• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence

[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
09.01.2026, 03:44  ✶  
Uśmiechnąłem się, gdy skomentowała to, co padło z moich ust, robiąc to tym lekkim, prawie beztroskim uśmiechem, który pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje się bronić przed własną historią. To był całkowicie zwyczajny, rozluźniony wyraz twarzy, bez ironii, bez tej starej ostrości, która kiedyś była moim pierwszym odruchem. Czułem się zupełnie inaczej niż jeszcze na początku odchodzącego dnia, było mi lżej niż przez wiele miesięcy, może nawet lat, ciepło wody oplatało ciało, piana osiadała leniwie na skórze, światło miasta odbijało się w szybie, a wszystko to sprawiało, że przeszłość wydawała się jednocześnie odległa i dziwnie bliska.
- To było na swój sposób… Plawdziwe. - Parsknąłem cicho, bo teraz brzmiało to niemal śmiesznie, dziecięco. - I na swój sposób stlasznie naiwne. - Spojrzałem na nią, na sposób, w jaki siedziała naprzeciwko mnie, woda podkreślała linie jej ciała, oczy miała skupione, uważne, ale jednocześnie… Inne, ciemniejsze, bardziej błyszczące. Przez moment tylko na nią patrzyłem, uważnie, szukając w jej twarzy tamtej dziewczyny sprzed lat, tej, która spoglądała na mnie z mieszaniną determinacji i czegoś innego, i bez trudu ją znalazłem. Tą samą, chociaż inną - wbrew pozorom - nie zmieniliśmy się aż tak bardzo, gdzieś u samych fundamentów wciąż byliśmy tacy sami, tylko wreszcie dostatecznie dorośli, by wiedzieć, czego chcemy naprawdę.
- Miałem wtedy to głębokie, idiotycznie szczele pszekonanie, sze jeśli coś się nazwie, to takie zostanie. - Oparłem łokieć o brzeg wanny. - „Najlepsi pszyjaciele”. Koniec histolii. Wystalczyło to zadeklalowaś i świat miał się do tego dostosowaś. - To było dziwne, wypowiedzieć to spostrzeżenie na głos.
Pamiętałem tamte rozmowy, mówiliśmy o przyjaźni z tą intensywnością, która już wtedy brzmiała podejrzanie jak coś więcej - „zawsze” - obietnica, której żadne z nas nie chciało nazwać po imieniu, bo była zbyt duża, niebezpieczna jak na dzieciaków, którymi wtedy byliśmy. Te nasze dziecięce zapewnienia już wtedy brzmiały jak wstęp do bycia razem, nawet jeśli bransoletka nie była tak naprawdę zaczarowana, tylko jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, albo nie chcieliśmy wiedzieć - jedno z dwojga, może oba na raz.
- Wtedy, pszes chwilę, naplawdę myślałem, sze to wystalszy - dodałem - sze mosna byś blisko, balso blisko, i to nie musi plowadziś dalej. Wystalczy tylko zadeklalowaś glanice. - Wzruszyłem ramionami. Było w tym myśleniu coś szczerego i jednocześnie bardzo naiwnego, głębokiego, chociaż podszytego brakiem doświadczenia, bo przecież już wtedy byliśmy uwikłani. Pamiętałem to aż za dobrze - te rozmowy, spojrzenia, ten rodzaj bliskości, który niby mieścił się w granicach przyjaźni, a jednak stale je nadgryzał. Później wcale nie było jaśniej, to przejście na dwie pozornie przeciwne strony nie było mniej skomplikowane, nawet jeśli udawanie, że za sobą nie przepadamy było łatwiejsze niż przyznanie, że coś między nami rośnie - w spojrzeniach, sprzeczkach, w tym, jak do siebie wracaliśmy, nawet kiedy twierdziliśmy, że się unikamy.
Siedem lat Hogwartu, dwa lata dziecinnie prostej więzi, rok skrytych liścików, cztery lata mijania się, wpadania na siebie, nieprzypadkowych przypadków. Pojawiałem się obok niej w momentach, w których nie powinno mnie tam być, wyciągałem rękę, pomagałem, a potem… Wracałem do tej udawanej narracji. Na swoją obronę mogłem mieć wtedy tyle, że ona robiła to samo - też dawała mi mieszane sygnały, żadne z nas nie próbowało tego zmienić od chwili, gdy podjęliśmy szereg złych decyzji. Teraz było jasne, jak bardzo się myliliśmy, nawet jeśli nie mogliśmy tego za coś całkowicie złego, bardziej za żart przekornego losu, bo i tak skończyliśmy tu razem.
- Wiem, sze to cię myliło. - Pamiętałem jej spojrzenia, analizowała moje zachowanie, próbowała mnie rozgryźć, nie potrafiła złożyć tego w całość, ja też nie potrafiłem, i może właśnie dlatego wracałem do tej samej roli, do tej samej maski. - Mnie tesz. - Wtedy, w Yule, coś we mnie zmiękło, to był wieczór, który miał w sobie dziwną magię, nawet bez zaklęć, tę specyficzną aurę, która nie powtórzyła się już nigdy więcej, ani razu. Wiedziałem, że to był głęboki, bardzo pierwotny rodzaj obawy, bazujący na obawie przed konsekwencjami tego, co mogło wyniknąć z jednego wieczoru. I wiedziałem też, że milczenie było najbezpieczniejszą opcją. Nie dlatego, że mi nie zależało - tylko dlatego, że strach często zamyka usta.
Słowa o kontroli i pamięci też były zaskakująco niezaskakujące - nie mieliśmy już powodów, by rywalizować, a więc i nie zgadzać się ze sobą dla sportu, kryć swoje myśli pod murami, a wtedy, dawno temu, jako przyjaciele, byliśmy ze sobą całkiem szczerzy i jednomyślni. Może nie zawsze od razu wychodziliśmy z tego samego punktu widzenia, ale potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, by osiągnąć kompromis, całkiem niskim kosztem, często naprawdę marginalnym, to wcale nie zniknęło - wystarczyło zacząć rozmawiać, znaleźć przestrzeń, dać sobie czas, mieć świadomość, że cokolwiek miała przynieść przyszłość, zamierzaliśmy iść przez to razem - to zmieniało perspektywę, ta noc ją zmieniała, chociaż nie był to pierwszy raz, gdy sięgaliśmy, by wyjaśniać coś, co wcześniej wydawało się nierozwiązywalne, a teraz nie miało już nad nami żadnej władzy.
- Tak. - Powiedziałem bez wahania. - Stlaciłem kontlolę, ty stlaciłaś pamięś. Idealna katastlofa. - Parsknąłem cicho. - Nic dziwnego, sze oboje uciekliśmy w najbalsiej znane sobie schematy.
Kiedy powiedziała, że to był wtedy standard, skinąłem głową. Nie było potrzeby tego rozwijać, ona i tak rozumiała wszystko, co sobie mówiliśmy, nawet poza słowami, ja też. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- Dokładnie. - Spojrzałem na nią, unosząc kącik ust. - Doglyzanie, dystans, udawana obojętność. Lepiej było byś ostlym nisz odsłoniętym. - Ale to była tylko tarcza, zbroja udająca coś, czym nigdy nie była.
Teraz już wiedziałem, jak wiele słyszała o tym, że powinna się trzymać z dala od takich jak ja. Wiedziałem też, ile ja słyszałem o niej. Byliśmy dzieciakami, które próbowały się w tym nie pogubić, więc oczywiście, że się w tym pogubiły, i to bardzo. Czas zmieniał perspektywę. Patrząc na nas teraz, trudno byłoby uwierzyć, że kiedyś to wszystko było tak skomplikowane, a jednak było - normy, konwenanse oczekiwania, głosy z zewnątrz, opinie innych - dorośli, którzy wiedzieli lepiej, dzieci, które próbowały się w tym odnaleźć, sprostać cudzym wymaganiom, zanim zrozumiały, że ich własne oczekiwania wobec życia były zupełnie inne. Oparłem się wygodniej, a potem zerknąłem na własną dłoń - obrączka błysnęła w ciepłym świetle łazienki. Obróciłem ją powoli na palcu, jakbym nadal nie do końca przyzwyczaił się do jej ciężaru, do tego, co oznaczała, ale przecież mieliśmy czas, dużo czasu, wiele poranków i nocy.
- Gdyby nie osoby tszecie… - Mruknąłem, pozwalając sobie na odrobinę ironii. - Pewnie bylibyśmy tymi uloczymi szkolnymi gołąbkami, któlych wszyscy potem wspominają s loszewnieniem. - Rzuciłem, dobrze wiedząc, że to było przerysowane założenie, zdecydowanie tak by to nie wyglądało, ale zabawnie było to sobie wyobrazić. Delikatnie poruszyłem dłonią w wodzie, robiąc niewielką falę, która popłynęła w stronę mojej żony i rozbiła się o jej kolana. - Tymczasem, zamiast szkolnych gołąbków, byliśmy laszej jak dwie wlony dlące na siebie lyje. - Uniosłem brew, rozbawiony własnym porównaniem, jakbym właśnie zobaczył to z boku, cudzymi oczami. Obróciłem obrączkę jeszcze raz, wolniej, a potem zanurzyłem dłoń i zrobiłem kolejną falę w jej stronę, taką zupełnie dziecinną, mocniejszą, rozbijającą gładką taflę wanny, rozsuwającą trochę pianę. - S pełnym pszekonaniem, sze to absolutnie nolmalny sposób okazywania… Czegokolwiek. - Przerwałem na moment, uśmiechając się szerzej. Miałem całkiem zabawne przeczucie, że przynajmniej część ludzi, których znaliśmy, wspominała to z tym pobłażliwym westchnieniem, „ach, oni…”, zamiast z rozrzewnieniem - ba, graniczyło to z pewnością, że to nie było założenie dalekie prawdzie, bo przecież już nie obeszło się zupełnie bez komentarzy. - Myślę, sze część s naszych będzie potszebowała chwili, szeby to pszetlawiś. - Dodałem lekko, nie musząc dokładnie mówić, co miałem na myśli - obracanie obrączki na palcu robiło to za mnie - niby wspólni znajomi nie byli w niewiedzy, całkiem sporo wydarzyło się od początku września, czy to w Exmoor, gdzie dzieliliśmy sypialnię, czy to z moim niechlubnym debiutem przed Bletchleyami podczas Mabon, ale nie dało się ukryć - to była raczej wieść większego kalibru. - Chociasz część mędlców… Cósz. Pewnie uzna, sze to po plostu logiczne zakończenie tej naszej wieloletniej, balso głośnej epopei i bęsie się chwaliś umiejętnościami plekognicji. - Nie wymieniałem konkretnych przypadków, ale Prue z pewnością miała trafnie skategoryzować jedno i drugie grono, to nie było nic wielkiego, gdy miało się na to naszą obecną perspektywę.
Kiedy przesunęła się bliżej i sięgnęła po ten pocałunek, odpowiedziałem instynktownie - przyciągnąłem ją do siebie, by oparła się całym ciężarem ciała na moich udach. Dłoń na jej talii przesunęła się minimalnie, prowadząc ją bliżej, aż różnica wysokości między nami przestała mieć znaczenie. Była blisko, wystarczająco blisko, by każdy ruch był czytelny, każda zmiana oddechu natychmiast wyczuwalna. To było zaskakująco naturalne, jakby zawsze tam należała.
Przymknąłem oczy dokładnie w tej chwili, gdy jej ramiona oplotły moją szyję, a opuszki palców musnęły skórę tuż pod linią włosów. Zrobiłem to zupełnie odruchowo, zanim zdążyłem to skomentować albo zamienić w żart. Palce ukochanej dotykały skórę pod moimi włosami, na szyi, dokładnie tam, gdzie zazwyczaj robiłem krok w tył, a ciało reagowało napięciem, nie zgodą. Z nią było inaczej - ten dotyk mnie nie drażnił, nie wywoływał instynktownej potrzeby odzyskania kontroli ani cofnięcia się, był… Otumaniający, ciepły, rozlewający się pod skórą, przyjemny w sposób, który nie miał nic wspólnego z przyzwyczajeniem, a wszystko z zaufaniem. Pozwoliłem jej na to, bez napięcia, bez poprawiania jej dłoni, jakbym wreszcie przestał pilnować granicy, która przy niej i tak traciła sens.
- Cholela… - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, z tym cieniem rozbawienia, który zdradzał, że sam w dalszym ciągu byłem zaskoczony własną reakcją. Przy kimkolwiek innym natychmiast bym się usztywnił, odsunął, przerwał ten gest bez słowa, to był ten jeden punkt, którego strzegłem instynktownie, zawsze - szyja, kark, włosy - miejsca, gdzie czujność zwykle wracała natychmiast, gdzie ciało mówiło „nie”.
Przy Prue było inaczej, ten dotyk nie drażnił, nie prowokował instynktu obronnego, jakby ciało rozpoznawało coś, co głowa przez lata próbowała zignorować. Wypuściłem powoli powietrze, nisko, czując jak to wyjątkowo przyjemne napięcie zamiast się cofnąć, osiada głębiej, ciężej, wraz z każdym ruchem, z kolejnym pocałunkiem, który nie był już kradziony brutalniejszej rzeczywistości, gdzie nasza relacja miała swoją określoną datę.
- Lubię, kiedy to lobisz. - Dodałem bez potrzeby doprecyzowywania czegokolwiek.
Oddychałem głębiej, wolniej, poddając się pocałunkom - moje dłonie same przesunęły się niżej, obejmując ją pewniej, już nie tylko przyciągając, ale przygotowując ruch, który miał nadejść. Otworzyłem oczy dopiero po paru sekundach, spoglądając na nią z bliska, z tej odległości, z której nie dało się już niczego udawać.
- Tylko nie lób tego za często. - To nie była uwaga, nie było to też rzeczywiste życzenie, tylko przekorny pomruk, niemal przy jej uchu. - Bo zacznę myśleś, sze mi się to naplawdę podoba. - Był w tym cień uśmiechu, prawdziwy, rozluźniony.
Nie spieszyłem się, ani trochę, pozwalając dłoniom odnaleźć rytm jej ciała. Nie błądziłem, nie szukałem, po prostu poddawałem się temu wszystkiemu, delikatnie, ale z tą pewnością, która nie pytała o pozwolenie, bo już je dostała.
- Widzisz… - Zadeklarowałem cicho, przy jej uchu, kiedy nasze czoła na moment się zetknęły. - Dokładnie tak to sobie wyoblaszałem, gdy mówiłem o tamtej innej wannie. - Nie było w tym przechwałki, raczej satysfakcja po długim napięciu. Piana niemal całkiem zniknęła, skóra dotykała skóry, była ciepła, mokra, prawdziwa. Przesunąłem dłonią po plecach żony, wolno, raz jeszcze zapamiętując każdy centymetr ukochanego ciała, a potem zatrzymałem ją w połowie drogi, obejmując Prue pewniej, mocniej, tak żeby wiedziała, że nie była to już tylko czułość. Nachyliłem się i pocałowałem ją, tym razem krócej, bardziej stanowczo, a kiedy się cofnąłem, uśmiechnąłem się pod nosem.
Spojrzałem na nią z tym cieniem uśmiechu, który zawsze oznaczał, że wiem dokładnie, co robię.
- Powiedziałem ci jusz - zacząłem - sze tej nocy zamieszam ci wynaglodziś bycie debilem. - Kontynuowałem z ledwie wyczuwalnym naciskiem na deklarację składaną w tych słowach, pozwalając napięciu rosnąć, nie spieszyliśmy się, nie było po co - ta noc była długa, a my wreszcie dokładnie tam, gdzie zawsze mieliśmy być. Moje palce przesunęły się po jej ramieniu, potem po obojczyku, wolno, jakby zapamiętywały trasę. Każdy ruch był przemyślany, każda pauza miała znaczenie, nie robiłem niczego przypadkiem.
- I nie mam zwyczaju szucaś słów na wiatl. - Pochyliłem się jeszcze raz, dotykając ustami miękkiej, delikatnej skóry na szyi Prue, muskając ją ledwie, na granicy, nie przyspieszając niczego. Dopiero wtedy przesunąłem się płynnie, bez szarpnięć, prowadząc ruch biodrami i ramionami tak, żeby osadzić ją wyżej, na podniesionej części wanny - bez pośpiechu, spokojnie, jakby to było czymś oczywistym, zaplanowanym od początku.
- Tu. - Stwierdziłem, blisko jej ucha, bardziej informując niż pytając. Jedna z moich dłoni pewnie objęła kobiecą talię, druga wsparła się o gładki brzeg wanny, kiedy przeniosłem ułożenie ciężarów ciała, prowadząc ją tam, gdzie wanna wznosiła się wyżej, szerzej, jakby była specjalnie zaprojektowana do tego jednego momentu. Woda zaszumiała cicho, piana rozstąpiła się jak zasłona.
Uniosłem oczy z chwilą, gdy Prue była już wyżej, kiedy mogłem na nią spojrzeć z tej perspektywy. Woda spłynęła niżej, odsłaniając więcej skóry, więcej ciepła, więcej tego, co było tylko nasze. Spojrzałem na nią z tej nowej perspektywy, z lekkim, prowokującym uśmiechem.
- Lepiej. - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej, a kciukiem przesunąłem leniwie po jej biodrze, sprawdzając, czy siedziała wygodnie. - Tak jest… Idealnie.
Teraz to ja byłem niżej, zanurzony głębiej w wodzie, a ona miała mnie na wysokości wzroku. Jedna z moich dłoni wciąż spoczywała na jej talii, druga przesunęła się po udzie, tylko tyle, ile trzeba było, żeby utrzymać równowagę - nic więcej, jeszcze nie, nawet jeśli ten układ zmieniał wszystko - kąt spojrzenia, napięcie, sposób, w jaki krążyło powietrze między nami, dążąc do jednego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (11753), Prudence Fenwick (8934)




Wiadomości w tym wątku
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.12.2025, 01:41
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 26.12.2025, 12:59
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 26.12.2025, 19:41
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 27.12.2025, 15:52
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.12.2025, 02:45
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 29.12.2025, 00:06
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.12.2025, 21:55
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 03.01.2026, 16:30
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 04.01.2026, 02:11
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.01.2026, 01:04
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.01.2026, 22:47
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 08.01.2026, 11:34
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 09.01.2026, 03:44
RE: [09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.01.2026, 21:30

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa