07.01.2026, 21:00 ✶
— I ludzie to zwierzęta. — Helloise zbyła temat niemal znudzona. Był oczywistością, która nie pozostawiała przestrzeni na dyskusję. Czarownica nie uważała się za coś gruntownie innego niż pozostałe żywe istoty, mimo że dostrzegała wśród nich hierarchię. Hierarchię, w której ona zajmowała jedno z miejsc szczytowych. — Skąd myśl, że robiłam coś z ludzką krwią?— Nadspodziewanie duży nacisk położyła na to pytanie, wypowiedziane z dziwną podchwytliwością, dociśnięte ciężarem wyczekujących odpowiedzi oczu, w których spomiędzy sennej mgły wyjrzało coś nowego.
Kobieta uniosła poczerniałymi od ziemi palcami nakrętkę, która pozostała po flakonie. Wyryta była na niej róża, co dało dodatkowe potwierdzenie przypuszczeniom Gabriela.
— Co było pierwsze? — zapytała rozwlekle Helloise, jakby stawiała przed nim zagadkę, której rozwiązanie doskonale znała… mimo że nie wiedziała nic. — Fiolka czy róże? Ujrzeliśmy przyczynę plagi czerni czy plugawy jej produkt?
Pozwoliła wampirowi wziąć swoją rękę, wzrokiem śledząc leniwie jego ruchy. Dotyk miał zimny jak ta jesienna noc. Czarownica czuła chłód tam, gdzie kciuki spotkały się z ciepłym nadgarstkiem wysuniętym z rękawów płaszcza, który to obok zapachu eliksiru pozostawił po sobie woń ziół wiszących w kącie szafy i przytulne wspomnienie płonących drew ogrzewających izbę.
— Spalona Noc — powtórzyła za nim jak echo. Nie słyszała jeszcze tych słów. Nie czytała prasy, niewiele wychodziła do ludzi. — Masz zimne dłonie. Nie sądzę, żeby ten eliksir miał zapewniać klątwoodporność. Może to te kwiaty wzbudziły żal w ogniu nawet. Nie wiem.
Nie kochała ogrodu Lestrange’ów więcej niż jakiegokolwiek innego skrawka ziemi. Nie kochała ich róż bardziej niż innych róż. Dręczyła za to Helloise ich tajemnica. Zuchwałość kwiatu, który nie dawał się jej wytłumaczyć. Jej — która czuła się w prawie poznać sekret każdej rośliny i która każdą chciała móc nazwać swoją przyjaciółką. Należała jej się znajomość tych upartych róż.
Choć jakiś czas temu Dægberht uparcie przekonywał wiedźmę, że odpowiedzi należy szukać w ziemi, nie na niebie, czarownica nie mogła powstrzymać się, aby i w górę nie spojrzeć. Ponownie i ponownie tego wieczoru. Tam, gdzie nie tylko księżyc ozdabiał aksamit nieba, ale i gwiezdne konstelacje, z których astronomowie umieli czytać. Którzy być może umieli zinterpretować układy gwiazd i ich energie, ich pływ bowiem nadawał kierunek wszystkiemu, co na ziemi. Być może i odpowiedź na to pytanie kryły, a choć Pani Księżyca mimo modlitw nie chciała ich wyjawić, błądziła Helloise po innych gwiazdach, zwracając się co chwila ku tej najjaśniejszej. Przez całą tę wędrówkę podniebną, czuła oddech na swojej ręce. Zimny. Zimny.
— Dlaczego jesteś taki zimny?
Nagle kobieta oderwała wzrok od sklepienia. Czujna, gdy przypomniała sobie ostatniego Zimnego. Ręka, która do tej pory swobodnie pozostawała do dyspozycji wampira, zesztywniała nagle, a palce spróbowały sięgnąć jego szyi w poszukiwaniu pulsu.
Kobieta uniosła poczerniałymi od ziemi palcami nakrętkę, która pozostała po flakonie. Wyryta była na niej róża, co dało dodatkowe potwierdzenie przypuszczeniom Gabriela.
— Co było pierwsze? — zapytała rozwlekle Helloise, jakby stawiała przed nim zagadkę, której rozwiązanie doskonale znała… mimo że nie wiedziała nic. — Fiolka czy róże? Ujrzeliśmy przyczynę plagi czerni czy plugawy jej produkt?
Pozwoliła wampirowi wziąć swoją rękę, wzrokiem śledząc leniwie jego ruchy. Dotyk miał zimny jak ta jesienna noc. Czarownica czuła chłód tam, gdzie kciuki spotkały się z ciepłym nadgarstkiem wysuniętym z rękawów płaszcza, który to obok zapachu eliksiru pozostawił po sobie woń ziół wiszących w kącie szafy i przytulne wspomnienie płonących drew ogrzewających izbę.
— Spalona Noc — powtórzyła za nim jak echo. Nie słyszała jeszcze tych słów. Nie czytała prasy, niewiele wychodziła do ludzi. — Masz zimne dłonie. Nie sądzę, żeby ten eliksir miał zapewniać klątwoodporność. Może to te kwiaty wzbudziły żal w ogniu nawet. Nie wiem.
Nie kochała ogrodu Lestrange’ów więcej niż jakiegokolwiek innego skrawka ziemi. Nie kochała ich róż bardziej niż innych róż. Dręczyła za to Helloise ich tajemnica. Zuchwałość kwiatu, który nie dawał się jej wytłumaczyć. Jej — która czuła się w prawie poznać sekret każdej rośliny i która każdą chciała móc nazwać swoją przyjaciółką. Należała jej się znajomość tych upartych róż.
Choć jakiś czas temu Dægberht uparcie przekonywał wiedźmę, że odpowiedzi należy szukać w ziemi, nie na niebie, czarownica nie mogła powstrzymać się, aby i w górę nie spojrzeć. Ponownie i ponownie tego wieczoru. Tam, gdzie nie tylko księżyc ozdabiał aksamit nieba, ale i gwiezdne konstelacje, z których astronomowie umieli czytać. Którzy być może umieli zinterpretować układy gwiazd i ich energie, ich pływ bowiem nadawał kierunek wszystkiemu, co na ziemi. Być może i odpowiedź na to pytanie kryły, a choć Pani Księżyca mimo modlitw nie chciała ich wyjawić, błądziła Helloise po innych gwiazdach, zwracając się co chwila ku tej najjaśniejszej. Przez całą tę wędrówkę podniebną, czuła oddech na swojej ręce. Zimny. Zimny.
— Dlaczego jesteś taki zimny?
Nagle kobieta oderwała wzrok od sklepienia. Czujna, gdy przypomniała sobie ostatniego Zimnego. Ręka, która do tej pory swobodnie pozostawała do dyspozycji wampira, zesztywniała nagle, a palce spróbowały sięgnąć jego szyi w poszukiwaniu pulsu.
dotknij trawy