15.01.2026, 14:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.01.2026, 14:52 przez Christopher Rosier.)
– Jestem pewien, że w pracy poznałaś bardziej niegrzecznych chłopców. Ja po prostu… czasem lubię odrobinę chaosu. Inaczej życie byłoby nudne – stwierdził Christopher z rozbawieniem, zgodnie z prawdą zresztą, bo ostatnimi czasy nudził się rzadko. Pieniądze, kariera, duże możliwości, popularność, pochlebstwa, to wszystko sprawiało, że był tym zachłyśnięty przez ładnych kilka lat, ale z czasem wszystko zaczynało powszednieć, gdy naprawdę mało co wymagało wiele wysiłku. Kiedy możesz kupić wszystko, materialne rzeczy zaczynają tracić na wartości, zbyt łatwo przychodzące sukcesy tracą powab, ludzie wokół zdają się zlewać w masę, kiedy właściwie każdy chce twojej uwagi.
Przy okazji przelotnie przyszło mu do głowy, że może Victoria takich chłopców po prostu lubiła: taki był w końcu Rookwood, a Christopher Rosier nawet gdyby kogoś osobiście zamordował, wciąż byłby przy nim wzorem angielskiego, niemalże flegmatycznego dżentelmena. Na całe szczęście Chris naprawdę był zbyt pewny siebie, aby nagle zacząć się przejmować, czy to nie czyni gorszym, a i pomagał fakt, że popił tę absyntową nalewkę.
– Chciałabyś może usiąść? Może przynieść ci wody? – zapytał chwilę później, bo Victoria wbrew temu, co mówiła, zdawała się jeśli nie cierpieć na złe samopoczucie, to najmniej być zdezorientowaną i Christopherowi przyszło do głowy, że być może dodano czegoś do wina, które piła wcześniej. A może czary, którymi spowito oranżerię i czarne róże, miały jednak jakieś działanie, którego się nie domyślali wcześniej? Nim jednak Victoria zdążyła odpowiedzieć, pojawił się elf: „rozwrzeszczany”, o ile można było tak powiedzieć o wróżce, rozgniewany, zaplątany w ciemne włosy i jeszcze celowo ciągnący za czarne pukle, w ewidentnej złości.
– Przestań się szarpać, bo powyrywam ci skrzydła – zagroził, usiłując odplątać istotę, gdy ta umykała przed jego dłońmi. W odpowiedzi ponownie rozległo się gniewne bzyczenie, a elf zaczął okładać małymi piąstkami palce Christophera, kiedy ten ostrożnie odwijał włosy, spowijające elfią nogę. Faktycznie delikatnie, chyba jednak bardziej nie chcąc wyrwać włosów Victorii niż z troski o rozzłoszczonego rezydenta ogrodów. W końcu wróżka uniosła się w górę, po czym szarpnęła Rosiera za kołnierz, by jeszcze wyrazić swoje niezadowolenie i odleciała, wciąż wydając z siebie zirytowane odgłosy.
– Sądzisz, że to mógł być któryś z gości? To by wyjaśniało, czemu tam się złościł – spytał, nie patrząc już jednak za elfem, a utkwiwszy spojrzenie w Victorii, a kącik jego ust unosił się w uśmiechu. Nie opuścił i ręki, zamiast tego, ostrożnie poprawiając włosy panny Lestrange, rozczochrane przez tę walkę. – Trochę zniszczył ci fryzurę.
Przy okazji przelotnie przyszło mu do głowy, że może Victoria takich chłopców po prostu lubiła: taki był w końcu Rookwood, a Christopher Rosier nawet gdyby kogoś osobiście zamordował, wciąż byłby przy nim wzorem angielskiego, niemalże flegmatycznego dżentelmena. Na całe szczęście Chris naprawdę był zbyt pewny siebie, aby nagle zacząć się przejmować, czy to nie czyni gorszym, a i pomagał fakt, że popił tę absyntową nalewkę.
– Chciałabyś może usiąść? Może przynieść ci wody? – zapytał chwilę później, bo Victoria wbrew temu, co mówiła, zdawała się jeśli nie cierpieć na złe samopoczucie, to najmniej być zdezorientowaną i Christopherowi przyszło do głowy, że być może dodano czegoś do wina, które piła wcześniej. A może czary, którymi spowito oranżerię i czarne róże, miały jednak jakieś działanie, którego się nie domyślali wcześniej? Nim jednak Victoria zdążyła odpowiedzieć, pojawił się elf: „rozwrzeszczany”, o ile można było tak powiedzieć o wróżce, rozgniewany, zaplątany w ciemne włosy i jeszcze celowo ciągnący za czarne pukle, w ewidentnej złości.
– Przestań się szarpać, bo powyrywam ci skrzydła – zagroził, usiłując odplątać istotę, gdy ta umykała przed jego dłońmi. W odpowiedzi ponownie rozległo się gniewne bzyczenie, a elf zaczął okładać małymi piąstkami palce Christophera, kiedy ten ostrożnie odwijał włosy, spowijające elfią nogę. Faktycznie delikatnie, chyba jednak bardziej nie chcąc wyrwać włosów Victorii niż z troski o rozzłoszczonego rezydenta ogrodów. W końcu wróżka uniosła się w górę, po czym szarpnęła Rosiera za kołnierz, by jeszcze wyrazić swoje niezadowolenie i odleciała, wciąż wydając z siebie zirytowane odgłosy.
– Sądzisz, że to mógł być któryś z gości? To by wyjaśniało, czemu tam się złościł – spytał, nie patrząc już jednak za elfem, a utkwiwszy spojrzenie w Victorii, a kącik jego ust unosił się w uśmiechu. Nie opuścił i ręki, zamiast tego, ostrożnie poprawiając włosy panny Lestrange, rozczochrane przez tę walkę. – Trochę zniszczył ci fryzurę.