• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii Lake District [01.10.1972, Grasmere] Szyba w iskier tysiące rozbita

[01.10.1972, Grasmere] Szyba w iskier tysiące rozbita
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
11.01.2026, 18:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 22:03 przez Victoria Lestrange.)  

Grasmere.

Victoria była tu już wcześniej w lipcu, była też w sierpniu, gdy zastanawiała się nad kupnem domu. Owszem, miała dla siebie całą kamienicę na Pokątnej, ale prawda o niej była taka, że to nigdy nie miało być miejsce na stałe. Dobrze, że było – w dogodnej lokalizacji, w samym centrum Londynu i przydało jej się, gdy zdecydowała się wyprowadzić z rodzinnego domu, nie musząc kupować nic na szybko i bez przemyślenia. Później przydało się jeszcze bardziej, gdy po Spalonej Nocy jej siostry miały do wyboru albo zamieszkać z rodzicami i innymi członkami rodziny w Maida Vale lub z siostrą na Pokątnej… Wybór wydawał się prosty. Proste nie było natomiast to, co na tej Pokątnej się działo. Najpierw w lipcu ten przeklęty, potężny poltergeist jakimś cudem wciśnięty w kratkę wentylacyjną, który tygodniami mieszał jej, oklumentce, w głowie, co skończyło się egzorcyzmami w środku nocy. A teraz… Teraz jakiś, najpewniej czarnomagiczny, ołtarz w piwniczce, której nawet nie było na planach kamienicy; w piwniczce, której Victoria nigdy dotąd nawet nie widziała, choć przechodziła tamtędy wiele razy do swojej pracowni z kociołkami; w piwniczce, z której dobiegał hałas na całą okolicę, jakichś dudniących bębnów.

Grasmere nie było jedynym miejscem, nad którym się zastanawiała, miała na liście jeszcze kilka, ale to podobało jej się zdecydowanie najbardziej. I całe szczęście, gdy odezwała się do agenta nieruchomości Pettigrew, który miał pieczę nad tym miejscem, okazało się, że nadal nie jest sprzedane i to nawet po tragedii jaką była Spalona Noc, a wielu ludzi szukało nowych domów lub wynosiło się z dotychczas zamieszkiwanej przez nich okolicy. Nie każdego było na to jednak stać, nie każdy miał oszczędności, a jeśli tak, to nie wszyscy mogli sobie pozwolić na wyprowadzkę. Czasami taniej było wyremontować coś, co nie było doszczętnie zniszczone. Takie kupowanie nowych nieruchomości raczej było uskuteczniane przez tych najbogatszych. A na biednego przecież nie trafiło, bo Victoria nadal miała gdzie mieszkać. Wielu nazwałoby to wszystko nie czym innym, jak fanaberią, ale to było znacznie bardziej skomplikowane: nie chciała mieszkać z rodzicami, nie chciała więcej nacisku z ich strony, gdy w końcu się spod niego całkowicie wyrwała. Byłyby tarcia, byłoby źle. I nie mogła dłużej mieszkać w Bluszczowej Kamienicy, nie dopóki działy się tam tak dziwne rzeczy. I tak planowała opłacić jakiegoś klątwołamacza, by zajął się tamtym mieszkaniem – by znowu był awaryjną opcją, ale teraz poszukiwała czegoś nowego. I czegoś na stałe, a nie przejściowego. To zaś, że ten dom nadal nie został sprzedany było najprawdopodobniej kwestią cena – bo to nie był malutki byle jaki domek, a sporych rozmiarów kamienny dom, ten z serii, które można było spokojnie nazwać posiadłością (choć nie jakichś przesadzonych rozmiarów, nie mówiliśmy o pięćdziesięciu pokojach, czterech piętrach i wielkiej sali balowej, a o dużym domu, na który nie mógłby sobie pozwolić ktoś z klasy średniej), zwłaszcza w porównaniu do innych domostw w Grasmere. Znajdował się w pewnym oddaleniu od reszty zabudowań wioski, na południe od jeziora z widokiem na odpływ rzeki Rothay, nieco w górze, bo na niewysokim wzniesieniu, z jednej strony przytulony do czegoś, co można było nazwać lasem, a przynajmniej gajem, mając u podnóża morze traw, na których wypasały się owce i krowy, i widok na jezioro, wzgórza oraz resztę wioski po drugiej stronie jeziora. Dom nie znajdował się bezpośrednio przy jeziorze Grasmere i to też było w porządku, bo miała tu na uwadze swoją młodszą siostrę, która panicznie bała się zbiorników wodnych. Najwyraźniej osoby, które go wybudowały, chciały mieć pewien spokój od mieszkańców, wybierając to oddalenie – i dokładnie to Victorii pasowało. Dokładnie tego szukała. Podpytywała, kto tu wcześniej mieszkał – wyglądało na to, że dom wybudowano w XIX wieku i był regularnie zamieszkiwany aż do 1970 roku. Ostatnim mieszkającym tu na stałe właścicielem był Arthur Bennett, samotny emerytowany nauczyciel, choć w rzeczywistości czarodziej półkrwi. Zmarł on nagle, będąc na jakimś wyjeździe, a budynek odziedziczyło w spadku po dalekim krewnym bezdzietne mugolskie małżeństwo, które nigdy właściwie się tutaj na stałe nie wprowadziło. To znaczy próbowali, bo dom był dobrze zbudowany i zaopiekowany, ale coś… źle się tutaj czuli z jakiegoś powodu, dlatego ostatecznie zdecydowali się go sprzedać, a agent nieruchomości, który prześledził historię domu, doszedł do tego, co im tam nie pasowało: najpewniej jakieś widmo magii. I tak właśnie został wystawiony na sprzedaż. Oczywiście właściciele nie mieli pojęcia, że agent był czarodziejem, tak samo jak krewny nauczyciel, którego nazywali ekscentrycznym dziwakiem.

I właśnie w ten sposób dom i jego tereny trafiły do Victorii. Bo gdy już się zdecydowała, że na pewno wynoszą się z Pokątnej i skontaktowała z panem Pettigrew, ostatni raz obejrzała dom i dokonała decyzji: bierze go. W ciągu następnych kilku dni dokonali wszystkich formalności, przekazała zapłatę, podpisała umowę, otrzymała swoją i tak dalej, a właśnie dzisiaj dostała klucz już tak oficjalnie. Dom był jej na własność. Patrzyła na niego i czuła pewien dziwny spokój. To może ta roślinność, która pomalutku zaczynała się układać do snu, zwiastując już w pełni nadejście jesieni. A może cichy spokój malowniczej okolicy.

Czuła pewną ulgę, gdy teraz przechadzała się po pokojach, doskonale widząc, że dom faktycznie na którymś etapie musiał należeć do maga; osobny kominek w dużym przedpokoju mówił sam za siebie (coś, co zostało nazwane przez poprzednich właścicieli jako architektoniczne dziwactwo, wedle słów pana Pettigrew), tak samo jak przestrzeń na strychu, wydzielona najpewniej dla ptaków pocztowych. Okolica zupełnie ominęła atak Lorda Voldemorta, dom nie wymagał więc żadnych napraw, był dobrze zachowany, choć przez ostatnie dwa lata zakurzył się trochę… lecz to nie problem. Meble tu były, może niekoniecznie w stylu Victorii, ale na ten moment wystarczą, przeniosą to, co było potrzeba z mieszkania na Pokątnej tutaj, tam zostawią najpotrzebniejsze rzeczy. Dwa piętra… Może to nawet za dużo jak na nie dwie… albo trzy, ale na pewno będzie im tutaj wygodnie (nie wiedziała wszak, czy jej siostry będą się chciały tutaj przenieść, czy może będą wolały zostać z jakiegoś powodu na Pokątnej, choć to byłoby nierozważne, a może jednak wrócić do rodziców, do Maida Vale). Nawet gdyby miała mieszkać tu sama, to sto razy wolała spokój tej wioski, bo to do tego była całe życie przyzwyczajona: do domu na uboczu, do pięknych widoków natury, do mugoli gdzieś tam kręcących się w miasteczku… No i ogród. Można tu było zagospodarować ogród. Znajdował się tu już mały sad i Victoria zastanawiała się jak to wszystko dobrze wkomponować… ale to nie coś na dzisiejsze rozmyślania. Dzisiaj czuła, że ściągnęła z barków pewien ciężar. Że może to jednak jakiś kolejny etap, nowy rozdział w książce, która w ostatnim czasie nie była dla niej łaskawa.

To nie był jeszcze dzień, w którym można tu było zamieszkać. To znaczy technicznie można było, ale praktycznie to dom potrzebował jeszcze chwili, małej adaptacji, by się do tego w pełni nadawał. W pierwszej kolejności trzeba było podłączyć sieć fiuu i załatwieniem tej sprawy zamierzała się zająć jak najszybciej, jeszcze zanim pójdzie na swoją zmianę do pracy. Zabezpieczenia… Zabezpieczenia domu będą musiały poczekać, będzie musiała tu chwilę pomieszkać, by mieć pewność co do tego, które będą tutaj niezbędne, zresztą specjaliści byli pewnie teraz zajęci, tak jak większość rzemieślników.

Przynajmniej była pewna tego, który pokój będzie jej sypialnią: na piętrze, z widokiem na jezioro i wzgórza.

Przeszła się jeszcze po dworze, po tym, co miało być jej przyszłym ogrodem, chłonęła zapach – wolny tutaj od wszelkiego dymu, pyłu i smrodu. I wtedy coś przykuło jej uwagę. Kucnęła, chcąc obejrzeć w trawie dziwne… najwyraźniej jajo? Wzięła je do ręki.


!Jajo z kalendarza
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Pan Losu (213), Victoria Lestrange (1564)




Wiadomości w tym wątku
[01.10.1972, Grasmere] Szyba w iskier tysiące rozbita - przez Victoria Lestrange - 11.01.2026, 18:17
RE: [01.10.1972] Szyba w iskier tysiące rozbita - przez Pan Losu - 11.01.2026, 18:17
RE: [01.10.1972] Szyba w iskier tysiące rozbita - przez Victoria Lestrange - 11.01.2026, 18:35

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa