• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence

[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
05.01.2026, 21:41  ✶  
Byłem wyjątkowo zdyscyplinowany, wręcz wzorowy, jednocześnie za wszelką cenę starając się trzymać wersji, iż robiłem to z własnej woli - nawet nie dlatego, że kazała mi się nie ruszać, tylko dlatego, że w tej konfiguracji naprawdę nie było gdzie. Najwyraźniej tak wyglądała prawdziwa intymność w małżeństwie - leżenie nieruchomo, kiedy ktoś grzebie ci w tyłku dla twojego dobra. Nie stałem się nagle wzorem pacjenta, po prostu wiedziałem dokładnie, co trzymała w dłoni i gdzie operowała narzędziami, a moja wyobraźnia była aż nadto sprawna. Jeśli ktoś kiedyś miał wątpliwości co do mojego zaufania do tej kobiety, to właśnie w tym momencie dostawałby dowód nie do podważenia. Całe szczęście, byliśmy tu całkowicie sami. Nie to, by udowodnienie teściowi, że naprawdę kocham jego córkę nie było jednym z moich priorytetów, wbrew naszej rozmowie z Prue o tym, że „jak John zareaguje na wieść o ślubie, to jego problem”, zamierzałem być lepszą wersją siebie, ale może niekoniecznie chciałem aż tak poświęcać się dla sprawy. Miałem, jeszcze!, jakąś godność.
Ani drgnąłem, gdy odeszła, szczęki miałem zaciśnięte, dłonie podparte w taki sposób, aby móc jako-tako sięgnąć po alkohol, tak w razie potrzeby, poza tym całe moje ciało współpracowało z jej poleceniami w sposób wręcz podręcznikowy.
Zwykle byłem zaprzeczeniem pruderyjności, więc w innych okolicznościach nie miałbym z tym najmniejszego problemu - nagość nigdy nie była dla mnie sprawą wstydliwą, praktycznie od czasów gry w drużynie quidditcha, zresztą później jeszcze mniej się nią przejmowałem. Znałem swoje ciało, wiedziałem, co potrafiło, miałem zdrową opinię o własnej fizyczności, wiedziałem, że nie miałem nic do ukrycia - to nie była przechwałka, tylko fakt, z którym żyłem w zgodzie. Spałem częściej bez ubrań niż w nich i nie traktowałem tego jako manifestu, tylko wygodę. Słońce widziało więcej, niż powinno, a mieszkania i prywatne pokoje znały mnie w wersjach zdecydowanie mniej oficjalnych. Ale to? To było coś zupełnie innego - tu nie chodziło o ciało, tu chodziło o kontekst, bo owszem, leżałem nagi od pasa w dół, ale nie z wyboru, nie z wygody, nie z poczucia wolności.
Wciągnąłem powietrze nosem, powoli, kontrolowanie, bez słowa sprzeciwu pozwalając Pruey wrócić do zadań, to nie była uległość, a przynajmniej tak to sobie powtarzałem, to był instynkt samozachowawczy. Pęseta znajdowała się zbyt blisko miejsc, które nie wybaczały błędów, żebym mógł pozwolić sobie na cokolwiek więcej. Dyskomfort był oczywisty, pozycja daleka od ideału, ale nie to było teraz najważniejsze. Najważniejsze było to, żeby ta cholerna drzazga zniknęła raz na zawsze. Leżałem nieruchomo jak zaklęty artefakt, którego absolutnie nie wolno dotknąć ani przesunąć, jak obiekt muzealny z tabliczką „nie dotykać”, mimo że byłem dotykany bardzo intensywnie i bardzo precyzyjnie.
Mniejsza pęseta była lepszym wyborem, czułem krótkie, punktowe ukłucia, takie, które mówiły mi raczej „jeszcze chwilę”, a nie „zaraz umrzesz” - nie było to dramatyczne, ale wystarczająco precyzyjne, by regularnie przypominać mi, gdzie dokładnie znajduje się centrum operacyjne. Zaciskałem szczękę, skupiając się na rytmie oddechu, na kanapie pod sobą, na wszystkim poza faktem, że leżę w salonie rodziców mojej żony, z gołym tyłkiem wystawionym na sztuczne światło, stosunkowo precyzyjnie przesuwane wraz z postępami w zabiegu. Zdawało się wypalać punktowo każdy fragment skóry, który akurat uznano za medycznie interesujący. Nie ruszyłem się, nawet nie mrugnąłem, jeśli to było w ogóle możliwe. Zachowywałem się jak ofiara zaklęcia petryfikującego, w pełni świadomy każdego centymetra własnego ciała i absolutnie wszystkiego, co w tej chwili było wystawione na chłodne powietrze w cudzym domu.
Kiedy Pruey stwierdziła, że wolałaby, żebym pozostał egzemplarzem bez kija, uniosłem brew, której i tak nikt nie widział. Doceniałem troskę, naprawdę, nawet jeśli była wyrażana w najbardziej kompromitującym możliwym kontekście. Gdy uprzedziła, że zostały dwa, skinąłem minimalnie głową, choć i to było ryzykowne.
- „Dwa malutkie flagmenty”. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie. - Jasne. Oczywiście. Zawsze są „malutkie”. - I tak uważałem się za całkiem posłusznego pacjenta, z nie sposób było tego nie skomentować, zwłaszcza po tym, jak drzazga już raz połamała się na drobniejsze fragmenty. - Pszyjąłem do wiadomości. - Powiedziałem wreszcie przez zęby. - Dwa. Dam ladę. Znam golse statystyki. I tak, zdecydowanie myślę, sze to biesze się właśnie stąd. - Lampka przesunęła się o włos, a ja wpatrywałem się w sufit, licząc pęknięcia i obiecując sobie, że jeśli z tego wyjdę, to już nigdy nie usiądę na niczym z tak szeroką wsteczną, a przede wszystkim dziecięcą historią.
Leżałem jak zaklęty, dokładnie tak, jak kazała, i to było chyba najbardziej wymowne ze wszystkiego. Ja, który zwykle nie miałem problemu z nagością w żadnym kontekście, który potrafił traktować własne ciało jak fakt, a nie temat do debat, teraz byłem nieruchomy nie z powodu wstydu, tylko… Zażenowania, chyba pierwszy raz w życiu czułem zażenowanie. Zawsze uważałem, że jeśli ktoś ma z tym kłopot, to jest to wyłącznie jego kłopot. Wiedziałem, że nie mam się czego wstydzić i nigdy nie miałem potrzeby udawać skromnisia, nigdy się z tym specjalnie nie cackałem, ale to było inne, to nie była swoboda, to była procedura. Medyczna. Z publicznością w drodze. Bo co innego chatka w  Exmoor, jezioro, księżyc albo słońce i przestrzeń, czy mieszkanie w Londynie, a co innego kanapa rodziców mojej żony, lampka i drzwi frontowe, które chwilę wcześniej wydały z siebie ten dźwięk.
Ten jeden dźwięk.
Słyszałem go wyraźnie, mimo że byłem skupiony na oddychaniu i na tym, żeby nie reagować na kolejne precyzyjne ruchy pęsety. Klucz, zamek, ten charakterystyczny moment przejścia domu z trybu „bezpieczny” w tryb „publiczny”, w tej jednej sekundzie wszystkie moje dotychczasowe liberalne poglądy na nagość postanowiły zrobić krok w tył i udawać, że nigdy nie istniały. Tak, fakt, że wszystko działo się właśnie tutaj, właśnie teraz, nadawało tej scenie rangę moralnej pułapki.
- Świetnie. - Syknąłem przez zęby, ledwie poruszając ustami.
„Nikt nam nie przeszkodzi”, mówiła. „Mamy czas”, mówiła.
Nie panikowałem - to nie był mój styl, ale w środku miałem to nieprzyjemne, lodowate „o nie”, które pojawia się, gdy wiesz, że historia właśnie zapisuje się sama i nie masz na to żadnego wpływu, za chwilę będziesz czyimś anegdotycznym wspomnieniem, a „pamiętasz, jak…” będzie miało bardzo konkretny kontekst.
Teoria o kijach w dupie była… Zaskakująco trafna. W tej pozycji, w tej chwili, metafora nabierała bardzo dosłownego znaczenia. Pomyślałem, że jeśli ktoś kiedyś zapyta mnie o genezę sztywności światopoglądowej, będę miał bardzo osobistą odpowiedź. Ignorowana drzazga, mikrouraz, potem kompensacja psychiczna, w końcu masz całego kija i wszyscy się zastanawiają, skąd się wziął - to się spinało bardziej niż większość teorii społecznych, jakie słyszałem, brzmiało całkiem jak materiał na pracę doktorską, „Etiologia kijów. Studium przypadków”.
Ostrzeżenie dotarło do mnie natychmiast, ostre i absolutnie logiczne. Pęseta była zbyt blisko, jeden gwałtowny ruch i ten dzień zapisałby się w historii rodu Bletchleyów jako coś znacznie gorszego niż niezręczne wejście. Leżałem więc dalej, z twarzą zwróconą w bok, słysząc kroki w przedpokoju, szelest płaszczy, dźwięki, które mówiły „zaraz tu będą”. Miałem bardzo dużo czasu, żeby przemyśleć swoje życiowe wybory, raczej nie było więc w żadnym razie osobliwym wnioskiem to, że żaden z nich nie wydawał się teraz szczególnie trafiony. Każde krótkie, punktowe ukłucie było jak przypomnienie, że ta teoria o kijach w dupie, rzucona przeze mnie półżartem, właśnie przechodziła test empiryczny. Zapowiedź, że „nikt nam nie przeszkodzi”, umarła bardzo głośną śmiercią w przedpokoju, a ja faktycznie zesztywniałem, jakby ktoś mi coś nie wyjął, tylko wsadził. Zacisnąłem szczękę, oddychając przez zęby, ledwie słyszalnie, po czym złączyłem je jeszcze mocniej, kiedy kolejny fragment drzazgi został wyciągnięty. Dopiero wtedy, bardzo cicho, głosem stłumionym przez poduszkę, żeby tylko Prue to usłyszała, burknąłem:
- Kłamczucha. - To nie było oskarżenie, nie było to dramatyczne jęknięcie, raczej suchy fakt. Nie było w nim złości, bardziej coś pomiędzy rezygnacją a suchym humorem, który ratował człowieka przed kompletnym rozpadem godności. W moim umyśle wszystko krzyknęło JAK TO, ale reszta została nieruchoma, bo pęseta była za blisko, a ja jednak lubiłem swoje pośladki w stanie nieuszczypniętym, najlepiej bez drzazgi, która postanowiła przeciągnąć swoje pięć minut, i bez uwagi teściów, którzy za chwilę mogli wejść do salonu. To oznaczało, że musiałem być grzeczny i posłuszny, przynajmniej jeszcze teraz. Nie znaczyło to za to, że nie mogłem mówić.
- Pelfidna kłamczucha. - Podkreśliłem cicho, z naciskiem, głosem tak niskim, że bardziej czułem go w klatce piersiowej niż słyszałem. Oddychałem wolno, odliczając w myślach sekundy, słuchając dźwięków z przedpokoju, które były zdecydowanie za blisko. Milczałem, licząc w myślach na to, że fragmenty drzazgi dadzą się usunąć szybciej, niż rodzice zdecydują się wejść dalej niż do przedpokoju. Nie chciałem zostać wystawiony na zderzenie z normalnością świata, który nie miał pojęcia, co zastanie za chwilę, z echem codzienności, które w tej sekundzie miało fatalne wyczucie czasu.
Energia weszła pierwsza, zanim jeszcze pojawiła się kobieca sylwetka. Kroki były szybkie, zdecydowane, głos jasny, ciepły, promienny jak słońce po deszczu.
- Och! - Rzuciła radośnie, stając w progu, jakby właśnie zobaczyła coś zupełnie normalnego - to był ten typ człowieka, który nie puka, bo życie jest za krótkie na pukanie. - Jesteście! Myślałam, że… - Zawiesiła głos na ułamek sekundy, podczas gdy spojrzenie prześlizgnęło się po scenie, po lampce, po kanapie, po mnie. I zamiast krzyku, paniki czy oburzenia, na jej twarzy pojawił się szeroki, serdeczny uśmiech. Matka Prudence miała w sobie coś absolutnie nieadekwatnego do roli, którą formalnie pełniła. Zamiast zatrzymać się, zamiast zareagować szokiem, zamiast odwrócić wzrok, zrobiła dokładnie to, czego się obawiałem. - OHO! - Głos Penelope był jasny, żywy, kompletnie pozbawiony wstydu. - Widzę, że nie marnujecie czasu! - Zatrzymała się na sekundę, oceniła sytuację jednym spojrzeniem aptekarki i matki jednocześnie, po czym uśmiechnęła się szeroko, absolutnie rozbrajająco. - Prue, kochanie, lampka bardzo ładnie ustawiona. Profesjonalnie. - Mrugnęła do córki porozumiewawczo, akurat gdy uniosłem głowę minimalnie - na tyle, na ile pozwalała mi pozycja absolutnie nieprzeznaczona do konwersacji towarzyskich, i zerknąłem w jej stronę kątem oka. Na twarzy Penelope był ten sam promienny, bezwstydnie serdeczny wyraz, co podczas kolacji na Mabon, jakby właśnie wpadła na herbatę, a nie na nagiego zięcia pod lampką zabiegową.
Odezwała się pierwsza, oczywiście. Promiennie, jakby właśnie złapała mnie na czytaniu książki, a nie w stanie pełnej, niepodrabialnej kompromitacji.
- Benjy, skarbie! - Jej głos był ciepły, radosny, absolutnie nie na miejscu. - Jak miło cię widzieć… Chociaż przyznam, że perspektywa jest nowa. - Oczywiście, że musiała coś dodać, zaśmiała się lekko, swobodnie, jak ktoś, kto nie zamierzał udawać, że świat właśnie się nie wykoleił.
Przełknąłem ślinę, słysząc kolejne ruchy w przedpokoju. Paradoks polegał na tym, że im mniej miałem do ukrycia w sensie fizycznym, tym bardziej nagi czułem się mentalnie, w dodatku pozwoliłem sobie wmówić, że „nikt nie wróci tak szybko”, bo tak - moja żona, mała kłamczucha mówiła, że mamy czas, mówiła, że nikt nie wróci, mówiła, że to bezpieczne, a ja, jak ostatni naiwniak, uwierzyłem. Klątwołamacz, który rozpoznawał fałszywe artefakty na metr, dał się nabrać na „spokojnie, zdążymy”. Człowiek, który stawał naprzeciw rzeczy znacznie gorszych niż teściowie, teraz leżał z gołym tyłkiem i absolutnym brakiem opcji manewru.
- Dzień dobly, Penelope. - Odezwałem się spokojnie, z tą rezygnacją, która przychodzi tylko wtedy, gdy nie ma już sensu udawać. Zamknąłem oczy na sekundę i pozwoliłem sobie na krótki, wymowny komentarz. - Miło panią widzieć. Wolałbym… W innych okolicznościach. Obawiam się, sze to nie jest mój najlepszy kadl, ale balso się cieszę, sze pani mnie… Losposnaje. - Poruszyłem się minimalnie, natychmiast zamierając z powrotem, i tylko uniosłem dwa palce w geście powitania, bo na więcej nie pozwalała ani sytuacja, ani zdrowy rozsądek.
- Och, kochanie, nie tłumacz się. - Machnęła ręką. - Rodzina to rodzina. To tylko pupa. Nic takiego. A poza tym… - Jej spojrzenie błysnęło figlarnie. - Przynajmniej wiem, że dobrze trafiła. - Znowu zachichotała, jak starsza siostra, trochę doroślejsza siostra, nie pełnoprawna, poważna matka. Najwyraźniej to była jej stała filozofia życiowa - czuła się młodo i właśnie tak się zachowywała.
Tak, to był ten moment, gdy byłem już bardzo bardzo świadomy faktu, że sytuacja wymknęła się z kategorii „domowa interwencja medyczna” i wpadła prosto w „rodzinne wspomnienie, które będzie wracać na każde święta”.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14043), Prudence Fenwick (6838)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 01:05
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 01:40
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 03:04
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 16:38
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 21:41
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 00:11
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 04:11
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 12:59
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 19:40
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 22:47
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 07.01.2026, 21:33
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 08.01.2026, 14:47
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 09.01.2026, 18:44
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.02.2026, 13:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa