• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Little Hangleton Las Wisielców [13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine

[13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
10.01.2026, 15:06  ✶  
Podniosłem się z ziemi szybciej, niż powinienem - nie dlatego, że było mi łatwo, tylko dlatego, że adrenalina buzująca w moich żyłach po bliskim zetknięciu z kostuchą miała własne, bardzo konkretne zdanie na temat tego, co jest możliwe - robiła swoje, trzymała mnie w pionie, mimo że ciało już zaczynało wysyłać sygnały ostrzegawcze, że coś jest nie tak. Geraldine pomogła mi wstać, jej dłoń była pewna, mocna, a ja złapałem ją, jakby była poręczą na schodach, które właśnie zaczęły się chwiać. Świat przez moment falował, ale udało mi się utrzymać równowagę, stabilizując ciało i stając ciężko na nogach.
- Ty… - Zacząłem, zanim w ogóle złapałem pełny oddech. Pierwszą rzeczą, o której pomyślałem, nie była moja krew, nie było nią pieczenie w boku, ani to nieprzyjemne uczucie pod skórą. - Wsystko w posządku? - Zapytałem, nim zdążyłem pomyśleć o czymkolwiek innym. Dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej - szczególnie na jej bok, tam, gdzie wcześniej widziałem ruch pazurów, błysk i to krótkie, nienaturalne skręcenie ciała, które zawsze oznaczało, że coś poszło nie tak. To był krótki moment, sekunda, ale zapisał mi się w głowie wyraźniej niż większość ciosów wymierzonych we mnie. Światło było marne, księżyc zawieszony niżej niż wcześniej, jak symbol upływającego czasu, przesłonięty gałęziami, ale wystarczające, by zobaczyć ciemniejszą plamę na materiale, która raczej nie była wilkołaczą posoką.
- Daj zobaczyś. - Mruknąłem, przysuwając się bliżej, chociaż nogi miałem jak z waty. Zignorowałem to, że sam czułem się jak po przejechaniu przez rozpędzony wóz, oddychając trochę zbyt szybko, bo serce waliło mi jak oszalałe, a ręce miałem całe we krwi. Nie analizowałem, czyja to krew, jeszcze nie, olałem pieczenie w boku, ignorowałem lepkość pod koszulą, ignorowałem fakt, że każdy głębszy oddech był jak przeciąganie nożem po żebrach - bywało gorzej, naprawdę bywało. Pochyliłem się ku Gerdzie, ostrożnie, nie jak wojownik, tylko jak ktoś, kto starał się ocenić sytuację, nawet jeśli sam wyglądał znacznie gorzej, obryzgany flakami zabitej bestii, brudny od ziemi i błota.
- Nie wygląda śmieltelnie. - Stwierdziłem, bardziej dla siebie niż dla niej, kiwając głową, trochę uspokojony. - Boli? - Głupie pytanie, ale czasem takie właśnie trzeba zadać.
Nie czekałem długo, wiedziałem, że nie mieliśmy luksusu stania w miejscu.
- Musimy ogalnąś telen. - Powiedziałem, prostując się. Adrenalina zaczynała opadać, a wtedy wszystko zaczynało się upominać o uwagę. - Zanim coś jeszcze wpadnie na genialny pomysł, szeby splawdziś, co tu się wydaszyło.
Rozejrzałem się dookoła, starając się zauważyć jak najwięcej szczegółów, polana wyglądała jak po przejściu huraganu - poorana ziemia, połamane gałęzie, ślady walki, których nie dało się pomylić z niczym innym. Ciało wilkołaka leżało ciężko, bezwładnie, jak worek mięsa, a jego głowa spoczywała w nienaturalnym pochyleniu, kawałek dalej, z otwartym pyskiem, jakby nadal chciał coś powiedzieć - nie patrzyłem na nią długo, nie dlatego, że się jej brzydziłem, ale dlatego, że nie było takiej potrzeby. Bestia zdecydowanie nie żyła, nie miała się zregenerować z takich obrażeń, nie było na to nawet cienia szansy.
Zaczęliśmy obchód, każdy po swojej stronie, utrzymując całkiem sprawne tempo, chociaż w swoim odczuciu szedłem wolniej, niżbym chciał - czułem to chybotanie, subtelne przesunięcie środka ciężkości, które mówiło mi bardzo wyraźnie, że coś we mnie nie działało tak, jak powinno, ale działało wystarczająco. Krążyłem dalej, mimo że świat zaczynał mi lekko falować przed oczami - przymrużałem je, skupiałem się, co jakiś czas potrząsając głową albo lekko parskając, ale nie zamierzając się nad sobą użalać. W końcu trafiliśmy na grotę, spotykając się mniej więcej w połowie, nie była daleko, ledwie kilkanaście metrów w głąb lasu, między skałami, porośnięta mchem i krzakami, które wyglądały, jakby ktoś celowo pozwolił im się rozrosnąć - naturalna zasłona - idealne miejsce, żeby się zaszyć.
Zapach uderzył mnie pierwszy - krew, wilgoć, stęchlizna, coś słodko-kwaśnego, co nie miało prawa tak pachnieć, nie mając nic wspólnego z naturą. Światło mojej różdżki omiatało wnętrze groty, szybko ukazując to, co było… Makabryczne. Fragmenty ubrań, stare przedmioty, biżuteria, której nikt już nie szukał, wszystko ułożone bez ładu, jakby było tylko kolejnymi gratami, nie pozostałościami po życiu stanowczo zbyt wielu osób. Rozejrzałem się uważniej, wtedy, gdy poczułem to znajome ukłucie pod skórą, a włoski na karku stanęły mi dęba - to była magia ochronna, zdecydowanie, łamiąca się tarcza, która znikała, bo jej twórca już nie żył - nie była silna, ale obecna, teraz mieliśmy już do czynienia z echem, powidokem czegoś, co kiedyś tu było i zostawiło po sobie ślad.
- Mamy tu coś jeszcze. - Mruknąłem, dopiero teraz dostrzegając drugą komorę groty, ukrytą pod pajęczynami. - Stale zabezpieczenia. Laczej plymitywne, ale… Ktoś się postalał.
Kucnąłem, chociaż kolana zaprotestowały, wchodząc głębiej, do drugiej części legowiska - tej, która wcześniej musiała być chroniona. Pierwsze, co zobaczyłem, to kości - nie wszystkie ludzkie, część była zwierzęca, część nie - zostały zawieszone na sznurkach, ułożone w stosy, niektóre wyrzeźbione, inne po prostu porzucone. Przesunąłem palcami wzdłuż wyżłobionych linii na jednej z nich - to nie były runy per se, raczej coś pomiędzy instynktem a bardzo pierwotną magią, jakby ktoś, kto nie do końca wiedział, co robi, próbował stworzyć coś, co ochroni jego norkę. Podniosłem się, gdy skończyłem, i prawie się zachwiałem.
- Hej. - Mruknąłem do siebie, łapiąc równowagę o ścianę, po czym zerkając przez ramię, na Geraldine, która sprawdzała coś w innej części jaskini. W tej części groty było jeszcze więcej fragmentów ubrań, strzępów materiałów, ułożonych w prowizoryczne posłanie, jakieś metalowe przedmioty, które kiedyś musiały mieć znaczenie dla kogoś, kto już ich nie potrzebował - trofea, ale nie tylko.
Dalej, w głębi, stały skrzynki, pootwierane, a obok tego… Normalne rzeczy - opakowania po jedzeniu, resztki chleba, butelki, puszki. Ślady po tym, że ktoś żył tu jak człowiek, albo raczej jak coś, co próbowało być człowiekiem, kiedy nie było bestią. Nie wiedziałem, czy to było bardziej przerażające, czy bardziej smutne. Najważniejsze, że nie było tu chyba niczego, co miałoby jakąś wartość - mogliśmy więc opuścić to miejsce, wychodząc na zewnątrz i skupiając się na spaleniu truchła bez głowy, podlewając ogień znalezionym alkoholem, któremu zdecydowanie nie ufałem w żadnym innym zakresie, chociaż wszystko we mnie chciało się czegoś napić, jak zawsze po trudnej walce. Wciąż ignorowałem to, że ręka mi drży, koszula zaczyna mi się lepić do skóry w miejscu, gdzie nie powinna, a świat od czasu do czasu robi się podejrzanie ciemniejszy przy krawędziach.
Bywało gorzej, ale bywało też lepiej.
Zrobiłem kilka kroków, potem kolejnych, czując, jak kolana zaczynają mi mięknąć, zatrzymałem się więc przy drzewie, oparłem się o pień, niby od niechcenia, jakbym po prostu odpoczywał - nie zamierzałem się przyznać, że robi mi się słabo, sprawdziłem jeszcze jeden obszar, potem drugi. Instynkt mnie prowadził, a ja mu ufałem bardziej niż własnemu ciału. W końcu wróciłem bliżej środka polany, mając ze sobą chyba wszystko, co wypadło mi podczas walki.
- Kończmy to i wlacajmy. - Stwierdziłem do towarzyszki, przyglądając się martwemu cielsku bestii. Było już późno, a ja nie chciałem spędzać tu ani jednej nadprogramowej chwili, ona raczej też nie, powoli zbliżała się godzina, w której niebo miało zacząć jaśnieć, a dym mógłby zwrócić uwagę niepowołanych osób, nawet w takim miejscu jak Las Wisielców, więc lepiej było mieć to z głowy, wracając do domu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2793), Geraldine Greengrass-Yaxley (2020)




Wiadomości w tym wątku
[13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 10.01.2026, 15:06
RE: [13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.01.2026, 00:21
RE: [13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine - przez Benjy Fenwick - 11.01.2026, 22:32
RE: [13/10/72] The forest keeps what the forest is given | Benjy, Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.01.2026, 18:15

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa