09.01.2026, 13:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.01.2026, 13:53 przez Benjy Fenwick.)
Podniosłem się szybciej, niż powinienem, nie elegancko, nie pewnie, raczej opierając się na czystym uporze i pamięci mięśni, które nie zdążyły jeszcze zapytać, czy to w ogóle ma sens. Nie był to ruch ładny ani kontrolowany, tylko dźwignięcie się do góry i szarpnięcie całym ciałem w pion, jakby coś mnie wyrwało z ziemi - moje kolano zaparło się o wilgotną darń, dłoń prześlizgnęła po trawie, a potem byłem już na nogach, chwiejny, ale stojący. Świat na moment zawirował, ból w boku pulsował ciężko, jakby ktoś wbił mi rozgrzany metal pod żebra, ale nie pozwoliłem sobie na zatrzymanie. Odepchnąłem się, zrobiłem kilka ciężkich kroków w bok, a potem rzuciłem się do przodu, dokładnie tam, gdzie pamiętałem, że wypadła mi większa broń. Ziemia była śliska od krwi i wilgoci, ale tym razem mnie nie zdradziła - to był moment, w którym wszystko na chwilę wróciło na swoje miejsce, odzyskałem równowagę, choć była ona krucha.
Wilkołak to widział, czułem jego spojrzenie na plecach jako prawie fizyczny nacisk, jakby próbował mnie przyciągnąć samą wolą, jego oczy były przyklejone do mnie, jakby nic innego na tej polanie nie miało znaczenia. Wiedział, co robię, po co sięgam, obrócił się, śledził każdy mój ruch, a masywna sylwetka napięła się do skoku, nawet jeśli rany, srebro, przerwana przemiana, wszystko naraz upomniało się o swoje. Zamiast rzucić się na mnie, spróbować mnie dopaść, zrobił jednak pierwszy krok w bok. Zamiast skoczyć, zamiast rzucić się na mnie znowu, cofnął się, a potem wykonał gwałtowny odskok, jakby nagle uznał, że potrzebuje dystansu. To był pierwszy raz tej nocy, kiedy nie nacierał, próbował kupić sobie sekundę, dwie, przestrzeń, w której mógłby znów zebrać się w jedną, funkcjonującą całość.
Ta sekunda była moja - dopadłem do broni, chwyciłem ją mocno, nie ryzykując tego, że miała mi zaraz uciec, i obróciłem się z nią w rękach, już gotów, ustawiony, świadomy ciężaru, który znowu miałem do dyspozycji. To nie była finezja, ale to było narzędzie do zadawania realnych obrażeń, do kończenia rzeczy, które nie chciały się kończyć.
Wilkołak nie zaatakował, jeszcze nie, krążył, chwiejnie, wyraźnie słabszy, ale wciąż groźny, wciąż skupiony na mnie, jakby reszta świata przestała istnieć.
Wtedy usłyszałem charakterystyczny trzask kuszy. Pierwszy bełt przeciął powietrze gdzieś obok jego barku i zniknął w ciemności, uderzając w coś dalej, może w drzewo, może w ziemię, nie widziałem dokładnie. Drugi… Drugi był inny. Usłyszałem głuchy, mokry dźwięk, który nie miał nic wspólnego z drewnem ani z ziemią. Potwór szarpnął się, jakby ktoś pociągnął go za skórę od środka, jego bark opadł, a z gardła wyrwał się krótki, wściekły dźwięk, srebro trafiło.
Wilkołak to widział, czułem jego spojrzenie na plecach jako prawie fizyczny nacisk, jakby próbował mnie przyciągnąć samą wolą, jego oczy były przyklejone do mnie, jakby nic innego na tej polanie nie miało znaczenia. Wiedział, co robię, po co sięgam, obrócił się, śledził każdy mój ruch, a masywna sylwetka napięła się do skoku, nawet jeśli rany, srebro, przerwana przemiana, wszystko naraz upomniało się o swoje. Zamiast rzucić się na mnie, spróbować mnie dopaść, zrobił jednak pierwszy krok w bok. Zamiast skoczyć, zamiast rzucić się na mnie znowu, cofnął się, a potem wykonał gwałtowny odskok, jakby nagle uznał, że potrzebuje dystansu. To był pierwszy raz tej nocy, kiedy nie nacierał, próbował kupić sobie sekundę, dwie, przestrzeń, w której mógłby znów zebrać się w jedną, funkcjonującą całość.
Ta sekunda była moja - dopadłem do broni, chwyciłem ją mocno, nie ryzykując tego, że miała mi zaraz uciec, i obróciłem się z nią w rękach, już gotów, ustawiony, świadomy ciężaru, który znowu miałem do dyspozycji. To nie była finezja, ale to było narzędzie do zadawania realnych obrażeń, do kończenia rzeczy, które nie chciały się kończyć.
Wilkołak nie zaatakował, jeszcze nie, krążył, chwiejnie, wyraźnie słabszy, ale wciąż groźny, wciąż skupiony na mnie, jakby reszta świata przestała istnieć.
Wtedy usłyszałem charakterystyczny trzask kuszy. Pierwszy bełt przeciął powietrze gdzieś obok jego barku i zniknął w ciemności, uderzając w coś dalej, może w drzewo, może w ziemię, nie widziałem dokładnie. Drugi… Drugi był inny. Usłyszałem głuchy, mokry dźwięk, który nie miał nic wspólnego z drewnem ani z ziemią. Potwór szarpnął się, jakby ktoś pociągnął go za skórę od środka, jego bark opadł, a z gardła wyrwał się krótki, wściekły dźwięk, srebro trafiło.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)
Spoiler