Brenna brzmiała na trochę zaskoczoną? Jakby nie spodziewała się tego, że Hjalmar wyjdzie i ją przywita, zaprosi do środka? Może była przemęczona? Albo cierpiała na tą samą przypadłość co Pandra, która mówiła jasno - niemożność usiedzenia na jednym miejscu. Obydwie kobiety pasowały do tej definicji, bo zarówno Prewettówna i Longbottom musiały biegać, skakać, świat ratować.
- Pączki to nie wszystko - odparł - Chociaż niektórzy zapewne zamknęliby mnie w jakiejś szafie za takie słowa - daleko szukać nie musiał, wszak jego ojciec był wielkim łakomczuchem.
- Tylko Tobie Brenno nic nie grozi za ugryzienie innego człowieka, a w moim przypadku to co innego - zaśmiał się jeszcze pod nosem. Kiedyś nie potrafił podchodzić do swojej przypadłości z uśmiechem, chociaż Pandora pomogła mu zrozumieć siebie i zaakceptować fakt, że likantropia wcale nie czyniła z niego gorszego człowieka. Był taki sam jak oni i nie miał zamiaru powodować cierpienia innym osobom. Tego się po prostu nie akceptowało.
W domu jednak było cieplej i o ile Brenna mogła odmawiać jakiegoś posiłku tak czegoś ciepłego do picia już nie. Hjalmar tego po prostu nie akceptował i nawet nie miał zamiaru słuchać żadnych wymówek, więc dobrze, że Longbottom poddała się temu założeniu - faktowi spożycia ciepłej herbaty.
- Tak, okna. Tylko okna. Mieliśmy dużo... - podrapał się po głowie, szukając odpowiedniego słowa - Szczęścia? Nie wiem czy można to nazywać szczęściem patrząc na ilość zła, które zostało wyrządzone sąsiadom i reszcie mieszkańców doliny. Już bym chyba wolał aby to mnie spotkało takie nieszczęście, aniżeli innych. Czym oni sobie zasłużyli na takie traktowanie? - pokręcił głową z niedowierzaniem. Niby minęło już parę tygodni, ale dalej tliła się to niewyjaśnione pytanie - dlaczego. Nordgersim nie znał na to odpowiedzi i nie potrafił podać żadnego argumentu, który miałby przemawiać za tak wielką przemocą, nienawiścią i pożogą, która została skierowana na Dolinę Godryka.
Hjalmar podążył za jej wzrokiem, spoglądając w kierunku okien. Zamyślił się na krótką chwilę, odcinając od rzeczywistości. Nie trwało to jednak zbyt długo, ponieważ Brenna wypowiedziała zaraz słowo klucz.
- Runy? Ruchome ślady? - zapytał, powracając pełnią uwagi w kierunku swojego dzisiejszego gościa - Możesz powiedzieć coś więcej o tym? - kontynuował, rzucając okiem w kierunku czajnika, który jasno komunikował, że nadeszła pora zrobienia herbaty.
Nordgersim czym prędzej ruszył aby przygotować im napitki, chociaż dalej słuchał jej słów i odpowiadał na jej pytania.
- W zasadzie to nic się nie dzieje. W sensie nic co mogłoby zwrócić moją uwagę. Żadnych run nie widziałem, dziwnych zjawisk też - tłumaczył, krzątając się po pomieszczeniu - Sąsiedzi też za dużo nie mówili... Ale może to wynikać z faktu, że nie jestem przecież tutejszy i mogą mi nie ufać. Zwłaszcza po tym wszystkim... - westchnął ciężko. Niczego złego nie robił, chciał być częścią tej społeczności, a ludzie jednak potrafili potraktować ich - przybyszy zza granicy - jako gorszy sort.
- Nie przepraszaj Brenno. Nie masz za co. Zawszę służę pomocą - zaraz ją zawrócił w swoich słowach, napełniając dwa kubki ziołową mieszanką, której źródłem były Islandzkie polany - Tak naprawdę to cieszę się, że jesteś, bo to tylko potwierdza mi jedno. Żyjesz, jesteś cała. To się liczy. Pandora też jest cała, co cieszy mnie niezmiernie - zalał do pełna, a następnie zastawił spodkami aby mogło się zaparzyć - Na Islandii spokojnie. Ojciec pisał, że nic się tam nie stało, chociaż nie zdradzałem mu zbyt wiele szczegółów. Nie chciałem aby panikował. Swoje lata już ma - lekko westchnął, zbierając się w kierunku Brenny.
Podszedł bliżej, stawiając kubki na blacie. Po chwili podstawił również dwa krzesła, co by mogli sobie przysiąść.
- Napar z Islandzkich ziół. Za kilka minut powinno być w porządku do picia - zakomunikował - W czym mogę Ci pomóc, Brenno? Masz może te runy? Bardzo mnie ten temat zaciekawił - przyznał, zasiadając wygodnie na swoim miejscu.