10.01.2026, 01:50 ✶
Nie myślałem o tym, że to jego teren, las mu sprzyja, więc powinienem być ostrożniejszy - miałem przed sobą zdziczałe, ranne zwierzę, które jeszcze nie całkiem zrozumiało, że przestało być drapieżnikiem, a zaczęło być ofiarą, więc zamierzałem wykorzystać każdy moment mogący być tym właściwym, by go dobić - ruszyłem, zanim zdążył się pozbierać, nim jego ciało nadrobiło to, czego nie był już w stanie zrobić umysł. Biegłem nisko, bardziej jak cień niż jak człowiek, ignorując to, co bolało. Skupiłem się na jednym punkcie, na jego torsie, na ruchu jego klatki piersiowej, a przede wszystkim na brzuchu pod nią - miejscu, gdzie powinienem wbić ostrze, żeby nie pozostawić mu miejsca na kolejne podrygi.
I wtedy zobaczyłem, że on mnie widzi. W całym tym chaosie, przytłoczeniu, walce z moim własnym bólem, zupełnie zapomniałem o tym, że przecież zdążył mnie już naznaczyć, nie byłem dla niego tak niewidoczny, jak powinienem być. To działało na moją niekorzyść, oby nie na zgubę, chociaż próbowałem nie myśleć o zbyt dalekich konsekwencjach mojej szarży, w końcu liczyło się tu i teraz, te najbliższe sekundy. Potwór nie cofał się dalej, nie próbował uciekać, zamiast tego napiął się jak sprężyna, a potem rzucił się na mnie, jakby zdecydował, że jeśli ma tu skończyć, to nie sam. Zrozumiałem to w jednej chwili, to nie był już instynkt, to była decyzja - pazury wysunęły się, błysnęły w tym bladym świetle księżyca, jak ostrza, wciąż mokre od krwi - Geraldine, mojej, a może jego własnej. Nie celował byle gdzie, chciał mnie rozpruć, wbić się w tors, tam gdzie nie dałoby się już udawać, że to tylko draśnięcie.
Nie zatrzymałem się, zamiast tego obniżyłem środek ciężkości i skręciłem ciało w półkroku, próbując częściowo zejść z linii jego szarźy, jednocześnie unosząc ostrze, żeby przeciąć go po drodze, nawet jeśli miałbym zapłacić za to własną skórą. Nie było już planu, była tylko reakcja, stara, wyuczona, wyryta w mięśniach, która sprawiła, iż przez ułamek sekundy byliśmy zbyt blisko siebie, żebym nie widział go zatrważająco wyraźnie. Znowu miałem okazję spojrzeć mu mu prosto w oczy, tym razem krócej, czując jego oddech, ciężki, urywany, metaliczny zapach krwi i coś jeszcze, coś dzikiego, nienazwanego. Trafiłem, w tym samym momencie, gdy jego pazury trafiły we mnie, jeszcze zanim zdążyłem dokończyć ruch. On też nie celował w efekt, tylko w skuteczność.
Pierwsze uderzenie poszło nisko, po skosie, od prawego biodra w górę, rozcinając skórę i mięśnie jakby były tylko cienką membraną. Poczułem to nie jako jeden ból, tylko jako serię krótkich, gorących impulsów, jakby ktoś przeciągnął rozżarzonym drutem po ciele. Drugie uderzenie wbiło się wyżej, pod żebra, tam, gdzie każdy ruch oddechu stawał się nagle bardzo, bardzo świadomy. Trzecie zahaczyło o bark, rozrywając materiał i skórę, ale już bez tej precyzji, bardziej z wściekłości niż z wyrachowania.
Nie rzucił mną od razu, najpierw mnie złapał, jego łapy wbiły się we mnie, ciężar uderzył jak taran, a potem poczułem, jego próbę pchnięcia mnie w dół - chciał mnie przygwoździć, przytrzymać i dopiero wtedy rozszarpać do końca. Świat na moment zwęził się do punktów bólu i nacisku, jego oddechu tuż przy mojej twarzy, do ciężaru jego ciała, który próbował mnie wcisnąć w ziemię.
Ale ja wciąż miałem ostrze. Nie próbowałem się cofnąć, nie próbowałem się bronić. Zamiast tego skręciłem nadgarstek i pchnąłem, nie w to, co wyglądało najgroźniej - nie w klatkę, nie w szyję - celowałem nisko, brutalnie, tam, gdzie wszystko było miękkie, podatne, gdzie nie było kości, które mogłyby mnie zatrzymać. Chciałem go rozpruć - nie zranić, nie spowolnić - rozpruć, tak, by poczuć na sobie jego rozbryzgane flaki. Jego brzuch już był zraniony, nadal tkwiło w nim srebro, ale to nie przy jego pomocy chciałem go dobić, wybrałem to trzymane w dłoni, nie mogąc ryzykować, że to wewnątrz cielska bestii tkwiło zbyt mocno, aby móc je wyciągnąć.
Sieknąłem poniżej rany, którą zadałem mu wcześniej. Włożyłem w to cały ciężar, ostatni zapas desperackiej energii, jaki jeszcze byłem w stanie zebrać, dociskając ostrze jak dźwignię, jakby nie było częścią mnie, tylko narzędziem do wykonania jednego, konkretnego zadania. Czułem, że metal spotkał się z jego ciałem, wszedł w nie, coś w środku stawiało opór, potem nagle ten opór puścił, ale nie byłem pewien, czy to wystarczyło, aby go położyć. Wiedziałem, że jeśli to się nie uda, nie zrobię mu czegoś naprawdę poważnego, on mnie nie puści, a jeśli mnie nie puści, Geraldine będzie musiała wybierać, czy strzelać, ryzykując, że trafi mnie.
Nie zamierzałem stawiać jej przed koniecznością dokonania takiego wyboru, jeśli tylko miałem tu jeszcze coś do powiedzenia.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba rozprucia brzucha wilkołaka z bliskiego zwarcia
I wtedy zobaczyłem, że on mnie widzi. W całym tym chaosie, przytłoczeniu, walce z moim własnym bólem, zupełnie zapomniałem o tym, że przecież zdążył mnie już naznaczyć, nie byłem dla niego tak niewidoczny, jak powinienem być. To działało na moją niekorzyść, oby nie na zgubę, chociaż próbowałem nie myśleć o zbyt dalekich konsekwencjach mojej szarży, w końcu liczyło się tu i teraz, te najbliższe sekundy. Potwór nie cofał się dalej, nie próbował uciekać, zamiast tego napiął się jak sprężyna, a potem rzucił się na mnie, jakby zdecydował, że jeśli ma tu skończyć, to nie sam. Zrozumiałem to w jednej chwili, to nie był już instynkt, to była decyzja - pazury wysunęły się, błysnęły w tym bladym świetle księżyca, jak ostrza, wciąż mokre od krwi - Geraldine, mojej, a może jego własnej. Nie celował byle gdzie, chciał mnie rozpruć, wbić się w tors, tam gdzie nie dałoby się już udawać, że to tylko draśnięcie.
Nie zatrzymałem się, zamiast tego obniżyłem środek ciężkości i skręciłem ciało w półkroku, próbując częściowo zejść z linii jego szarźy, jednocześnie unosząc ostrze, żeby przeciąć go po drodze, nawet jeśli miałbym zapłacić za to własną skórą. Nie było już planu, była tylko reakcja, stara, wyuczona, wyryta w mięśniach, która sprawiła, iż przez ułamek sekundy byliśmy zbyt blisko siebie, żebym nie widział go zatrważająco wyraźnie. Znowu miałem okazję spojrzeć mu mu prosto w oczy, tym razem krócej, czując jego oddech, ciężki, urywany, metaliczny zapach krwi i coś jeszcze, coś dzikiego, nienazwanego. Trafiłem, w tym samym momencie, gdy jego pazury trafiły we mnie, jeszcze zanim zdążyłem dokończyć ruch. On też nie celował w efekt, tylko w skuteczność.
Pierwsze uderzenie poszło nisko, po skosie, od prawego biodra w górę, rozcinając skórę i mięśnie jakby były tylko cienką membraną. Poczułem to nie jako jeden ból, tylko jako serię krótkich, gorących impulsów, jakby ktoś przeciągnął rozżarzonym drutem po ciele. Drugie uderzenie wbiło się wyżej, pod żebra, tam, gdzie każdy ruch oddechu stawał się nagle bardzo, bardzo świadomy. Trzecie zahaczyło o bark, rozrywając materiał i skórę, ale już bez tej precyzji, bardziej z wściekłości niż z wyrachowania.
Nie rzucił mną od razu, najpierw mnie złapał, jego łapy wbiły się we mnie, ciężar uderzył jak taran, a potem poczułem, jego próbę pchnięcia mnie w dół - chciał mnie przygwoździć, przytrzymać i dopiero wtedy rozszarpać do końca. Świat na moment zwęził się do punktów bólu i nacisku, jego oddechu tuż przy mojej twarzy, do ciężaru jego ciała, który próbował mnie wcisnąć w ziemię.
Ale ja wciąż miałem ostrze. Nie próbowałem się cofnąć, nie próbowałem się bronić. Zamiast tego skręciłem nadgarstek i pchnąłem, nie w to, co wyglądało najgroźniej - nie w klatkę, nie w szyję - celowałem nisko, brutalnie, tam, gdzie wszystko było miękkie, podatne, gdzie nie było kości, które mogłyby mnie zatrzymać. Chciałem go rozpruć - nie zranić, nie spowolnić - rozpruć, tak, by poczuć na sobie jego rozbryzgane flaki. Jego brzuch już był zraniony, nadal tkwiło w nim srebro, ale to nie przy jego pomocy chciałem go dobić, wybrałem to trzymane w dłoni, nie mogąc ryzykować, że to wewnątrz cielska bestii tkwiło zbyt mocno, aby móc je wyciągnąć.
Sieknąłem poniżej rany, którą zadałem mu wcześniej. Włożyłem w to cały ciężar, ostatni zapas desperackiej energii, jaki jeszcze byłem w stanie zebrać, dociskając ostrze jak dźwignię, jakby nie było częścią mnie, tylko narzędziem do wykonania jednego, konkretnego zadania. Czułem, że metal spotkał się z jego ciałem, wszedł w nie, coś w środku stawiało opór, potem nagle ten opór puścił, ale nie byłem pewien, czy to wystarczyło, aby go położyć. Wiedziałem, że jeśli to się nie uda, nie zrobię mu czegoś naprawdę poważnego, on mnie nie puści, a jeśli mnie nie puści, Geraldine będzie musiała wybierać, czy strzelać, ryzykując, że trafi mnie.
Nie zamierzałem stawiać jej przed koniecznością dokonania takiego wyboru, jeśli tylko miałem tu jeszcze coś do powiedzenia.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba rozprucia brzucha wilkołaka z bliskiego zwarcia
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)