14.01.2026, 13:33 ✶
Słuchała jej słów w dziwnym, niecodziennym odwróceniu, gdy to nie muzyka spływała z palców panny Malfoy, a słowa, swoją melodią i barwą układające się w melodię. Niepokojącą, snującą się pośród pogorzeliska, wzbudzającą pytania, na które obie bały się odpowiedzi. Josephine przywykła do doświadczania sztuki, do smakowania jej z gustem wykwalifikowanej estety, bez poświęcenia entuzjazmu prawdziwego miłośnika. Tak teraz miała poczucie, przez moment, przez chwilę, jakby doświadczała monodramu, nie! recitalu, w którym wygrywane frazy przypadkiem zupełnym układają się w pełne znaczeń słowa, pełne emocji obrazy. Słuchała jej słów z uwagą i zapada się w potoku myśli, który ta opowieść wywołała.
Zazdrościła jej.
Ta myśl przyszła nagle, bez zapowiedzi, jak ukłucie zimna w sercu, i nie próbowała jej odpędzić. Była zbyt prawdziwa, by ją potępić. Zazdrościła Lorraine Nokturnu - tego miejsca, brudnego, plugawego, przesiąkniętego zgnilizną, które jednak umiało rozpoznać swoich i podnieść dłoń w obronie jednostki, nie rodu; ciała, nie nazwiska. Błogosławieństwo, tak nieoczekiwane, którego odmówiono nieszczęsnej Raphaeli.
- Zazdroszczę ci - zdziwiły ją jej własne słowa, nie chciała przecież wypowiadać ich na głos, ale myśl zbyt była silna, by nie została zwerbalizowana, choć słowa zabrzmiały tak cicho, jakby stłumione wnętrzem były wypowiedziane z samego wnętrza własnego ciała. - Ja nie mam swojego Nokturnu. Czy choćby małej Ballady, czy w żałości istnienia swojego Etiudy ani Kaprysu… - dodała próbując żartować, w chwili zbyt ciężkiej do uniesienia na wątłych barkach obu kobiet.
Odsunęła się nieznacznie, jakby nagły ciężar tej pociągniętej ornamentem muzycznych skojarzeń prawdy wymagał oddechu. Pogładziła policzek dziewczyny, delikatnie, niemal nabożnie, jak czyni się to wobec relikwii - nie z potrzeby dotyku, lecz potwierdzenia istnienia. Lorraine była ciepła, żywa; wciąż tu. Josephine poczuła, jak to ciepło boleśnie kontrastuje z chłodem, który od dawna nosiła pod żebrami. Od czasu gdy dowiedziała się, co wydarzyło się na Śnie Nocy Letniej. Od czasu gdy dowiedziała się, jak zareagowała jej familia. Nie dlatego, że dziecku było na imię Raphaela, lecz dlatego, że nosiła nazwisko Avery. Nazwisko… nędzna to tarcza, choć tak wielu zarzeka się, że jest inaczej.
- Nazwisko, z którym się urodziłam… nazwisko, które dał mi mąż… - urwała, bo oba brzmiały w jej uszach dzwoniły teraz, jak puste, gliniane naczynia. - Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie.
Uśmiechnęła się - tym samym uśmiechem, który od lat ćwiczyła jak maskę sceniczną, bankietową, dedykowaną chwilom w których nikt nie chciał oglądać łez. Jej twarz drżała jednak na granicy trzeźwości i niemej rozpaczy. Wiedziała aż nazbyt dobrze, że jej światy nie skończy się z hukiem: on zgaśnie. Wyblaknie. Odpłynie jak barwy z obrazu pozostawionego zbyt długo na słońcu.
- Gdyby tylko Twój ojciec żył… - westchnęła ciężko pochylając głowę. - Być może, dziecko… - szepnęła bardziej celowo, a to jedno słowo ciążyło jej bardziej niż wszystkie grzechy, których nie nazwała. - To ja powinnam zostać teraz twoją uczennicą, jak przed laty on uczył mnie jak wyglądać ponad zastane. Być może teraz od Ciebie powinnam uczyć się, jak przetrwać, gdy wszystko, co miało się kiedykolwiek chronić, w co się wierzyło, za czym podążało, obraca się w popiół.
Powieki ciążyły jej coraz bardziej. Sen wdzierał się nie jak ukojenie, lecz jak zapowiedź zapomnienia, którego pragnęła i którego się bała. Widziała siebie sprzed lat - artystkę, mentorkę, kobietę pełną barw - i nie była pewna, czy ten obraz kiedykolwiek istniał naprawdę, czy był jedynie snem, który śniła zbyt długo.
- Choć może dla mnie chyba… - dodała niemal bezgłośnie - chyba jest już za późno.
A jednak trzymała Lorraine w ramionach, tuląc ją znów do siebie, jakby wbrew własnym słowom próbując łabędzim śpiewem ocalić coś jeszcze. Choćby jedną duszę. Choćby cudzą przyszłość, skoro jej własna dawno już zaczęła się rozpadać w ciszy. A może to nie ona miała kogokolwiek ocalić. Może to ona potrzebowała ocalenia.
Zazdrościła jej.
Ta myśl przyszła nagle, bez zapowiedzi, jak ukłucie zimna w sercu, i nie próbowała jej odpędzić. Była zbyt prawdziwa, by ją potępić. Zazdrościła Lorraine Nokturnu - tego miejsca, brudnego, plugawego, przesiąkniętego zgnilizną, które jednak umiało rozpoznać swoich i podnieść dłoń w obronie jednostki, nie rodu; ciała, nie nazwiska. Błogosławieństwo, tak nieoczekiwane, którego odmówiono nieszczęsnej Raphaeli.
- Zazdroszczę ci - zdziwiły ją jej własne słowa, nie chciała przecież wypowiadać ich na głos, ale myśl zbyt była silna, by nie została zwerbalizowana, choć słowa zabrzmiały tak cicho, jakby stłumione wnętrzem były wypowiedziane z samego wnętrza własnego ciała. - Ja nie mam swojego Nokturnu. Czy choćby małej Ballady, czy w żałości istnienia swojego Etiudy ani Kaprysu… - dodała próbując żartować, w chwili zbyt ciężkiej do uniesienia na wątłych barkach obu kobiet.
Odsunęła się nieznacznie, jakby nagły ciężar tej pociągniętej ornamentem muzycznych skojarzeń prawdy wymagał oddechu. Pogładziła policzek dziewczyny, delikatnie, niemal nabożnie, jak czyni się to wobec relikwii - nie z potrzeby dotyku, lecz potwierdzenia istnienia. Lorraine była ciepła, żywa; wciąż tu. Josephine poczuła, jak to ciepło boleśnie kontrastuje z chłodem, który od dawna nosiła pod żebrami. Od czasu gdy dowiedziała się, co wydarzyło się na Śnie Nocy Letniej. Od czasu gdy dowiedziała się, jak zareagowała jej familia. Nie dlatego, że dziecku było na imię Raphaela, lecz dlatego, że nosiła nazwisko Avery. Nazwisko… nędzna to tarcza, choć tak wielu zarzeka się, że jest inaczej.
- Nazwisko, z którym się urodziłam… nazwisko, które dał mi mąż… - urwała, bo oba brzmiały w jej uszach dzwoniły teraz, jak puste, gliniane naczynia. - Wkrótce nie będą znaczyć nic. Tylko dźwięk, który przeminie.
Uśmiechnęła się - tym samym uśmiechem, który od lat ćwiczyła jak maskę sceniczną, bankietową, dedykowaną chwilom w których nikt nie chciał oglądać łez. Jej twarz drżała jednak na granicy trzeźwości i niemej rozpaczy. Wiedziała aż nazbyt dobrze, że jej światy nie skończy się z hukiem: on zgaśnie. Wyblaknie. Odpłynie jak barwy z obrazu pozostawionego zbyt długo na słońcu.
- Gdyby tylko Twój ojciec żył… - westchnęła ciężko pochylając głowę. - Być może, dziecko… - szepnęła bardziej celowo, a to jedno słowo ciążyło jej bardziej niż wszystkie grzechy, których nie nazwała. - To ja powinnam zostać teraz twoją uczennicą, jak przed laty on uczył mnie jak wyglądać ponad zastane. Być może teraz od Ciebie powinnam uczyć się, jak przetrwać, gdy wszystko, co miało się kiedykolwiek chronić, w co się wierzyło, za czym podążało, obraca się w popiół.
Powieki ciążyły jej coraz bardziej. Sen wdzierał się nie jak ukojenie, lecz jak zapowiedź zapomnienia, którego pragnęła i którego się bała. Widziała siebie sprzed lat - artystkę, mentorkę, kobietę pełną barw - i nie była pewna, czy ten obraz kiedykolwiek istniał naprawdę, czy był jedynie snem, który śniła zbyt długo.
- Choć może dla mnie chyba… - dodała niemal bezgłośnie - chyba jest już za późno.
A jednak trzymała Lorraine w ramionach, tuląc ją znów do siebie, jakby wbrew własnym słowom próbując łabędzim śpiewem ocalić coś jeszcze. Choćby jedną duszę. Choćby cudzą przyszłość, skoro jej własna dawno już zaczęła się rozpadać w ciszy. A może to nie ona miała kogokolwiek ocalić. Może to ona potrzebowała ocalenia.