15.01.2026, 02:18 ✶
Może i istniał alternatywny świat, w którym w Helloise było coś wartego pożerania. W tym życiu jednak wszelki potencjał, jaki mogła rozwinąć, zdecydowała się pożreć sama, zanim ktokolwiek zdążył położyć na nim łapy. Odrzuciła ambicję. Nauka, jaką uprawiała, miała służyć jej rozrywkom i zaspokojeniu własnej ciekawości, nie zbijaniu fortuny czy postępowi. Może i była wyjątkowo zdolną przyrodniczką, lecz wszystko, co tworzyła i odkrywała, czyniła dla siebie. Swoim apetytom służyła w pierwszej kolejności.
Leviathan zaś pobudzał jej apetyt. Czasem ocierał się o granicę tak bardzo, że czarownica przeklinała siebie za to, że jeszcze jej nie przekroczyła, tylko wciąż i wciąż pozwalała mu zbliżyć się, a potem odsunąć, zostawiając ją rozdrażnioną i głodną. Chciwie częstowała się tymi momentami, gdy znów przechodziły między nimi krótkie iskierki kuszącego podszeptu, który namawiał, żeby zagarnęła Leviathana więcej i więcej. Tylko trochę więcej — obróciła głowę tak, żeby i nos przytulić do jego skóry, odetchnąć nim, żeby na ten złudny moment tylko jego widzieć, słyszeć i czuć.
I choć mniej skupiona była na treści jego słów, więcej zaś na samym brzmieniu głosu, to część z nich mimowolnie przykuła jej uwagę.
— Na związek z uczucia nic nie da się poradzić? Co to znaczy nie da się? — zapytała, nie wiedząc, do jakiego scenariusza mógłby nawiązywać. — Lecz dobrze. — Ustami łaskotała policzek mężczyzny za każdym razem, gdy wydostawało się z nich kolejne znudzone słowo. — Przynieś mi nazwisko właściwego kawalera, którego rodzina nie będzie dbała o dzieci i nie spojrzy na nie jako na kolejny zasób na drzewie rodowym. Jeśli okaże się odpowiedni, zachowam go sobie, a później poszukam, gdzie jest… delikatny. — Zawiesiła głos; wargami odcisnęła na policzku ostatni ślad, głębszy i intencjonalny: pocałunek.
Lekko przyszło jej złożenie tej deklaracji, bo nie wierzyła, aby takie połączenie istniało. Jeśli jednak rzeczywiście Leviathan umiałby przedstawić jej kogoś obiecującego, nie zaszkodziłoby zerknąć. O ingerencje Rowle'ów nie obawiała się, przekonana — zapewne naiwnie — że jest zdolna osłonić się od ich niepożądanych wpływów.
— Twoja rodzina będzie miała z tobą ciężko, jeśli w każdym dookoła widzisz przede wszystkim słabości. Zupełnie jakbyś ty nie bywał delikatny. — Ułożyła dłoń na plecach czarodzieja i przez materiał szaty skrobnęła paznokciami tam, gdzie wiedziała, że znajdzie łuskę.
Leviathan zaś pobudzał jej apetyt. Czasem ocierał się o granicę tak bardzo, że czarownica przeklinała siebie za to, że jeszcze jej nie przekroczyła, tylko wciąż i wciąż pozwalała mu zbliżyć się, a potem odsunąć, zostawiając ją rozdrażnioną i głodną. Chciwie częstowała się tymi momentami, gdy znów przechodziły między nimi krótkie iskierki kuszącego podszeptu, który namawiał, żeby zagarnęła Leviathana więcej i więcej. Tylko trochę więcej — obróciła głowę tak, żeby i nos przytulić do jego skóry, odetchnąć nim, żeby na ten złudny moment tylko jego widzieć, słyszeć i czuć.
I choć mniej skupiona była na treści jego słów, więcej zaś na samym brzmieniu głosu, to część z nich mimowolnie przykuła jej uwagę.
— Na związek z uczucia nic nie da się poradzić? Co to znaczy nie da się? — zapytała, nie wiedząc, do jakiego scenariusza mógłby nawiązywać. — Lecz dobrze. — Ustami łaskotała policzek mężczyzny za każdym razem, gdy wydostawało się z nich kolejne znudzone słowo. — Przynieś mi nazwisko właściwego kawalera, którego rodzina nie będzie dbała o dzieci i nie spojrzy na nie jako na kolejny zasób na drzewie rodowym. Jeśli okaże się odpowiedni, zachowam go sobie, a później poszukam, gdzie jest… delikatny. — Zawiesiła głos; wargami odcisnęła na policzku ostatni ślad, głębszy i intencjonalny: pocałunek.
Lekko przyszło jej złożenie tej deklaracji, bo nie wierzyła, aby takie połączenie istniało. Jeśli jednak rzeczywiście Leviathan umiałby przedstawić jej kogoś obiecującego, nie zaszkodziłoby zerknąć. O ingerencje Rowle'ów nie obawiała się, przekonana — zapewne naiwnie — że jest zdolna osłonić się od ich niepożądanych wpływów.
— Twoja rodzina będzie miała z tobą ciężko, jeśli w każdym dookoła widzisz przede wszystkim słabości. Zupełnie jakbyś ty nie bywał delikatny. — Ułożyła dłoń na plecach czarodzieja i przez materiał szaty skrobnęła paznokciami tam, gdzie wiedziała, że znajdzie łuskę.
dotknij trawy