i powędrował wzrokiem tam, gdzie powędrował jego przyjaciel. Ku niebu. Klarowne i czyste, czerń przyobleczona świetlistymi kropkami, tak ważnymi dla nich podczas niektórych zaliczeń, tak ważnymi dla Morpheusa cały czas w sumie. Bez trudu znalazł Oriona, którego kształt tańczącego aborygena nie dał się zatrzeć w pamięci, mimo tego, że zaliczenie z tematu rozmieszczenia gwiazdozbioru mieli w ubiegłym roku. Jego pas trzech gwiazd... trochę jak oni tu teraz we trzej stali.
Przyjemne.
–Корабли караваном в пустыне,
Убегают к просторам вселенной,
Покорять безупречные силы,
Как в создателя данную веру.
Приоткроют небесное пламя,
Орион своих звездных набросок,
Что церковной свечой догорает,
В понимание темных полосок.
Сила времени в скорости звука,
Так ничтожна, как пыль на дороге,
А вращение мощного круга,
Остановка на данном пороге.
Астероиды, как листы по ветру,
Распыляют созвездия время,
Уронив на безлюдных планетах,
Своей жизни бесплодное семя… – powiedział cicho, wyrecytował właściwie z pamięci. Zrobił to bardziej nawet dla brzmienia głosu. Dla nostalgii, która zdała się w tej barwie prawdziwsza niż w jakiejkolwiek innej.
Zaraz potem zdał sobie sprawę, że widzi też gwiazdę, która świeci najjaśniej, wzrok sam ku niej ściągnął. To była... psia gwiazda. Czyż nie śmiał się, że pasuje do Longbottoma, przez wzgląd na dom z którego się wywodzi? I choć życzenia zwyczajowo wypowiadało się na widok gwiazdy spadającej, tak on mimo wszystko pomyślał je teraz. Aby nic ich nie poróżniło. Ani teraz, ani nigdy. Życzył im solennie w tym świątecznym czasie przyjaźni na całe życie. Przywilej młodości, by mieć nadzieję, na dożycie starości bez opłakiwania siebie wzajem przedwcześnie.
Dziwne ciepło wokół serca zdawało się nieadekwatne do któregokolwiek z języków skandynawskich, które pierwsze przychodziły na myśl przez wzgląd na śnieg. Włosi z kolei co prawda mieli tyle śniegu w Andach, jednak... jakaś nastoletnia nostalgia, pamięcią pokoleń najprawdopodobniej szarpana, albo przeczytaniem ksiąg spisywanych dłonią bardzo starych ludzi przez oczy, które tylko wtórnie mogły poczuć... ten ciężar na piersi. Ten uśmiech pozbawiony radości i entuzjazmu pierwszych doświadczeń.
Westchnął i powędrował wzrokiem tam, gdzie powędrował jego przyjaciel. Ku niebu. Klarowne i czyste, czerń przyobleczona świetlistymi kropkami, tak ważnymi dla nich podczas niektórych zaliczeń, tak ważnymi dla Morpheusa cały czas w sumie. Bez trudu znalazł Oriona, którego kształt tańczącego aborygena nie dał się zatrzeć w pamięci, mimo tego, że zaliczenie z tematu rozmieszczenia gwiazdozbioru mieli w ubiegłym roku. Jego pas trzech gwiazd... trochę jak oni tu teraz we trzej stali.
Przyjemne.
–Корабли караваном в пустыне,
Убегают к просторам вселенной,
Покорять безупречные силы,
Как в создателя данную веру.
Приоткроют небесное пламя,
Орион своих звездных набросок,
Что церковной свечой догорает,
В понимание темных полосок.
Сила времени в скорости звука,
Так ничтожна, как пыль на дороге,
А вращение мощного круга,
Остановка на данном пороге.
Астероиды, как листы по ветру,
Распыляют созвездия время,
Уронив на безлюдных планетах,
Своей жизни бесплодное семя… – powiedział cicho, wyrecytował właściwie z pamięci. Zrobił to bardziej nawet dla brzmienia głosu. Dla nostalgii, która zdała się w tej barwie prawdziwsza niż w jakiejkolwiek innej.
Zaraz potem zdał sobie sprawę, że widzi też gwiazdę, która świeci najjaśniej, wzrok sam ku niej ściągnął. To była... psia gwiazda. Czyż nie śmiał się, że pasuje do Longbottoma, przez wzgląd na dom z którego się wywodzi? I choć życzenia zwyczajowo wypowiadało się na widok gwiazdy spadającej, tak on mimo wszystko pomyślał je teraz. Aby nic ich nie poróżniło. Ani teraz, ani nigdy. Życzył im solennie w tym świątecznym czasie przyjaźni na całe życie. Przywilej młodości, by mieć nadzieję, na dożycie starości bez opłakiwania siebie wzajem przedwcześnie.