Czarna magia zostawiała trwałe ślady. Poza tym, że dusza ulegała rozpadowi, ciągnął się za nią smród, niczym ten papierosowy. Osiadał na czarodzieju, który rzucał mroczne zaklęcia, osiadał na kamieniu brukowym, na murach domów, wypalał się w ziemi. Czy więc używanie tych zaklęć było dobre… Ogół społeczeństwa powiedziałby pewnie, że absolutnie nie. Ale Victoria widziała w tym możliwość większego dobra, tylko że tych opcji nie było zbyt wiele. Sama zresztą rozumiała pewne postulaty, jakie wygłosił Voldemort, nie zgadzała się za to z metodami. Ani ze wszystkim, co ten czarnoksiężnik mówił. Powody? Może i miał powody, ale czy one go usprawiedliwiały? Czy musiał wyżywać swoją złość i nienawiść nawet na ludziach, którzy dotąd o nim nie słyszeli? I… co przyniesie im przyszłość? Czy to miał być tylko przejściowy etap, który zostanie zduszony w zarodku, czy ten ogień rebelii zagorzeje mocny i bolesny?
Victoria nie bała się jednak żadnego ognia. Ona wkładała ręce w płomienie i czuła tylko ich kojące ciepło. Siostry Lestrange nie mogły w końcu zapłonąć.
– Źle? Nie – choć teraz wyłożył jedną z kart na stół i od razu ją odkrył, bo faktycznie ta krótka pogawędka o pogodzie została wręcz wyrzucona i w mig zapomniana. – Byłoby życiem odrobinę spokojniejszym, może nieco bardziej… stabilnym – odparła uprzejmie i uśmiechnęła się nieznacznie, mówiąc jak najbardziej z własnego doświadczenia. Nawet jeśli było to pytanie retoryczne, to jak zwykle nie potrafiła się powstrzymać przed odpowiedzią.
– Czysto teoretycznie – Victoria zastanowiła się, znowu nieco bezwiednie wprawiając w ruch złocisty płyn w szklance, którą nadal trzymała w dłoni. – Pewnie spróbowałabym we Francji i dopełniła rodzinnej tradycji – zaśmiała się krótko, cicho. – A może wybrałabym Stany Zjednoczone. Jedno z dwóch, nie wiem które bardziej – pewnie zależałoby to od stopnia, jak bardzo chciałaby z Anglii wyjechać, jak bardzo uciec: czy gdzieś bliżej, czy gdzieś dalej. Lecz było to rzeczywiście mocno teoretyczne zagadnienie, bo Lestrange nigdy o tym nie myślała, nie było jej to potrzebne do szczęścia. – Czemu więc wyjechałeś, jeśli to nie jest zbyt prywatne pytanie? – nie wątpiła, że Rosja miała coś do zaoferowania, chyba każde miejsce na ziemi miało, pytanie tylko, czy dla danej jednostki. Coś jednak musiało się wydarzyć w życiu Alexandra, że ten był teraz tutaj, w Wielkiej Brytanii i jakoś układał tutaj swoje życie. Nie zamierzała naciskać, to było tylko zagajenie.
Lekka zmarszczka pojawiła się pomiędzy ciemnymi brwiami i Victoria przekrzywiła głowę, spoglądając z uwagą na Alexandra. Dostrzegła w nim pewną zmianę, gdy mówił o Rosjanach. Czy wyczuwała w nim gorycz? Czy to to usłyszała w tym śmiechu? Czy to rozpoznała w mimice? A potem leciutko pokręciła głową, jakby bardziej do siebie, niż do niego.
– W takich momentach trzeba zapytać, czy w ogóle wiedzą czym jest komunizm. Jakoś trudno mi uwierzyć, że ktokolwiek tutaj się przejmuje takimi sprawami, to nigdy nie miało miejsca w Anglii – w sensie nie było tutaj komunizmu. Były próby, ale nigdy nie zyskały poparcia, ale to nie było coś, na czym znała się Victoria. – Do mnie też tak czasami mówią. Coś o, hm… wypierdalaniu i suce w mundurze – czasami trudno było uwierzyć, że takie brzydkie słowa wychodzą z jej ust, lecz w prywatnych rozmowach działo się to w jej wykonaniu rzadko. W pracy? W pracy częściej, ale czasami różne środowiska wymagały dopasowania języka. Zwłaszcza jak się kogoś łapało. Szło na patrol na Nokturn i pluto pod nogi. Bo trzeba było kogoś aresztować. Mówili o niej różne rzeczy, inne, również na wzgląd na ładną buźkę, tego jednak powtarzać nie zamierzała. – Nie warto się przejmować. Psy szczekają, karawana jedzie dalej – machnęłaby dłonią, na jednej ręce się jednak opierała, a w drugiej trzymała szklankę, wydęła więc bardzo krótko usta. – Tak chyba jest wszędzie? To znaczy tak zgaduję. Jednym się przeszkadza, jednym wręcz przeciwnie. Wystarczy mieć grupkę znajomych, kontakty i życie samo płynie do przodu – Alexander kontakty miał, w końcu bez nich nie trafiłby do niej, a jak ze znajomymi? Zwykle ci prędzej czy później znajdywali się sami. I tak to jakoś szło. Gładko. – W takim razie życzę ci, by nastał ten dzień, że nazwiesz Wyspy Brytyjskie swoim domem. Żeby to było szybciej niż później – i z tymi słowami uniosła szklankę raz jeszcze, w niemym toaście i wypiła kolejnego łyka ognistej. Rzadko pijała tak mocny alkohol, ale czasami miała ochotę, a teraz czuła jak trunek pali ją w gardło, jak ciepło lekko uderza w ten zimny dzień.
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, nie zamierzała zaprzeczać, ani potwierdzać. Widzieli się pierwszy raz na oczy, byłoby więc głupotą z jej strony, by zgadzać się na jakieś wyjazdy za granicę. Nie wiedziała, z jakim człowiekiem miała tu do czynienia, tak jak on raczej niewiele wiedział o niej. Plotki to jedno – rzadko pokrywały się z prawdą tak do końca, nie oddawały rzeczywistości w pełni. A Victoria była kobietą ostrożną, rozważną, twardo stąpającą po ziemi, którą sobie tak ukochała. Bo gdyby przyrównać ją do żywiołu, to ludzie najczęściej wybierali właśnie ziemię. Gdyby miała wybór, dokonałaby takiego samego, lecz prawda była taka, że pod tym spokojnym spojrzeniem, zdystansowaniem i pozornym chłodem, czaił się ogień, który płynął w jej żyłach, nie czyniąc żadnej krzywdy. Nie kojarzyła się jednak z ogniem, bo nie była na pierwszy rzut oka taka temperamentna, ale to tam było… pod powierzchnią.
A potem uśmiechnęła się raz jeszcze. Zgadywała, że Alexandrowi chodzi o jej urodę, której była świadoma i nawet jeśli było to na pewien sposób płytkie i próżne, to która kobieta nie lubiła się podobać? Nawet jeśli ona sama uważała, że to to, co ma się w głowie, tworzy prawdziwe przyciąganie. A przynajmniej dla niej.
– Dziękuję za komplement – odpowiedziała i leciutko skłoniła głowę. – Choć nie znamy się za długo – puściła do niego oko , dając znać, że nie mówi tu przy tym na poważnie i poruszyła się, zmieniając nogę założoną na nogę, przerywając przy tym ten pojedynek na spojrzenia bardzo… płynnie. Gładko. Niby przypadkowo.
W trakcie jego opowieści wyraz jej twarzy zmienił się. Z psotliwego uśmieszku stał się skupiony, bo słuchała Alexandra uważnie i tryby w jej głowie bardzo szybko zaczęły działać, same z siebie. Zagadka. Lubiła zagadki, lubiła je rozwikływać, lubiła wymyślać nowe rozwiązania, lubiła eksperymentować. Te eliksiry – nie robiła tego dla pieniędzy, tych miała dużo. Robiła to, bo zwyczajnie sprawiało jej to przyjemność i dawało odprężenie, którego nie każdy był w stanie zrozumieć. To był dla niej też test samej siebie: czy podoła. I możliwość rozwoju.
– Czyli amortencja – odparła z zastanowieniem, gdzieś po drodze odłożywszy szklankę na stolik i teraz z zamyśleniem postukała opuszkiem palca w usta. – Mieliśmy tu kiedyś w Anglii cały skandal z rodziną cukierników, którzy dodawali do swoich czekoladek amortencję – powiedziała i uśmiechnęła się lekko, bo to brzmiało jak straszna bzdura, choć było prawdą i cukiernia McKinnonów splajtowała. – Osoba, która podała ją twojemu znajomemu już musiała popełnić przynajmniej jeden błąd, skoro zdążył odzyskać zmysły na tyle, że poprosił o pomoc. Zwykle trzeba podawać ją w odpowiednich dawkach i to ciągle. Codziennie. Obsunięcie godzin podania eliksiru powoduje, że ten traci moc… aż do przyjęcia kolejnej pełnej dawki – wiedziała, że nie musiała tego mówić, ale sama czuła potrzebę wyjaśnienia o czym tutaj mówią i na czym stoją. Czy Alexander do tej pory zastanawiał się, czy w ogóle trafił pod właściwy adres? Czy ta kobieta w ogóle znała się na eliksirach, gdy chodziła ubrana jak na jakiś bal? Może. Nie zamierzała wnikać w to, dlaczego ten mężczyzna nie zwiał przy pierwszej nadarzającej się okazji, bo to nie był jej problem ani jej sprawa. Alexander chciał jakieś remedium na to i mogła mu takie uwarzyć – była o tym przekonana. Milczała jeszcze przez chwilę, po jej oczach było widać, że zastanawia się, patrzyła teraz w bok, patrząc to na szafkę, to na ścianę, to na drzwi, choć wcale ich nie widziała. A w końcu jej ciemne spojrzenie ponownie utkwiła w Alexandrze. – Mogę przygotować coś, co powinno zadziałać jako kontra dla amortencji. Zapewne kilka dawek, żeby jakoś go z tego wyrwać i przynajmniej na jakiś czas zablokować to, co podaje mu ta kobieta. Ale to będzie… podchwytliwe. Nie uwarzenie tego, chociaż może trochę tak, tylko samo podanie mu tego. Bo kiedy jest się pod wpływem amortencji, to nie chce się przyjmować do wiadomości żadnych złych rzeczy na temat obiektu swojej… emmm… miłości.