• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence

[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
06.01.2026, 19:40  ✶  
Komplikacje mnie lubiły, to prawda - tak było od zawsze, jakby życie miało do mnie osobisty uraz albo wyjątkowe poczucie humoru. Rzeczy rzadko bywały proste, a jeśli już, to tylko po to, by za chwilę pokazać, że to była iluzja. A jednak, słuchając jej, nie czułem się jak ktoś, komu coś się przydarza. Raczej jak przypadek, który warto zbadać. Szkoda tylko, że nie wszyscy byli zgodni z tym założeniem.
Czułem wzrok ojca Prudence jak ostrze między łopatkami - ten sam, który pamiętałem z Mabon. Jego spojrzenie było zimne, kalkulujące, jak zawsze, wyrażało milczące przekonanie, że wszystko już o mnie wie, rozgryzł mnie, sklasyfikował, odłożył na półkę z napisem „błąd”. Znałem je, to był wzrok ludzi, którzy byli przekonani, że świat powinien działać według ich zasad, a jeśli nie działa, to znaczy, że ktoś oszukuje. Ktoś taki jak ja, rysa na idealnym obrazie. Nie poczułem strachu ani wstydu. Poczucie bycia przyłapanym nie przyszło wcale, zamiast tego pojawiło się coś ostrego, prawie przyjemnego - bezczelna pewność, że nie mam już obowiązku być grzeczny. Wtedy siedziałem przy stole, trzymałem język za zębami, byłem „gościem”, teraz byłem mężem jego córki, różnica była zasadnicza - znaleźliśmy się na granicy, za którą przestaje się grać w dyplomację, to był ten moment, w którym człowiek przestaje ważyć słowa, bo nagle staje się jasne, że nie ma już nic do negocjowania, może być miły, ale nie uległy, a on właśnie mnie obrażał. Czułem, jak coś we mnie przestawia się z cichego triumfu w tryb konfrontacji, więc kiedy ruszył w moją stronę, uniosłem głowę odrobinę, na tyle, na ile pozwalała mi pozycja. Spojrzałem na niego wprost, bez uciekania wzroku. Fenwick, Rookwood, bez znaczenia, byłem sobą. Nie powinienem się ruszać, rozsądek podpowiadał, żeby zostać dokładnie tam, gdzie byłem, pozwolić Prudence dokończyć to, co zaczęła, i nie dolewać oliwy do ognia, który już i tak trawił salon jej rodziców, ale rozsądek od dawna nie był moją najmocniejszą stroną, a ton Johna Bletchleya działał na mnie jak iskra z zapałki rzuconej w benzynę. Słowo „karaluch” prześlizgnęło się po mnie bez śladu, słyszałem gorsze rzeczy od ludzi znacznie groźniejszych, którzy mieli realną władzę, różdżki i powody, żeby mnie nienawidzić - to nie była nowość - problem polegał na tym, że mówił o Prudence, jakby była przedmiotem, dzieckiem, które można było „omamić”, jakby nie była osobą zdolną do podejmowania własnych decyzji, a to było nie do przyjęcia, nawet jeśli miał szczere, ojcowskie pobudki. John Bletchley miał autorytet, pozycję, przekonanie o własnej racji, ale nie miał nad nami wszechwładzy, już nie. Krew krążyła mi szybciej, wzbierała we mnie ta konfrontacyjna energia, teraz nie widziałem powodu, żeby ją dłużej kontrolować.
- „Kalaluch”? „Omamiłem ją”? - Powtórzyłem cicho, niemal z rozbawieniem. Czułem w sobie ten impuls, który zawsze pchał mnie do przodu, zamiast się cofać, tłumaczyć, usprawiedliwiać się, rozkładać na czynniki pierwsze. Nie miałem zamiaru się bronić, obrona zakłada winę, a ja nie czułem się winny absolutnie niczego. Pozwoliłem spojrzeniu zatrzymać się na nim o sekundę dłużej, niż wymagała grzeczność, kącik ust uniósł mi się minimalnie, ledwie zauważalnie. Nie był to uśmiech, raczej cień uśmiechu, coś pomiędzy kpiną a spokojną pewnością siebie - był krótki, krzywy, pozbawiony sympatii - taki, który nie mówił „przepraszam”, tylko „przyzwyczaj się”. - John, ostatnio byłeś balsiej kleatywny. Pamiętasz? - Postawa mojego ciała była naturalna, niemal niedbała, ale wymowna, nie prosiła o pozwolenie ani akceptację - było w tym coś bezczelnego, coś prowokacyjnego, coś, co mówiło bardzo jasno i mojej pozycji w tej nowej hierarchii, dynamice, jaką budowaliśmy. - Nie omamiłem jej. - Nie zamierzałem opowiadać historii miłości, wspólnych decyzji, nocy przegadanych do świtu, to nie było przesłuchanie, to była linia frontu. Nie miałem ochoty na wyliczanie zasług, na rozbrajanie jego lęków. On nie chciał prawdy, chciał, żebym zniknął. - Nie była pijana, nie była zagubiona, nie była dzieckiem. Wiedziała dokładnie, co lobi. - Dłoń, ta z obrączką, opadła swobodnie przy moim boku, nie demonstrowałem jej już, nie musiałem, raz wystarczyło. Wszystko we mnie było spokojne, aż do granicy, za którą spokój przechodzi w bezczelność. Konstrukcja kanapy jęknęła cicho, gdy się poruszyłem, a ja poczułem znajome napięcie w mięśniach, to stare, dobre uczucie, kiedy ciało wie, że za chwilę stanie do konfrontacji.
Leżenie było pozycją podporządkowania, a ja już dawno wyszedłem z roli, którą John Bletchley próbował mi narzucić. Odepchnąłem się dłonią od oparcia, prostując się do pełnej wysokości, jeszcze zanim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać. Ruch był spokojny, kontrolowany, ale w tej ciszy brzmiał głośniej niż krzyk. Lampka została za mną, kanapa przestała być ołtarzem upokorzenia, a ja wreszcie stanąłem na własnych nogach. Była w ta sama impulsywna pewność siebie, która wcześniej kazała mi przesunąć dłoń z obrączką dokładnie pod właściwym kątem.
Byłem dużo większy niż on, to nie była groźba, to był fakt statystyczny, z którym musiał się teraz zmierzyć. Nie odezwałem się od razu, zamiast tego spojrzałem na niego z góry, tym spojrzeniem, które nie prosiło o zgodę i nie szukało aprobaty. Kącik ust drgnął mi w ledwie zauważalnym półuśmiechu, takim, który nie był miły, ale też nie otwarcie wrogi - to była drobna, ledwie zauważalna forma sprzeciwu, która nie potrzebowała słów.
Każdy mój ruch był kontrolowany, spokojny, wbrew temu, co wrzało mi pod skórą. Stałem wyprostowany, wysoki, szeroki, dokładnie tam, gdzie on musiał na mnie patrzeć, nawet jeśli całym sobą chciał odwrócić wzrok. Nie sięgałem po spodnie - nie dlatego, że zapomniałem, tylko dlatego, że nie chciałem. To było dziecinne, niedojrzałe, a jednak potwornie satysfakcjonujące. Złapałem jego wzrok i nie spuściłem własnego ani na moment, to wystarczyło - to spokojne, niemal rozleniwione zadowolenie kogoś, kto już wygrał i nie musi tego udowadniać słowami. Kogoś, kto wiedział, że wszystko, co najważniejsze, wydarzyło się poza tym salonem, poza tym domem, poza jego kontrolą. Rzucił we mnie słowami jak kamieniami, a ja poczułem w sobie coś na kształt ciepłej, perwersyjnej radości. Słyszałem to już wcześniej, tylko wtedy jeszcze nie miałem na palcu obrączki, teraz miałem.
Czułem tę satysfakcję, gorącą, niemal szczenięcą, niby niedojrzałą, ale podszytą czymś znacznie mroczniejszym. Wiedziałem, że wygrałem - nie dlatego, że go sprowokowałem. Dlatego, że on już wiedział. Wiedział, że nie jestem epizodem. Wiedział, że nie zniknę. Wiedział, że jego córka dokonała wyboru, który wymknął się jego kontroli. Ten wyraz twarzy znałem aż za dobrze, widziałem go już u ludzi, którzy byli przekonani, że świat powinien działać według ich wewnętrznej tabeli prawdopodobieństwa, a ktoś właśnie rozlał im atrament na obliczenia. Zbyt długo w życiu pozwalałem temu człowiekowi mówić do mnie z góry, katalogować mnie, wsuwać w rubryki opisane hasłami „błąd”, „ryzyko”, „materiał do stracenia”.
Uniosłem dłoń, tę z obrączką, i poprawiłem ją na palcu gestem, który był aż nazbyt czytelny. Potem pozwoliłem spojrzeniu powędrować na chwilę w dół, jakby mimochodem. Wiedziałem, że on to zobaczy. Wiedziałem, że zrozumie aluzję. Niedojrzałe? Być może. Skuteczne? Zdecydowanie. Zamiast słów pozwoliłem sobie na drobny, niemal leniwy gest - przesunąłem ręką po karku, potem niżej, poprawiając koszulę, zupełnie zwyczajnie, a jednak z tą niedojrzałą, prowokującą nutą, której nie dało się nie zauważyć. Spojrzenie, które rzuciłem mu potem, było krótkie, znaczące, bezwstydnie pewne siebie - nie musiałem nic mówić - sugestia wisiała w powietrzu jak zapach po burzy, co zawsze doprowadzało ludzi takich jak on do szału.
- Ostatnio poszło panu lepiej. - Odezwałem się w końcu, ponownie - spokojnie, niemal uprzejmie. Wiedziałem, że każde słowo jest jak iskra, wcale nie próbowałem ich gasić, zamiast tego pozwoliłem spojrzeniu przesunąć się po nim wolno, bez pośpiechu, jakby to on był teraz oceniany, jego trzeba było skatalogować. Ten gest, ten brak pośpiechu, mówił więcej niż jakakolwiek obelga, a potem dołączył do tego jeszcze jeden drobny akt bezczelności - uniosłem podbródek odrobinę wyżej, a moja postawa stała się jeszcze bardziej rozluźniona, pewna, sugerująca, że w tej układance jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Nie powiedziałem wprost niczego, co mogłoby zostać nazwane wulgarnością, nie musiałem, gesty, spojrzenie, ta swoboda ciała wystarczały, by komunikat był czytelny. „Jej życie jest pełne. Bardziej, niż chciałbyś to sobie wyobrażać.” - Był pan balsiej opanowany. Mniej… Emocjonalny. - Kącik ust drgnął mi minimalnie, nie był to uśmiech, raczej cień satysfakcji, ta pewność kogoś, kto wie, że wygrał tam, gdzie drugi nawet nie wiedział, że gra się toczy. Wiedziałem, że on to widzi. Wiedziałem, że rozumie dokładnie to, czego nie zamierzałem nazywać. - Widzę, sze nadal cię to nultuje. - Dodałem, przekrzywiając głowę minimalnie. - Bądźmy więc tlanspalentni. Moje atuty to nie jest losmowa, do któlej jesteś zaploszony. - Przeniosłem ciężar ciała z nogi na nogę, zupełnie naturalnie, bez pośpiechu, pozwalając, by jego wzrok ponownie sam dopowiedział sobie resztę. Jedno krótkie spojrzenie w dół, potem z powrotem na jego twarz - sama sugestia, świadomość, że jego córka wie, co robi, wybrała, jest szczęśliwa. To nie przyszło nagle, ta decyzja dojrzewała od chwili, gdy John przekroczył próg salonu. Do tej pory trzymałem się zasad - leż, nie ruszaj się, nie dolewaj oliwy do ognia - byłem potulny nie z pokory, tylko z konieczności. Teraz konieczność się skończyła.
To był także moment, gdy Penelope westchnęła głośno, wchodząc między nas z tą swoją niepodrabialną energią, która potrafiła jednocześnie rozbroić i zirytować, rzucając mi spojrzenie, w którym było i „rozumiem”, i „nie przesadzaj”. Podeszła bliżej, nie stając między nami, tylko bardziej bokiem, jak mediator, który znał obie strony aż za dobrze.
- John, naprawdę. - Westchnęła, kręcąc głową. Machnęła ręką w przestrzeń między nami, jakby chciała odgonić napięcie jak muchę. - Przestańmy udawać, że nie wiedzieliśmy, że to się tak skończy. - Powiedziała lekko, niemal śpiewnie, ale w tym „lekko” było coś cięższego, bardziej zdecydowanego, rdzeń ze stalowego uporu. - To nie jest przesłuchanie, to jest salon, a ty zachowujesz się, jakbyś był na oddziale zamkniętym. - Zerknęła na mnie, a w jej spojrzeniu nie było ani krzty potępienia, raczej coś w rodzaju rozbawionej rezygnacji, to było równoznaczne z „ubierz się albo chociaż udawaj, że masz dobre maniery”. - A ty… Powściągnij konie, dobrze? Wiem, że potrafisz. - Odezwała się bez wahania, jej ton był zdecydowany, gdy spojrzała na nas - to na jednego, to na drugiego - z tą swoją promienną, niebezpieczną energią kobiety, która całe życie godziła ogień z wodą i najwyraźniej uważała to za sport.
Uniosłem ręce w geście pozornego poddania, uśmiechając się niewinnie, choć oczy nadal miałem utkwione w Johnie.
- Ja tylko stoję. - Odparłem lekko, z tym bezczelnym błyskiem w oku, który mówił jasno, że granica została już dawno przekroczona. Już dawno przestałem być chłopakiem, którego można ustawić jednym spojrzeniem, John mógł to tolerować albo nie, nie byłem jego marionetką, nikt tu nie był pod nim.
Wiedziałem, jak absurdalnie wyglądała ta scena - moje spodnie wciąż znajdowały się gdzieś na wysokości kolan, zsunięte niedbale, jakby nie miały żadnego znaczenia - i nie miały, nie teraz, nie dla mnie. Spojrzenie miałem spokojne, wręcz leniwe, a w tym spokoju było coś, co ludzi takich jak on doprowadzało do szału. Pozwoliłem tej ciszy zawisnąć między nami, ciężkiej, dusznej, przesuwając dłonią po biodrze, bardziej gestem niedbałym niż świadomym, jakby ta pozycja była po prostu… Niewygodna.
Penelope parsknęła cicho, jakby mimo wszystko bawiła ją ta sytuacja, po czym rzuciła mi spojrzenie, znaczące, dziewczęco-ostrzegawcze, dokładnie takie, jakie wysyła się komuś, kogo się lubi, ale kto właśnie balansuje na granicy dobrego smaku.
- John. - Wtrąciła, ponownie, głos miała lekki, ale stanowczy, ten sam, którym potrafiła uciszyć aptekę pełną ludzi. - Kochanie, naprawdę nie masz dziś siły na kolejną krucjatę. - Weszła między nas nie ciałem, a energią, tym swoim jasnym, rozbrajającym tonem, który zawsze sprawiał, że nawet najgorsze spięcia traciły ostrość, ale nie tym razem, oj, nie tym razem.
Czułem na sobie jego wzrok, ciężki, pełen pogardy, tej samej, którą znałem aż za dobrze. Kiedyś potrafiła mnie wbić w ziemię. Kiedyś. Teraz była tylko hałasem. Niewygodnym, irytującym, ale niezdolnym do realnego wpływu. To, co miał do powiedzenia, powiedział już dawno temu, przy Mabon, w kuchni, nie bez tej całej teatralnej uprzejmości, która miała przykryć fakt, że wtedy też mnie rozebrał. Nie z ubrań, tylko z rzekomych intencji. John Bletchley wypowiadał swoje pierwsze oskarżenia z tym chłodnym przekonaniem człowieka, który całe życie wierzył, że ma rację, bo świat do tej pory mu jej nie odebrał. Zobaczyłem wtedy w jego oczach nie gniew nawet, a pogardę, starą, zakonserwowaną, wyciąganą z szuflady specjalnie dla mnie. Teraz też mi to oferował.
„Zginiesz.” „Złamiesz jej serce.” „Nie jesteś odpowiednią partią.”
Stanąłem więc przed nim, wyprostowany, z ramionami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała, spokojny aż do przesady. Nie uśmiechałem się szeroko, to był tylko kącik ust, ledwie zauważalny - ten sam, który musiał doprowadzać go do szału od lat. Zajmowałem przestrzeń, zdecydowanie nie wyglądałem na kogoś, kto zamierza się z niej wynosić. Zamiast kulić się w sobie, trzymałem proste plecy i zadarty podbródek, wciąż jeszcze bez tej drobnej kurtuazji, jaką byłoby natychmiastowe sięganie po spodnie, ignorując fakt, że nie byłem w pełni ubrany. Nie dlatego, że zapomniałem, tylko dlatego, że nie zamierzałem się spieszyć. Nie miałem zamiaru wyskakiwać na baczność jak chłopiec przyłapany na kradzieży jabłek.
- Loys, ubierz się chociaż częściowo i siadaj, zanim doprowadzisz go do apopleksji. - Dodała mimochodem, jakby mówiła to setny raz w życiu, nie po raz pierwszy w tej sytuacji. - Wiem, że masz tendencję do… Ekspresji, ale nie dolewaj oliwy do ognia, porozmawiajmy spokojnie. - Odezwała się szybciej, niż zdążyłem rzeczywiście dolać oliwy do ognia kolejnym zdaniem. Ton miała taki jakbyśmy wszyscy byli uczestnikami trochę zbyt głośnej rodzinnej sprzeczki, a nie wojny ideologicznej. Uniosłem brew, rozbawiony tym, jak naturalnie użyła tego imienia. Loys. Aloysius. Nie Benjy. Coś, co istniało pod spodem. Coś, co najwyraźniej nie miało szans przejść pod jej radarem, mąż zdecydowanie musiał wyrazić swoje zaniepokojenie moim powrotem na tapetę.
- Stalam się być gszeczny. - Odparłem spokojnie, choć w moich oczach wciąż czaiła się prowokacja. - Naplawdę. - W powietrzu zrobiło się gęsto.
Penelope westchnęła teatralnie, jak ktoś, kto dokładnie wie, że obaj mężczyźni w tym pokoju są niemożliwi, i że to nie pierwszy ani ostatni raz, rzucając mi spojrzenie, które mówiło więcej niż długi wykład.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (14043), Prudence Fenwick (6838)




Wiadomości w tym wątku
[12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 01:05
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 01:40
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 03:04
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 16:38
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 05.01.2026, 21:41
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 00:11
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 04:11
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 12:59
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 19:40
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.01.2026, 22:47
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 07.01.2026, 21:33
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 08.01.2026, 14:47
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 09.01.2026, 18:44
RE: [12/10/72] Portents of an awkward afternoon | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.02.2026, 13:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa