15.01.2026, 12:01 ✶
Przy pierwszym pytaniu Anthony zareagował natychmiastowo. Jego brwi poszybowały ku górze, zmarszczone czoło niosło więcej niepokoju niż każde słowo, które mógłby w tamtej chwili wypowiedzieć. Zaraz potem odetchnął z ulgą wtrącając się tylko między giełdę a morderstwo:
– Tak, tak mój drogi, o to właśnie mi chodziło. Pieniądze i krew, nierozerwalne ze sobą. – Znów skrót myślowy wysmyknął się z jego ust, lecz szybko po nim przyszło milczenie, przestrzeń na to, aby Elliott mógł otworzyć serce i rozsypać myśli jak perły na dębowej podłodze pośród marokańskich dywanów i ciężkich dębowych nóg zgromadzonych w gabinecie mebli.
Anthony słuchał i wzrastał w nadziei, karmił się nią zachłannie, zwłaszcza teraz, zmiękczony bankietem i kilkugodzinnym napięciem podlanym obficie bezsennością tysiąca planów kotłujących mu się w głowie. Był w nim i paranoiczny głos, że młodziutki kanclerz zbyt dokładnie wie co powiedzieć, aby poruszyć struny jego duszy, zbyt łatwo wpada w koleiny wartości i kierunków do jakich sam Shafiq chciałby dążyć. Mogło to być w pięknym stylu wyreżyserowane przedstawienie, ale Anthony chciał, tak rozpaczliwie chciał aby Malfoy mówił szczerze.
Skok wiary
– Jenkins jest banalna do zachwiania, a jednak najwidoczniej przeciwnik uważa za słuszne ją na tym stołku pozostawić. – Zauważył patrząc się na szklankę trunku, tym razem nie pijąc z niej ni kropli. Jego umysł już był zmęczony, potrzebował się skupić, potrzebował...
Ujął nasadę nosa w kciuk i zgięty palec wskazujący, próbując wyciszyć emocjonalną falę, która tylko przeszkadzała. Sentyment wobec dawnego stażysty przysłonić mogła prawdę, a jego pytanie rezonowało w Anthonym tak mocno, nawet jeśli zadane omyłkowo, w natłoku, w zmęczeniu, w próbie dotarcia do siebie wzajem.
– Opatrzyć ranę, przygotować reformę. Gruntowną, szczerą, opakowaną w złociste wdzianko samozadowolenia wszystkich kast. – Westchnął, tym razem ciężej mając poczucie dojmującego spóźnienia się z tym wszystkim o 6, 7 lat. – Nie przeszkadzało mi to, co było przed wojną, ale teraz ciężko nie zobaczyć wad tej strategii. Może być już za późno. Wolałbym, żeby nie było za późno. Wolałbym, żeby ludzi myślących tak jak Ty, myślących tak jak my było zdecydowanie więcej, choć wiesz jaka jest ludzkość... każdy uważa, że ratuje świat, problem polega na tym, że każdy ma swój własny pomysł na to jak to zrobić.
Podniósł się. Mimo wszystko, nie mógł usiedzieć w miejscu. Ileż razy już dreptał po tym gabinecie? Jak wiele razy zastanawiał się, która ścieżka byłaby tą właściwą? Jak wiele razy przekładał karty Coriolanusa, próbując strzepnąć myśl o tym, że czeka go taki sam los, a im mocniej próbował zerwać ten polepiony plaster, tym bardziej obsesyjnie zapadał się w nim.
– Rozmowa z Tobą zdaje się być rozmową z duchem, z widmowym trzydziestolatkiem, który powrócił świeżo do kraju i jako zastępca omshmu myślał, że zmieni świat. – potarł o siebie dłonie, jakby znów była na nich farba, czarna, lepka, piętno grzechu zaniechania. – I zrobiłem wiele, zrobiłem wszystko, żeby żyło mi się wygodnie. Mój czas wcale się nie skończył, jeszcze nie, ale czuję, że zmiękłem, że moja dłoń zawahałaby się przed ostatecznym pchnięciem. Powinniśmy zebrać się i... – zamarł, zatrzymał się w kroku, zatrzymał w myśli. Powinni przeprowadzić pucz. To oczywiste. Ale skąd pewność, że w ich szeregach nie będzie śmierciożerców? Skąd pewność, że przyczajeni zwolennicy Voldemorta nie liczą na to. Na czyste ręce. Na obalenie władzy czyjąś inną duszą. Tak bardzo bał się, że popełni błąd. Było to paraliżujące.
–... schronić pod płaszczem organizacji pozarządowej. Taki jest mój plan. Elegancka fundacja, wielkie inicjatywy pełne troski o przeciętnego obywatela, struktury... bliższe mugolskim partiom. Potrzebujemy wspólnego statku... – mimowolnie skrzywił się na tę metaforę, wszak z racji lęku przed wodą nienawidził tego środka transportu – Arki. – Skojarzenie zbyt mocno osadzone w kulturze judeochrześcijańskiej, Anthony jednak nie wątpił w oczytanie Malfoya i rozpoznanie intencji stojącej za tym porównaniem. – Myślałem o... Złotym Jabłku jako symbolu odrodzenia i skoncentrowaniu działań na Dolinie Godryka, jako przyczółku, sercu magicznej społeczności, ale też ostatniej zaporze chroniącej przed okropnościami, które zalęgły się w Kniei. Ta dziura w świecie... te widma... W tym miejscu jest coś co ściąga zło, a wyrwa może być powodem, dla którego ten szaleniec dysponuje obecnie tak wielką mocą – Dolina. Niedoścignione marzenie. Wieloletnia obsesja. Uciekł spojrzeniem ku oknu, nie szukając za nim jednak Londynu. Czy to było rozważne? Czy wciąż był rozważny, czy tylko racjonalizował swoje wybory? Może pytaniem nie powinno być, czy on ufa Elliottowi. Może powinien zapytać, czy ufa samemu sobie.
– Tak, tak mój drogi, o to właśnie mi chodziło. Pieniądze i krew, nierozerwalne ze sobą. – Znów skrót myślowy wysmyknął się z jego ust, lecz szybko po nim przyszło milczenie, przestrzeń na to, aby Elliott mógł otworzyć serce i rozsypać myśli jak perły na dębowej podłodze pośród marokańskich dywanów i ciężkich dębowych nóg zgromadzonych w gabinecie mebli.
Anthony słuchał i wzrastał w nadziei, karmił się nią zachłannie, zwłaszcza teraz, zmiękczony bankietem i kilkugodzinnym napięciem podlanym obficie bezsennością tysiąca planów kotłujących mu się w głowie. Był w nim i paranoiczny głos, że młodziutki kanclerz zbyt dokładnie wie co powiedzieć, aby poruszyć struny jego duszy, zbyt łatwo wpada w koleiny wartości i kierunków do jakich sam Shafiq chciałby dążyć. Mogło to być w pięknym stylu wyreżyserowane przedstawienie, ale Anthony chciał, tak rozpaczliwie chciał aby Malfoy mówił szczerze.
Skok wiary
– Jenkins jest banalna do zachwiania, a jednak najwidoczniej przeciwnik uważa za słuszne ją na tym stołku pozostawić. – Zauważył patrząc się na szklankę trunku, tym razem nie pijąc z niej ni kropli. Jego umysł już był zmęczony, potrzebował się skupić, potrzebował...
Ujął nasadę nosa w kciuk i zgięty palec wskazujący, próbując wyciszyć emocjonalną falę, która tylko przeszkadzała. Sentyment wobec dawnego stażysty przysłonić mogła prawdę, a jego pytanie rezonowało w Anthonym tak mocno, nawet jeśli zadane omyłkowo, w natłoku, w zmęczeniu, w próbie dotarcia do siebie wzajem.
– Opatrzyć ranę, przygotować reformę. Gruntowną, szczerą, opakowaną w złociste wdzianko samozadowolenia wszystkich kast. – Westchnął, tym razem ciężej mając poczucie dojmującego spóźnienia się z tym wszystkim o 6, 7 lat. – Nie przeszkadzało mi to, co było przed wojną, ale teraz ciężko nie zobaczyć wad tej strategii. Może być już za późno. Wolałbym, żeby nie było za późno. Wolałbym, żeby ludzi myślących tak jak Ty, myślących tak jak my było zdecydowanie więcej, choć wiesz jaka jest ludzkość... każdy uważa, że ratuje świat, problem polega na tym, że każdy ma swój własny pomysł na to jak to zrobić.
Podniósł się. Mimo wszystko, nie mógł usiedzieć w miejscu. Ileż razy już dreptał po tym gabinecie? Jak wiele razy zastanawiał się, która ścieżka byłaby tą właściwą? Jak wiele razy przekładał karty Coriolanusa, próbując strzepnąć myśl o tym, że czeka go taki sam los, a im mocniej próbował zerwać ten polepiony plaster, tym bardziej obsesyjnie zapadał się w nim.
– Rozmowa z Tobą zdaje się być rozmową z duchem, z widmowym trzydziestolatkiem, który powrócił świeżo do kraju i jako zastępca omshmu myślał, że zmieni świat. – potarł o siebie dłonie, jakby znów była na nich farba, czarna, lepka, piętno grzechu zaniechania. – I zrobiłem wiele, zrobiłem wszystko, żeby żyło mi się wygodnie. Mój czas wcale się nie skończył, jeszcze nie, ale czuję, że zmiękłem, że moja dłoń zawahałaby się przed ostatecznym pchnięciem. Powinniśmy zebrać się i... – zamarł, zatrzymał się w kroku, zatrzymał w myśli. Powinni przeprowadzić pucz. To oczywiste. Ale skąd pewność, że w ich szeregach nie będzie śmierciożerców? Skąd pewność, że przyczajeni zwolennicy Voldemorta nie liczą na to. Na czyste ręce. Na obalenie władzy czyjąś inną duszą. Tak bardzo bał się, że popełni błąd. Było to paraliżujące.
–... schronić pod płaszczem organizacji pozarządowej. Taki jest mój plan. Elegancka fundacja, wielkie inicjatywy pełne troski o przeciętnego obywatela, struktury... bliższe mugolskim partiom. Potrzebujemy wspólnego statku... – mimowolnie skrzywił się na tę metaforę, wszak z racji lęku przed wodą nienawidził tego środka transportu – Arki. – Skojarzenie zbyt mocno osadzone w kulturze judeochrześcijańskiej, Anthony jednak nie wątpił w oczytanie Malfoya i rozpoznanie intencji stojącej za tym porównaniem. – Myślałem o... Złotym Jabłku jako symbolu odrodzenia i skoncentrowaniu działań na Dolinie Godryka, jako przyczółku, sercu magicznej społeczności, ale też ostatniej zaporze chroniącej przed okropnościami, które zalęgły się w Kniei. Ta dziura w świecie... te widma... W tym miejscu jest coś co ściąga zło, a wyrwa może być powodem, dla którego ten szaleniec dysponuje obecnie tak wielką mocą – Dolina. Niedoścignione marzenie. Wieloletnia obsesja. Uciekł spojrzeniem ku oknu, nie szukając za nim jednak Londynu. Czy to było rozważne? Czy wciąż był rozważny, czy tylko racjonalizował swoje wybory? Może pytaniem nie powinno być, czy on ufa Elliottowi. Może powinien zapytać, czy ufa samemu sobie.