14.01.2026, 15:08 ✶
– Coś tu błyska i chyba jest zakopane, płytko pod ziemią – odparła cicho. – Linki nie widzę. Nie wiem, co to dokładnie, bo się nie znam, a chyba wolę nie ryzykować sprawdzania dokładnie…
Już wolała przedzierać się przez krzaki i ciernie, bo jeśli pułapka była magiczna, to mogła zrobić wszystko, od odrzucenia po widowiskowe wysadzenie w powietrze.
– Po prostu przybiegnę z powrotem… a jeśli zacznę wyć, to będziecie wiedzieć, że coś nie tak – stwierdziła, chociaż całkiem wierzyła w to, że o ile jako człowieka by ją zauważyli, to jak wilk powinna być w stanie okrążyć ten budynek i nie dać się zobaczyć. Zwłaszcza że dotąd wszystko z tych dziwnych zapisków się sprawdzało, i jeśli miało tak być dalej… to się nie zorientują, a ona wiedziała, które miejsca omijać.
Z tej perspektywy nie widać było całej brały: ciężko było też ocenić rozmiary, bo część muru została zniszczona. Nie było to na pewno coś na miarę Hogwartu, może nie dorównywało też leżącemu gdzieś w pobliżu dworkowi Cape, ale z pewnością było posiadłością, może nawet zameczkiem… wiele, wiele lat temu. Wyglądało na to, że widzieli błyski przez jakieś okna na parterze, częściowo przysłonięte przez krzewy, w niezniszczonej części budynku, położonej w pobliżu dawnego wejścia. Zniszczenia z jednej strony tworzyły sporo kryjówek, z drugiej jednak ułatwiały im sprawę – dało się wnioskować, gdzie prawdopodobnie będą śpiący, bo o ile kłusownicy nie szykowali się teraz do odparcia szturmu i nie chowali po jakichś zakamarkach, to pewnie tkwili w tej części budowli, która była w najlepszym stanie.
– Jakieś preferencje, chłopcy? – rzuciła, oglądając się ku nim, a na słowa Lestrange kiwając tylko głową: na pewno jeśli wpadną na pisklaki, to ona miała więcej wiedzy niż którekolwiek z nich. Zasadniczo oba zadania wydawały się porównywalne pod względem ryzyka, więc nie pchała się koniecznie do jednego z nich, chociaż biorąc pod uwagę to, co wyczytała w zapiskach: raczej powinna iść do środka z Victorią. Wypadało jednak zapytać.
Sadwick wyglądał trochę tak, jakby miał nadzieję, że jego preferencją może być dokonanie szybkiej ewakuacji, a Apollo po prostu westchnął ciężko.
– Sprawdź lepiej, czy zobaczysz, ilu ich siedzi przy tym świetle, jak nie więcej niż dwóch, powinniśmy to ogarnąć z młodym i możecie zdejmować resztę. Ale jak więcej, lepiej, żebyśmy trzymali się razem.
– Jasne – zgodziła się bez protestów, nie wdając się w wyjaśnienia pod tytułem „dostałam dziwną wiadomość, przewidującą wydarzenia z dnia i nocy, i według niej wartowników będzie dwóch”. Zwłaszcza że naprawdę nie chciała ryzykować, że kogoś spotka krzywda, i planowała w końcu wszystko sprawdzić. – Powinnam wrócić za parę minut.
Znów zmieniła się w wilka, i chwilę później przedarła się przez krzewy, kierując się bliżej budynku. Nie podbiegała do wejścia, ale zbliżyła się nieco do krzaków, które rosły przy ścianie budynku, by upewnić się, że faktycznie w jednym z pomieszczeń na parterze płonie światło, a potem obiegła go, szukając innych wejść, a konkretnie tego jednego, które opisano w notatkach. Wróciła do całej grupy kilka minut później, okrężną drogą, nie chcąc, by gdyby ktoś wyjrzał przez to okno, dostrzegł, jak tu biegła.
– Okay, przy głównym wejściu prawie na pewno jakieś pieczęcie, nie pakowałabym się tamtędy, ale do środka da się dostać z drugiej strony, korzystając z zawalonego kawałka ściany. Do środka przez okno nie mogłam zajrzeć, ale słyszałam dwa głosy, na moje grają w karty, więc możecie ich zaskoczyć, chłopcy. Widać za to przez wejście kawałek dziedzińca i jestem pewna, że leży tam jakaś klatka, na moje za dużo zbiegów okoliczności, żeby to byli jacyś biwakowicze.
Już wolała przedzierać się przez krzaki i ciernie, bo jeśli pułapka była magiczna, to mogła zrobić wszystko, od odrzucenia po widowiskowe wysadzenie w powietrze.
– Po prostu przybiegnę z powrotem… a jeśli zacznę wyć, to będziecie wiedzieć, że coś nie tak – stwierdziła, chociaż całkiem wierzyła w to, że o ile jako człowieka by ją zauważyli, to jak wilk powinna być w stanie okrążyć ten budynek i nie dać się zobaczyć. Zwłaszcza że dotąd wszystko z tych dziwnych zapisków się sprawdzało, i jeśli miało tak być dalej… to się nie zorientują, a ona wiedziała, które miejsca omijać.
Z tej perspektywy nie widać było całej brały: ciężko było też ocenić rozmiary, bo część muru została zniszczona. Nie było to na pewno coś na miarę Hogwartu, może nie dorównywało też leżącemu gdzieś w pobliżu dworkowi Cape, ale z pewnością było posiadłością, może nawet zameczkiem… wiele, wiele lat temu. Wyglądało na to, że widzieli błyski przez jakieś okna na parterze, częściowo przysłonięte przez krzewy, w niezniszczonej części budynku, położonej w pobliżu dawnego wejścia. Zniszczenia z jednej strony tworzyły sporo kryjówek, z drugiej jednak ułatwiały im sprawę – dało się wnioskować, gdzie prawdopodobnie będą śpiący, bo o ile kłusownicy nie szykowali się teraz do odparcia szturmu i nie chowali po jakichś zakamarkach, to pewnie tkwili w tej części budowli, która była w najlepszym stanie.
– Jakieś preferencje, chłopcy? – rzuciła, oglądając się ku nim, a na słowa Lestrange kiwając tylko głową: na pewno jeśli wpadną na pisklaki, to ona miała więcej wiedzy niż którekolwiek z nich. Zasadniczo oba zadania wydawały się porównywalne pod względem ryzyka, więc nie pchała się koniecznie do jednego z nich, chociaż biorąc pod uwagę to, co wyczytała w zapiskach: raczej powinna iść do środka z Victorią. Wypadało jednak zapytać.
Sadwick wyglądał trochę tak, jakby miał nadzieję, że jego preferencją może być dokonanie szybkiej ewakuacji, a Apollo po prostu westchnął ciężko.
– Sprawdź lepiej, czy zobaczysz, ilu ich siedzi przy tym świetle, jak nie więcej niż dwóch, powinniśmy to ogarnąć z młodym i możecie zdejmować resztę. Ale jak więcej, lepiej, żebyśmy trzymali się razem.
– Jasne – zgodziła się bez protestów, nie wdając się w wyjaśnienia pod tytułem „dostałam dziwną wiadomość, przewidującą wydarzenia z dnia i nocy, i według niej wartowników będzie dwóch”. Zwłaszcza że naprawdę nie chciała ryzykować, że kogoś spotka krzywda, i planowała w końcu wszystko sprawdzić. – Powinnam wrócić za parę minut.
Znów zmieniła się w wilka, i chwilę później przedarła się przez krzewy, kierując się bliżej budynku. Nie podbiegała do wejścia, ale zbliżyła się nieco do krzaków, które rosły przy ścianie budynku, by upewnić się, że faktycznie w jednym z pomieszczeń na parterze płonie światło, a potem obiegła go, szukając innych wejść, a konkretnie tego jednego, które opisano w notatkach. Wróciła do całej grupy kilka minut później, okrężną drogą, nie chcąc, by gdyby ktoś wyjrzał przez to okno, dostrzegł, jak tu biegła.
– Okay, przy głównym wejściu prawie na pewno jakieś pieczęcie, nie pakowałabym się tamtędy, ale do środka da się dostać z drugiej strony, korzystając z zawalonego kawałka ściany. Do środka przez okno nie mogłam zajrzeć, ale słyszałam dwa głosy, na moje grają w karty, więc możecie ich zaskoczyć, chłopcy. Widać za to przez wejście kawałek dziedzińca i jestem pewna, że leży tam jakaś klatka, na moje za dużo zbiegów okoliczności, żeby to byli jacyś biwakowicze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.