Victoria lekko przekrzywiła głowę, zapewne próbując sobie właśnie wyobrazić tę widowiskową pułapkę, przymrużyła jedno oko, po czym pokręciła przecząco głową.
– Na pewno kosztowa taka pułapka. Wiesz, złapać smoki, później je utrzymać i nie stracić przy tym palców to niełatwa sztuka. To nie są stworzenia, które można sobie podporządkować… – i chyba właśnie dlatego hodowla smoków w Anglii była zakazana: bo było to praktycznie niemożliwe. Ich nie dało się ułożyć, zawsze miały w sobie pierwiastek dzikości w sercu.
– Nie nie, nie chciałam sugerować teleportowania się tam od razu, obie wiemy jak to się może skończyć. Zastanawiałam się nad tym czysto… logistycznie – przyznała, przypominając sobie jak skończyło się ich łażenie po smoczym leżu ostatnim razem.
A potem uniosła wyżej brwi. Zapisany pismem Brenny? No to już było co najmniej zastanawiające, bo po całym wywodzie te brwi się zmarszczyły, gdy Victoria zastanawiała się nad tym wszystkim. Nie miała zamiaru pytać, czy usunięto jej wspomnienia, bo byłoby to trochę bezcelowe. Crouch był możliwy, ale przy tym musiałby się nieźle namęczyć, żeby wymyślić spójną historyjkę, w którą Brenna mogłaby uwierzyć, a zmieniacze czasu… czy one faktycznie w ogóle istniały? Choć to mogło być po prostu żartem ze strony Brenny, więc na te wszystkie opcje Tori mogła tylko wzruszyć ramionami.
– Cóż, lepiej sprawdzić i potem najwyżej uznać, że to fałszywy trop, niż to całkiem zignorować – stwierdziła w końcu i poklepała Brennę po ramieniu. Zresztą i tak nie miała nic lepszego do roboty, to równie dobrze mogła asystować brygadzistom przy sprawie, w której już brała udział.
Odpowiedziała na uścisk dłoni swoim własnym.
– Tak – odparła krótko, bo taka była prawda. Sauriel chciał być wolny i zapominał, że w tym świecie to nie jest tak do końca możliwe. Porównywał się do kota, a te przecież wybierały sobie swojego właściciela. Najwyraźniej takim dla niego nie była Victoria. Tak, ciążyło jej to. Tak, odetchnęła jakby nieco ciężej i uśmiechnęła się krzywo – była to raczej karykatura uśmiechu, niż ten szczery. A potem pokiwała głową bardzo krótko. – Dzięki, Brenn – może tak będzie lżej: porozmawiać o tym wszystkim, zamiast dusić to w sobie i zgniatać, by nie wyłaziło za mocno i nie przeszkadzało w… cóż, życiu.
– Już ja znam te jego plany – parsknęła, bo mimo wszystko znała się z Bulstrodem nie od wczoraj, stąd te wszystkie wymierzane w niego uszczypliwości (a i on nie pozostawał jej zwykle dłużny).
Chwilę później weszły do windy.