14.01.2026, 17:05 ✶
Pani Grażyna poczuła, jak serce wali jej aż w uszach, kiedy Madame minęła ją bez słowa więcej i skierowała się ku kominkowi, jakby w salonie nie stał improwizowany ołtarzyk, jakby na stole nie leżał wieniec z resztek materiałów, a świeca nie czekała jeszcze niezapalona, ciężka od obietnicy i strachu. Grace stała nieruchomo, z rękami wyciągniętymi przed sobą, jak dziecko przyłapane na kradzieży ciastek – i to nie byle jakich!
Błagam Bogini, niech przestanie śmierdzieć, powtórzyła w myślach, teraz ciszej, ostrożniej, jakby sama modlitwa mogła sprowokować Madame do gniewu.
Aliénor była spokojna. To było najgorsze. Spokój Madame zawsze zwiastował burzę później, kiedy już człowiek się rozluźnił, uwierzył, że jakoś to będzie. Gosposia przełknęła ślinę i drżącą dłonią sięgnęła po świecę. Zapaliła ją szybko, jednym ruchem różdżki, bo tak ją uczono jeszcze w domu — żadnego zapałkowego mugolstwa przy rzeczach świętych. Knot zaiskrzył, płomień zadrżał, a do powietrza uniósł się zapach kadzidła: żywiczny, słodkawy, ciepły.
Przez ułamek sekundy Grace naprawdę uwierzyła, że to zadziała.
Ale nie zadziałało.
Smród był tam nadal. Leżał ciężko pod zapachem kadzidła, jak gnijące zwierzę przysypane bukietem kwiatów. Dym, popiół, coś kwaśnego, czego nie dało się nazwać — jakby spalone drewno wciąż pamiętało ogień. Kadzidło tylko go podkreśliło, wydobyło, sprawiło, że nozdrza szczypały jeszcze bardziej. Pani Grażyna poczuła, jak oczy zachodzą jej łzami.
Nie… proszę…
Bogini milczała.
Grace uklękła mimo wszystko, choć kolana bolały ją już od całego dnia biegania, dźwigania, sprzątania rzeczy, których nie dało się doczyścić. Splotła dłonie, szeptała modlitwę urywanymi zdaniami, bez ładu i składu. O dach nad głową. O spokój. O to, żeby Madame nie zwariowała. O to, żeby nie śmierdziało. Przede wszystkim, żeby nie śmierdziało.
Płomień świecy zatańczył, jakby chciał ją wysłuchać – i tylko tyle.
Gula zacisnęła gardło Polki, zadziałało w końcu u tylu osób. Czy to dlatego, że nie odważyła się zapalić świecy na Lammas? Tak... to na pewno dlatego. Matka odmówiła jej łaski. Matka opuściła ją teraz, tak jak ona opuściła Matkę przed dwoma miesiącami.
Sztywno odwróciła się do pani tego miejsca. Ukłoniła się ze zgiętą głową, nie mając śmiałości podnosić wzroku. Gdyby tylko zadziałało... Gdyby tylko... Czy tak właśnie straci tę pracę? Nie była pewna. Och gdybyż ten przeklęty dom po prostu spłonął! Mniej by było z tym całego ambarasu niż teraz, gdy ani go porzucić, ani do niego wrócić.
– Wybacz mi proszę. – wydukała z siebie cicho, trwając w niewygodnej pozycji, czekając na wyrok.
Błagam Bogini, niech przestanie śmierdzieć, powtórzyła w myślach, teraz ciszej, ostrożniej, jakby sama modlitwa mogła sprowokować Madame do gniewu.
Aliénor była spokojna. To było najgorsze. Spokój Madame zawsze zwiastował burzę później, kiedy już człowiek się rozluźnił, uwierzył, że jakoś to będzie. Gosposia przełknęła ślinę i drżącą dłonią sięgnęła po świecę. Zapaliła ją szybko, jednym ruchem różdżki, bo tak ją uczono jeszcze w domu — żadnego zapałkowego mugolstwa przy rzeczach świętych. Knot zaiskrzył, płomień zadrżał, a do powietrza uniósł się zapach kadzidła: żywiczny, słodkawy, ciepły.
Przez ułamek sekundy Grace naprawdę uwierzyła, że to zadziała.
Ale nie zadziałało.
Smród był tam nadal. Leżał ciężko pod zapachem kadzidła, jak gnijące zwierzę przysypane bukietem kwiatów. Dym, popiół, coś kwaśnego, czego nie dało się nazwać — jakby spalone drewno wciąż pamiętało ogień. Kadzidło tylko go podkreśliło, wydobyło, sprawiło, że nozdrza szczypały jeszcze bardziej. Pani Grażyna poczuła, jak oczy zachodzą jej łzami.
Nie… proszę…
Bogini milczała.
Grace uklękła mimo wszystko, choć kolana bolały ją już od całego dnia biegania, dźwigania, sprzątania rzeczy, których nie dało się doczyścić. Splotła dłonie, szeptała modlitwę urywanymi zdaniami, bez ładu i składu. O dach nad głową. O spokój. O to, żeby Madame nie zwariowała. O to, żeby nie śmierdziało. Przede wszystkim, żeby nie śmierdziało.
Płomień świecy zatańczył, jakby chciał ją wysłuchać – i tylko tyle.
Gula zacisnęła gardło Polki, zadziałało w końcu u tylu osób. Czy to dlatego, że nie odważyła się zapalić świecy na Lammas? Tak... to na pewno dlatego. Matka odmówiła jej łaski. Matka opuściła ją teraz, tak jak ona opuściła Matkę przed dwoma miesiącami.
Sztywno odwróciła się do pani tego miejsca. Ukłoniła się ze zgiętą głową, nie mając śmiałości podnosić wzroku. Gdyby tylko zadziałało... Gdyby tylko... Czy tak właśnie straci tę pracę? Nie była pewna. Och gdybyż ten przeklęty dom po prostu spłonął! Mniej by było z tym całego ambarasu niż teraz, gdy ani go porzucić, ani do niego wrócić.
– Wybacz mi proszę. – wydukała z siebie cicho, trwając w niewygodnej pozycji, czekając na wyrok.