Widząc łzy w oczach Alice poczuła ukłucie zawodu, że nie udało im się znaleźć lepszego rozwiązania. Był to chyba jej najgorszy dzień w życiu i jeszcze nie mogła go zapamiętać. Pozwoliła jej ścisnąć swoją dłoń, ale nie była w stanie nic z siebie wydusić na pożegnanie. Moment, w którym Alice zniknęła pozostawiając ich dwójkę samych poczuła więcej obaw, niż jak wychodziła z łazienki. Nie spodziewała się, że dziewczyna zostawi ich samych i to przeraziło Aveline. Nie chciała zostawać z Codym sam na sam, ale teraz nie miała już wyboru. Patrzyła na niego z obawą w oczach, dlaczego miała mu zaufać, że naprawdę usunie jej tą pamięć? Dlaczego miała usiąść w tym fotelu i dać się pozbawić kontroli?
Gdy Cody wskazał fotel Ave przeniosła na niego wzrok swoich ciemnych oczu, zaschło jej w ustach i nadal miała posmak swojej zawartości żołądka, ale to nie była najważniejsza rzecz tym dniu. Z duszą na ramieniu usiadła w fotelu i w końcu odważyła się na niego spojrzeć. W oczach miała łzy, które próbowała powstrzymać przed ich opuszczeniem, pełne usta drżały z obawy przed tym wszystkim. Dłonie położyła na udach splatając je ze sobą. Przekrzywiła głowę w bok czując jak łzy zaczynają spływać jej po policzku. Nie była w stanie mówić, bo wiedziała, że jeśli tylko się odezwie zacznie głośno płakać lub wpadnie w histerię. Było jej okropnie smutno, że ich znajomość musiała się skończyć w tak brutalny, bolesny i straszny sposób. Czuła, że Cody ukrywał w sobie kogoś dobrego, ale został on zastąpiony widokiem krwi i utratą przytomności.
— Przykro mi. – szepnęła tylko, a potem on rzucił zaklęcie i Avelina poczuła jak ciemność zasłania jej oczy – straciła przytomność. Umysł opanował spokój, cisza, błoga niepamięć. Nie wiedziała, co działo się z jej ciałem, ale czuła spokój i było to dobre. Chciała, aby się nie kończyło. Chciała, aby trwało wiecznie.