Pojawiła się wieczorem, bo dokładnie tak ustawiła grafik. Lubiła przezornie, jeśli dzień wcześniej miała być jakaś dłuższa impreza, która zapewne zahaczy o godziny nocne, mieć ten ranek wolny, żeby nie przychodzić do pracy jeszcze wczorajsza. A skoro już się przez ten miesiąc trochę uspokoiło, to i na imprezę organizowaną przez jej własną rodzinę, wybrać się chciała i akurat tak wyszło, że załapała się na nockę, a nie na popołudnie – co było jej też na rękę, bo miała w dzień trochę czasu, żeby przenieść do nowego miejsca więcej rzeczy, trochę tam pourządzać i tak dalej… Czuła pewną ulgę w kościach, że wynosiła się z Londynu. To nie tak, że miała coś przeciwko życiu w mieście, bo było to na swój sposób wygodne, jednak wychowała się w mniejszym miasteczku pośród łąk, pól i lasu i to takie widoki były bliższe jej sercu. Tym bardziej, że mieszkając w domu, a nie kamienicy na Pokątnej, miała teraz miejsce na prawdziwy ogród i to nim się dzisiaj zajmowała: bo jesienią trzeba było posadzić kwiaty, które wyrastały wiosną, jak tulipany, narcyzy czy krokusy, ale też inne, bo róże, piwonie, astry czy wrzosy i było przy tym sporo roboty, na którą potrzebowała czasu i to był idealny moment, skoro nie było jeszcze przymrozków. Przy domu zawsze było coś do roboty. I koty też chyba aprobowały tę zmianę. Cieszyła się przy tym, że zabrała do siebie skrzatkę, bo jej pomoc była teraz nieoceniona. Ach no i miała jeszcze rybki w akwarium, które wysłał jej Aidan. Rybki, które musiała rozdzielić od razu, jak tylko dostała ten… prezent, bo Aidan wrzucił do jednego akwarium dwójkę samców bojownika, a tragedia była blisko. Teraz cieszyły oko jej i jej kotom… Gdy stały w salonie w nowym domu i zajmowały tam przestrzeń, piękne, kolorowe.
Przeglądała właśnie jakieś papiery i notatki służbowe, popijając przy tym kawę z filiżanki, jak zawsze schludna, ładnie uczesana i lekko umalowana, by ukryć cienie pod oczami i podkreślić to, co trzeba. Podniosła głowę, kiedy Brenna zjawiła się przy jej biurku.
– Cześć, Brenn – przywitała się z przyjaciółką, posyłając jej lekki uśmiech. Brenna nie była w biegu, może miała wolną chwilę i po prostu przyszła zobaczyć, czy u aurorów jest ktoś znajomy, żeby zabić czas? Ale już przy kolejnym zdaniu wiedziała, że to nie w tym rzecz. Patrzyła się na Brennę nie zmieniając wyrazu twarzy, ale to nie było dla niej nic nadzwyczajnego. Słuchała. I z każdym słowem była bardziej zdziwiona. – Więc albo smoki albo pułapka? – postukała palcem w papiery, nad którymi siedziała, jakby się nad tym zastanawiała, ale po prawdzie tak – oczywiście, że była zainteresowana. To nad czym innym myślała. – Zastanawiam się, czy nie mają w swoich szeregach jasnowidza, dlatego tak nam uciekają ciągle o włos – powiedziała w końcu i odsunęła jedną z szuflad, by wyciągnąć z niej podręczne eliksiry. Lubiła mieć tutaj swój mały zapas, przydawały się. I jeden z nich przesunęła zresztą w kierunku Brenny. – To na ogień. Wiesz, smoki – mruknęła i wstała z krzesła. – Chyba nie ma na co czekać – dodała, pakując do torby na ramię swoje rzeczy, takie właśnie podręczne. – I tak siedziałam tylko nad papierami.