Teoretycznie sytuacja, jaka panowała w kraju po manifeście Czarnego Pana, powinna służyć rodzinom czystej krwi. Wielu zagorzałych konserwatystów najpewniej cieszyło się z takiego obrotu sprawy, może potajemnie (lub mniej skrycie) gratulowali sobie dożycia czasów, w których ktoś w końcu zrobi porządek z mugolami i mugolakami, może dołączali właśnie do tej rebelii, przysięgając przed Voldemortem posłuszeństwo w imię idei. Tego czarnoksiężnika z pewnością nie dało się zignorować, a problemem aurorów było to, że nie wiedzieli kto to jest, ani gdzie go szukać. Zaszył się gdzieś i nie pokazywał, za to zaczęli być widoczni jego słudzy w maskach i dziwnych płaszczach. Gdzieniegdzie widziano już na niebie złowieszczy znak… Nastawał czas strachu wśród ludzi, lecz nie u czystokrwistych – przecież to nie oni mieli służyć, to mugole mieli, wedle oznajmienia Voldemorta, służyć im. Teoretycznie nie powinna się tym wszystkim przejmować. W praktyce jednak czuła niepokój, mocno zakorzeniony w pracy. Czuła, że to nie było coś, co skończy się równie nagle, jak się zaczęło. Większość czystokrwistych miała jednak na tyle oleju w głowie, by nie rozpowiadać na głos swego poparcia dla sprawy Voldemorta; część się cieszyła, część odczuwała strach, który próbowali ukryć. A gdzie była ona? Nie bała się Voldemorta, choć może nie było to zbyt mądre, może powinna. Bardziej bała się tego, co mogą zrobić jego poplecznicy. W imię swoich przekonań ludzie potrafili robić rzeczy okropne, a to przecież już się zaczęło… A gdzie stała w tym wszystkim ona? Kobieta pracująca w biurze aurorów, na półmetku stażu, kursów przygotowawczych do pełni wykonywania zawodu? Ona… po części zgadzała się z tym, co mówił Voldemort, ale tylko trochę: nie lubiła mugoli, nie przepadała zwłaszcza za mugolakami – naoglądała się tego, co potrafili zrobić, niezdecydowani w którym świecie chcieli żyć, gdy pracowała jeszcze w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym jako amnezjator. Ile zła potrafili wyrządzić tak mugolom jak i czarodziejom. Była więc za tym, że ich czarodziejski świat powinien być dla nich: dla czarodziejów. To, że wśród mugoli czasami rodził się ktoś z pierwiastkiem magii było taką samą anomalią jak to, że wśród czarodziejów rodzili się ci, którzy w ogóle nie potrafili czarować, charłacy. I jedni powinni należeć do świata mugoli, a drudzy do świata czarodziejów, bez tego… kręcenia się to tu, to tam. Ale robić z nich sługi czystokrwistych? Albo zabijać ich, wytępić jak szkodników? Nie. Potrzebowali kompromisów, nie walki. Jak dla niej – mugole i mugolacy powinni żyć, po prostu z dala od nich i to tyle.
Sama nieco się zdziwiła, ujrzawszy Alexandra. Zrozumiała, że ma do czynienia z kimś zza granicy, a przynajmniej z kimś, kto ma korzenie nie w Wielkiej Brytanii, gdy widziała nazwisko w liście, lecz chyba sama spodziewała się… czego w zasadzie? Starszego mężczyzny? Kogoś nieokrzesanego, dzikiego? Może. Nie była raczej osobą, która ulega stereotypom, czasami jednak pewne wyobrażenia, podtykane przez głowę, były silniejsze. Nie, chyba nie spodziewała się tak dobrze ubranego, raczej niewiele od niej starszego mężczyzny. Lubiła brunetów. Ale to zdziwienie raczej nie znalazło odbicia w jej twarzy; ludzie często mieli ją za zdystansowaną i chłodną, bo gdy podjęła się nauki oklumencji, uczyła się też kontrolowania swoich emocji, tego, by nie wypływały na jej twarz, która zdawała się być rzeźbą, z rzadka przecinaną uśmiechem. To był jej wybór, styl życia, nie oznaczało to jednak, że tych emocji była pozbawiona. Czasami zresztą ta tafla była zmącana jakimś uśmiechem, lecz nigdy szerokim, a lekkim, oszczędnym. Jak teraz, gdy Alexander przyjął jej dłoń na przywitanie i musnął jej wierzch.
A potem… Uniosła wyżej jedną brew, na propozycję Alexandra i… zwykle nakazałaby skrzatu podanie trunku, tak teraz uznała, że może jednak się trochę zabawi i uśmiechnęła się ponownie, tym razem unosząc jeden kącik ust w górę. Odesłała skrzata.
– Żaden problem – machnęła lekko dłonią, dając znać, że nie ma nic przeciwko przejścia na mniej formalną formę i odwróciła się do jednej z szafek, która jak się okazywało skrywała barek. Wyciągnęła stamtąd dwie szklanki wyglądające jak cięte z kryształu i zawahała się na moment, patrząc po butelkach jakie tam mieli, aż się zdecydowała. – Długo jesteś w Anglii? – zagaiła, pomiędzy nakładaniem szczypczykami kostek lodu z małego, najwyraźniej zaklętego pojemnika, który trzymał temperaturę, by te się nie stopiły i nalewaniem ognistej whisky na dwa palce. Tak, dla siebie również. Co zaś się tyczyło jej pytania – miała takie wrażenie, że Aristov nie był w Wielkiej Brytanii jakoś przesadnie długo, skoro bał się, że miejscami nie poradzi sobie z językiem. Miała też już swoją odpowiedź na pytanie, czy był przyjezdny czy miał tu swoje korzenie, chyba że tak dobrze grał… – Wiele ludzi zawsze narzeka na deszczową aurę i szare niebo – mówiła dalej. W końcu jednak postawiła szklanki na stoliku, uśmiechnęła się krótko i sama zajęła drugi fotel, założyła nogę na nogę i jedną rękę położyła na podłokietniku. – To znaczy miejscowi również narzekają – często, gdy już miała jakieś spotkania biznesowe, z początku lubiła poprowadzić jakąś niezobowiązującą rozmowę, jakoś wybadać drugiego człowieka – bo lubiła wiedzieć. To ciekawość i głód wiedzy popychał ją do przodu. – Mam nadzieję, że Wielka Brytania nie jest zbyt rozczarowująca – mogło to znaczyć wiele, bo miała na myśli… wszystko: pogodę, kulturę, ale też i niepokoje, jakie wśród czarodziejskiej społeczności pojawiły się po manifeście Lorda Voldemorta.