11.01.2026, 13:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.01.2026, 07:43 przez Lorraine Malfoy.)
Za co mnie przepraszasz, Elliottcie?, chciała spytać, cicho, z właściwą kobiecie, uległą powolnością, która koiła męską zapalczywość, koiła gniew i wątpliwości. Zamiast tego przechyliła lekko głowę, nieświadoma, że powtarza ojcowską manierę. Przypatrywała się ciekawie kuzynowi, jak gdyby potrzebowała zastanowić się nad znaczeniem słów, które właśnie wypowiedział na głos. A więc czuł się winnym? Może nie tyle winnym, co odpowiedzialnym. Odpowiedzialnym za rodzinę, na której czele będzie kiedyś przecież stał. Lorraine nie odezwała się choćby słowem. Nie mogła wejść z Elliottem w dialog, bo dialog byłby profanacją tego momentu. Odpowiedziała jednak ceremonialnym skinięciem głowy, bez sprzeciwu przyjmując okazaną jej uwagę i czułość. Gdyby wyciągnął ku niej rękę, pewnie ucałowałaby jego pierścień w geście wdzięczności, choć nie sądziła, aby przeprosiny były skierowane do niej. Przyjęła je, bo sądziła, że wypowiedziane zostały w dobrej wierze. Przyjęła gestem liturgicznym, nie osobistym. Zrobiła to z godnością właściwą posągom Matki, przed którymi wierni wyznawali swe występki. Przychodzili z ciężkimi sumieniami, błagając o przebaczenie i obiecując poprawę. Odchodzili lekcy, bo zostawiali za sobą żal, składany bogini w ofierze. Ci, którzy nie potrafili, a może nie chcieli się modlić, nie mieli tego przywileju. Tak wiele było w nich wstydu, tak wiele winy. Pragnęli wybawienia, odpuszczenia grzechów, które nie było dla nich dostępnym, bo w religii widzieli narzędzie uciemiężenia. Sądzili, że są inni, ale tak jak wszyscy pożądali zjednoczenia z siłą wyższą. Jeżeli Lorraine miała być pośredniczką między Elliottem a boginią, i takąż rolę gotowa była przyjąć. Za cóż przepraszasz, najdroższy Elliottcie?, mogłaby spytać jej głosem, potężnym, boskim. Wiedziałaby jednak, że nie dostanie odpowiedzi. Odpowiedź odebrałaby przeprosinom sens. Bo sens tych słów nie leżał w konkretnej krzywdzie, lecz w potrzebie wypowiedzenia ich wobec kogoś, kto nie zażąda dalszego ciągu. Jej gest nie był czułym. Był godnym. Po latach zrozumiała, że jej godność nie może opierać się na poczuciu własnej wartości, lecz na zdolności uniesienia ciężaru, który nie powinien być jej przypisanym. Była żywym ołtarzem. Była świątynią. Nie dlatego, że wierzyła w siebie jako w inkarnację bogini, lecz dlatego, że wiedziała, że ktoś musi tę rolę pełnić, jeśli świat ma się nie rozpaść pod naporem niewypowiedzianej winy. Nie, przeprosiny nie były skierowane do niej. Elliott po prostu potrzebował kogoś, komu mógłby powiedzieć "przepraszam". Potrzebował przenieść ciężar, jak każdy mężczyzna wychowany w tradycji odpowiedzialności, hierarchii i dziedziczenia. Potrzebował ulżyć sobie, znajdując figurę, która ten ciężar uniesie bez rozpadnięcia się. Przeprosiny Elliotta były aktem symbolicznym, który domagał się nie treści, lecz formy. Ofiara nie usuwała grzechu. Ofiara tylko pozwalała z nim żyć. W tym właśnie miejscu splatały się religijność, chłód i uległość Lorraine. W sposobie, w jaki przyjęła przeprosiny kuzyna. Przyjęła je bez pytania o ich zasadność, nie ważąc ich moralnej wartości, lecz pozwalając im wybrzmieć.
Stuk stuk.
Słuchała tego, co wybrzmiewało, zachowując od tej pory ciszę. Nie przerywała Elliottowi. Łowiła jego słowa pośród szemrania wody, ale odległy huk wodospadów, który wcześniej zdawał się kojącym, jął stawać się jakby głośniejszym. A może było to tylko wrażenie. "Jestem przekonany, że ojciec przyłożył rękę do wrześniowych pożarów, tak samo jak do ataku na Beltane", huczały w głowie Lorraine słowa Elliotta. "Próbowałem znaleźć argumenty, aby temu zaprzeczyć, ale zamiast nich, przybywało tych potwierdzających. Należy się tą sprawą zająć nim jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli, bo wszyscy na tym ucierpimy. Wiem, że możesz mieć dużo pytań..."
Lorraine wyraźnie zesztywniała. Zbladła... Była tak przeraźliwie blada. Wyglądała jak gdyby cała krew odpłynęła jej z twarzy. Gdzie była ta krew? Przelana rękami stryja płynęła ulicami. Drzwi jej własnego domu pomazano krwią, jak w biblijnej opowieści o zesłanym przez mugolskiego boga aniele zemsty. Straszliwym aniele, który chodził po ziemi, zabijając wszystko, co pierworodne. Okrutnym był bóg, który go zesłał. Bóg, który pozwolił, aby anioł zabił pierworodnego syna samego króla, dokładnie tak jak bóg miał kiedyś zabić swojego. W czyje imię zostali poświęceni? Poświęcenie byłaby w stanie zrozumieć. Ale to nie imię Fortinbrasa Malfoya szeptane było z przestrachem na ulicach przez tych, którzy ocaleli. W biblijnej opowieści ocaleli tylko nieliczni, ci, którzy pomazali ściany i drzwi swoich domów krwią. Izraelitom wystarczyła krew baranków, ale Śmierciożercom? Czysta krew nie wystarczyła, żeby ocalić dom ojca w Little Hangleton. Nie uchroniła też mamy Lany przed śmiercią w płomieniach. To nie mugolskie osiedla płonęły, lecz magiczne. Mugolski bóg przynajmniej był konsekwentny w swych nienawiściach. Lorraine szukała śladów krwi na drzwiach Necronomiconu, ale magia, którą roztoczył nad jej zakładem Stanley pozostawała niewidoczną, niewykrywalną. Nie było znaków. Nie było symboli. Nie było krwi. Szukała więc krwi na własnych dłoniach, ale jej dłonie były białe, były czyste, dopóki nie poczerniła ich sadzą. Jej dłonie pozostały tej nocy niewinne, bo niesplamione krwią niewinnych. Pozostały niewinnymi gdy pomazała usta swoje i usta Baldwina krwią sączącą się z rozciętego na szkle palca, w sakramencie starszym niż te zawarte w świętych mugolskich księgach. W sakramencie tak starym jak sam świat. Wierzyła, że krew, jaka płynie w ich żyłach, jest świętą. Krew matki, krew ojca. Skubiąc niezaleczoną bliznę na palcu, myślała o tym, że uczyniła z krwi własną religię. Tylko to się przecież liczyło. Tylko to miała na własność. W świecie ślepo wierzącym w czystość krwi, uważała, że jest tej wiary kapłanką, a jednak nie potrafiła zrozumieć bezrozumnego rozlewu krwi, jakiego dopuszczali się Śmierciożercy. Jak wiele czasu, zanim zaczną przelewać krew Malfoyów? Lorraine wzięła głęboki oddech, zacisnąwszy dłonie na podołku, w wyuczonych gestach znajdując ukojenie. Obróciła pierścień na palcu.
– Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. – Przecież wiem, czym jest nasza rodzina. – A jednak...
Wargi jej drżały. Wszystko, co wydostawało się z jej ust było starannie wyartykułowane, jak gdyby Lorraine bardzo uważnie dobierała słowa. Panowała nad sobą, nie można było jej niczego zarzucić. A jednak trudno było określić, co właściwie wyrażała jej twarz. Przerażenie. Obrzydzenie. Obojętność. A może pogardę.
Panowała nad twarzą, ale nie nad mocą wili.
"Czy pamiętasz co ojciec robił podczas sierpniowego koncertu Muzy?"
– Pamiętam.
Jeżeli Matka była boginią miłosierdzia, Lorraine była boginią pamięci. Zamilkła na dłuższą chwilę. Było to normalnym, a jednak... Widać było po niej, że potrzebuje chwili, żeby zebrać myśli. Czuła się niepewnie.
Stuk stuk.
Słuchała tego, co wybrzmiewało, zachowując od tej pory ciszę. Nie przerywała Elliottowi. Łowiła jego słowa pośród szemrania wody, ale odległy huk wodospadów, który wcześniej zdawał się kojącym, jął stawać się jakby głośniejszym. A może było to tylko wrażenie. "Jestem przekonany, że ojciec przyłożył rękę do wrześniowych pożarów, tak samo jak do ataku na Beltane", huczały w głowie Lorraine słowa Elliotta. "Próbowałem znaleźć argumenty, aby temu zaprzeczyć, ale zamiast nich, przybywało tych potwierdzających. Należy się tą sprawą zająć nim jeszcze bardziej wymknie się spod kontroli, bo wszyscy na tym ucierpimy. Wiem, że możesz mieć dużo pytań..."
Lorraine wyraźnie zesztywniała. Zbladła... Była tak przeraźliwie blada. Wyglądała jak gdyby cała krew odpłynęła jej z twarzy. Gdzie była ta krew? Przelana rękami stryja płynęła ulicami. Drzwi jej własnego domu pomazano krwią, jak w biblijnej opowieści o zesłanym przez mugolskiego boga aniele zemsty. Straszliwym aniele, który chodził po ziemi, zabijając wszystko, co pierworodne. Okrutnym był bóg, który go zesłał. Bóg, który pozwolił, aby anioł zabił pierworodnego syna samego króla, dokładnie tak jak bóg miał kiedyś zabić swojego. W czyje imię zostali poświęceni? Poświęcenie byłaby w stanie zrozumieć. Ale to nie imię Fortinbrasa Malfoya szeptane było z przestrachem na ulicach przez tych, którzy ocaleli. W biblijnej opowieści ocaleli tylko nieliczni, ci, którzy pomazali ściany i drzwi swoich domów krwią. Izraelitom wystarczyła krew baranków, ale Śmierciożercom? Czysta krew nie wystarczyła, żeby ocalić dom ojca w Little Hangleton. Nie uchroniła też mamy Lany przed śmiercią w płomieniach. To nie mugolskie osiedla płonęły, lecz magiczne. Mugolski bóg przynajmniej był konsekwentny w swych nienawiściach. Lorraine szukała śladów krwi na drzwiach Necronomiconu, ale magia, którą roztoczył nad jej zakładem Stanley pozostawała niewidoczną, niewykrywalną. Nie było znaków. Nie było symboli. Nie było krwi. Szukała więc krwi na własnych dłoniach, ale jej dłonie były białe, były czyste, dopóki nie poczerniła ich sadzą. Jej dłonie pozostały tej nocy niewinne, bo niesplamione krwią niewinnych. Pozostały niewinnymi gdy pomazała usta swoje i usta Baldwina krwią sączącą się z rozciętego na szkle palca, w sakramencie starszym niż te zawarte w świętych mugolskich księgach. W sakramencie tak starym jak sam świat. Wierzyła, że krew, jaka płynie w ich żyłach, jest świętą. Krew matki, krew ojca. Skubiąc niezaleczoną bliznę na palcu, myślała o tym, że uczyniła z krwi własną religię. Tylko to się przecież liczyło. Tylko to miała na własność. W świecie ślepo wierzącym w czystość krwi, uważała, że jest tej wiary kapłanką, a jednak nie potrafiła zrozumieć bezrozumnego rozlewu krwi, jakiego dopuszczali się Śmierciożercy. Jak wiele czasu, zanim zaczną przelewać krew Malfoyów? Lorraine wzięła głęboki oddech, zacisnąwszy dłonie na podołku, w wyuczonych gestach znajdując ukojenie. Obróciła pierścień na palcu.
– Nie mogę powiedzieć, że jestem zaskoczona. – Przecież wiem, czym jest nasza rodzina. – A jednak...
Wargi jej drżały. Wszystko, co wydostawało się z jej ust było starannie wyartykułowane, jak gdyby Lorraine bardzo uważnie dobierała słowa. Panowała nad sobą, nie można było jej niczego zarzucić. A jednak trudno było określić, co właściwie wyrażała jej twarz. Przerażenie. Obrzydzenie. Obojętność. A może pogardę.
Panowała nad twarzą, ale nie nad mocą wili.
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
"Czy pamiętasz co ojciec robił podczas sierpniowego koncertu Muzy?"
– Pamiętam.
Jeżeli Matka była boginią miłosierdzia, Lorraine była boginią pamięci. Zamilkła na dłuższą chwilę. Było to normalnym, a jednak... Widać było po niej, że potrzebuje chwili, żeby zebrać myśli. Czuła się niepewnie.