Magia w jakiś sposób rozróżniała intencje czarodzieja. Magia w jakiś sposób wiedziała, czy chciało się kogoś skrzywdzić, czy krzywdę wymierzało się zupełnym przypadkiem – bo chciało się bronić. Magia w jakiś sposób znała odpowiedź… I w ten sposób odróżniało się czarnoksiężnika, którego dusza ulegała rozpadowi, od czarodzieja, który jedyne czego chciał, to spokoju. Nie każdy miał jednak ten luksus, by spokój w ogóle mieć, czasami trzeba było sobie pobrudzić ręce… Lecz tak, w większości był to wybór. A wybór definiował dalszą drogę. Czasami jeden zły wybór był głazem, który poruszał lawinę. Jeden zły wybór i na duszy powstawały pęknięcia, których nie dało się już później opanować… Niektórzy jednak robili ten krok znad przepaści i nie rzucali się w jej kuszącą czerń. Z czarną magią było jak z otchłanią, która po długim czasie obserwacji zaczynała się wpatrywać również w ciebie.
– Czemu nie? Nie krępuj się – to nie tak, że nigdy rosyjskiego nie słyszała, ale bardziej w tle, gdzieś w akcencie, a nie całe zdania, by móc wyrobić sobie na to jakiś konkretny pogląd. Wiedziała tylko, bo tyle słyszała, że mówienie po angielsku z rosyjskim akcentem było… mnie okrągłe, ale w żadnej mierze nie toporne. Twardsze, mocniejsze. I nie, nie rozumiała ani słowa po rosyjsku, być może na szczęście dla Alexandra. Posługiwała się angielskim, uczyła się trochę w dzieciństwie francuskiego, znała podstawowe zwroty w tym języku i wiedziała jak to powinno brzmieć, nie jednak na tyle, by było to komunikatywne i by móc o sobie powiedzieć, że się po francusku z kimś dogada, bo to byłoby mocno na wyrost. To były jednak jedyne języki jakie znała. No… trochę łacińskich nazw kwiatów czy zwierząt można było jeszcze dorzucić do tej mieszanki, ale to by było na tyle. Z żadnym ze słowiańskich języków nie miała styczności.
– Ach, rozumiem, jesteś ryzykantem spragnionym adrenaliny – stwierdziła ze zrozumieniem. Nawet jeśli mówili o pogodzie, to powiedział to w tak ogólny sposób, że nie sposób było upierać się przy tym, że ta nadal była przedmiotem rozmowy, a Victorii zresztą to nie przeszkadzało. Pogoda była tylko pretekstem, miałkim rozpoczęciem, punktem zaczepienia w dwóch odległych sobie światach – tym angielskim i tym rosyjskim, gdy nie wiedziała, czego powinna się spodziewać po swoim gościu. Sama z tym nie oddziaływała, bo nie potrzebowała ryzyka, by cokolwiek poczuć (choć wybór kariery zawodowej mógł temu przeczyć), wręcz często te emocje starała się wyciszyć i zdusić, choć to nie znaczyło, że całkowicie znikały… bo wręcz przeciwnie. A potem jej uśmiech przybrał zupełnie inną barwę, bo delikatniejszą, choć może to spojrzenie jej trochę zmiękło. Wzmianka o wrzosach coś w niej poruszyła – kochała kwiaty całą sobą. Kwiaty, rośliny… To było jej hobby, zresztą i w tym pomieszczeniu można było znaleźć większe, zdobne donice i rośliny bynajmniej nie sztuczne. – Mówiłam, co mówią o Anglii. To niekoniecznie moje zdanie – odparła. – Gdybym miała Anglię za brzydką, smutną i spleśniałą, to już dawno by mnie tu nie było – dodała. – Ale cieszę się, że i ty jej tak nie widzisz. Góry, jeziora i potoki, klify, wrzosowiska, lasy i ogrody – wymieniała. – Anglia ma się czym pochwalić.
Czy ludzie tutaj byli inni niż w Rosji? Całkiem możliwe. Nie potrafiła tego ocenić. Lecz pewnie wszędzie było widoczne pewne rozwarstwienie? A może nie potrafiła sobie tego wyobrazić inaczej, znając tylko takie życie: że ludzie oceniali. Ludzie rzadko mówili to, co naprawdę myśleli. Dzielili się na majętnych i biednych, na czystej krwi czarodziejów i mugolaków pochodzących od mugoli, na lepszych i na gorszych, na tych, którzy byli coś warci i tych, co nie. Dokładnie w tych kategoriach. Jedni mieli wszystko, a drudzy mieli nic.
– W Rosji ludzie są bardziej otwarci? – zapytała za to, szczerze ciekawa tą różnicą kulturową. – Łatwiejsi w obyciu? Może to po prostu kwestia przyzwyczajenia i doświadczenia – bo miała takie przemyślenie, że chyba nie byłaby do końca pewna, jak poradzić sobie z kimś, kto wystawia wszystkie karty na stół od razu, bez filtra. A tu… Alexander radził sobie świetnie, jakby od dziecka bywał na salonach angielskiej magicznej socjety. Jedyna inność, jaką od niego w tej chwili wyczuwała, był ten akcent.
– Dopiero co się poznaliśmy i już mnie zapraszasz na wycieczkę do Rosji? – uśmiechnęła się zaczepnie i okręciła sobie kosmyk ciemnych, niemal czarnych włosów wokół palca wolnej dłoni. Choć prawda była taka, że lubiła zwiedzać, lubiła poznawać, lubiła wiedzieć, lecz nie tak łatwo się było do Związku Radzieckiego dostać. Uniosła za to wyżej brwi, bo nie zrozumiała ani słowa z tego, co Alexander powiedział później – prócz swojego imienia. Skonsternowana patrzyła na niego przez moment. To co powiedział, brzmiało wcale nie twardo jak angielski w jego wykonaniu. Było miękkie, niemalże śpiewne. – Zechcesz mi powiedzieć, co powiedziałeś? Nie wiem czy właśnie próbowałeś mi utrzeć nosa, czy wręcz przeciwnie – nie wyglądała na to na złą, że powiedział coś, czego nie miała szansy zrozumieć. Bo to była ta gra, zabawa, prawda? I ona była w tym równie uparta, zaś różnica, jaka ich dzieliła, była w tym, że nie musiała za wszelką cenę wygrywać.
Upiła łyka ze swojej szklanki, nie przerywając tego pojedynku na spojrzenia. Nie przerwała go nawet, gdy już szklankę odsunęła i uśmiechnęła się do Alexandra niemalże niewinnie. Niemalże.
– Więc w czym mogę służyć?