Lestrange rzeczywiście przeczytała notatkę, nawet kilka razy, bo po pierwszym skończyła ze zmarszczonymi brwiami i rzuciła do Bulstrode’a jakże inteligentne „co to ma być?”. Po drugim i trzecim czytaniu sprawa wcale się nie rozjaśniła – powstało tylko więcej pytań. Po pierwsze: co ich (aurorów) obchodził posąg w środku lasu, po drugie: co ten posąg tam robił, po trzecie: powrót do pierwszego, bo w zgłoszeniu nie było ani zająknięcia się o czarnomagicznym przeznaczeniu rzeźby.
Najwyraźniej w ich biurze cierpieli na nadmiar czasu, bo ostatecznie zebrała się z Atreusem i w ten oto sposób dziarsko (wcale nie) maszerowali (brakowało jeszcze tylko przyśpiewek) posuwali się przez las. Victoria co kawałek głośno wypuszczała powietrze przez nos, wyrażając tym swoje niezadowolenie, bo w tym momencie ułożone włosy poskręcały jej się (a prawda była taka, że nie lubiła się w tym wydaniu, nawet jeśli było jej z tym do twarzy) od wilgoci w powietrzu.
– Wyczyścisz buty później, nie mów, że nie możesz się trochę pobrudzić przy pracy – gadała tak, jakby była ponad to, ale prawda była taka, że gdyby sama wdepła tu w jakieś zakamuflowane pod śniegiem gówno, to humor pogorszyłby jej się jeszcze bardziej. Druga sprawa była taka, że opanowała wszystkie możliwe zaklęcia czyszczące i poradziłaby sobie z tym w pięć sekund. Pięć sekund i po bólu.
– Nie wiem. Z notatek wynikało, że po prostu sobie stoi w środku lasu, i okej, to jest dziwne, ale no nie było tam nic o strzelaniu ogniem z oczu, ani nic z tych rzeczy, więc nie rozumiem o co tyle krzyku – sapnęła i ze złością odgarnęła skręcone włosy z oczu, co niewiele dało, bo zaraz znowu wyrwały się zza ucha. – Ale jak jej zaraz nie znajdziemy, to będziemy się tu kręcić po ciemku – o a to na pewno polepszy im obojgu humor.