16.01.2026, 10:06 ✶
Brenna, paradoksalnie, była kimś, kto lubił szukać w ludziach dobrych cech i łatwo zaczynał kogoś lubić, a nawet darzyć mocniejszymi emocjami, a jednocześnie też kimś, kto miał skłonności do podejrzliwości. Można by pomyśleć, że to powinno się wykluczać, u niej jednak jakoś się łączyło – być może dlatego, że czujność i wietrzenie podstępów zakorzeniły się w niej pod wpływem pracy i wojny. Nie ufała więc tym zapiskom do końca: mimo tego, że przewidziały wypadek Lazarusa, chociaż zgodziły się fakty dotyczące drobnego wypadku w Ministerstwie i choć wszystko, co w nich się znalazła na temat kłusowników i ich kryjówki były zgodne z tym, do czego Brenna doszła po tygodniach mozolnej pracy, zbierania danych i ich analizowania.
Ale musiała zaryzykować. Sprawa była paskudna, zamieszano w nie mnóstwo osób, a w dodatku w grę wchodziła czarna magia. Dwóch ludzi, których ujęły w Londynie, było ewidentnie czarnoksiężnikami. Krwi jednorożców nie używało się do nieważnych rytuałów. A choć nie każdy czarnoksiężnik był śmierciożercą i mogli mieć do czynienia ot z nokturnowymi mętami… to nie mogła wykluczyć powiązań. Nie wspominając o tym, że chciała zamknąć tę sprawę, rozbić wreszcie całą siatkę – przecież w więzieniu siedziało już w sumie osiem osób, a to wciąż nie był koniec! – i móc skupić się na innych, bardzo palących rzeczach.
– Mam zamiar zastosować taktykę rozbrojenia… i mieć nadzieję, że będą stawiać opór, a wtedy będzie można z czystym sumieniem przejść do obijania mord – odparła Victorii pół żartem, pół serio. Zaklęcia rozbrajające i informacja o Ministerstwie były całkiem niezłym wstępem, ale miała szczerą nadzieję, że zdążą szybko znaleźć coś, co potwierdzi wszystkie podejrzenia. – Tak myślę, chłopcy pójdą w stronę światła… ehem, nie miało zabrzmieć to tak, jak to zabrzmiało… a my wejdziemy w głąb budynku i spróbujemy dopaść resztę, zanim się pozbierają. Powinnam być w stanie ich wywęszyć… mam nadzieję…
…poza tym sam rozkład budynku sugerował Victorii mniej więcej, gdzie pewnie da się spodziewać ludzi – wnioskując po tym, gdzie byli wartownicy, i która część wyglądała na najlepiej zachowaną – a i to, co zapisano w notatniku Brenny było zaskakująco dokładne.
*
Poprowadziła ich okrężną drogą do muru, przez który mogli przedostać się do środka, dzięki temu, że był częściowo zniszczony. Na szczęście nie wymagało to wspięcia na dużą wysokość, a jedynie podciągnięcia się – lub podsadzenia – i przeciśnięcia przez dziurę, która znajdowała się jakieś półtora metra nad ziemią. Na dziedzińcu, na który dostali się tą drogą, faktycznie leżała klatka, a nawet kilka klatek i gdy się zbliżyli, mogli dostrzec, że jedna nie była pusta: w środku siedziały dwie przytulone do siebie lunabelle. Brenna przez moment zrobiła taki ruch, jakby chciała iść je wypuścić, ale się powstrzymała. Jeszcze ktoś by ich zauważył – to mogło poczekać. A przynajmniej teraz mieli już pewność, bo była przekonana, że nawet jeśli to nie byli ich kłusownicy na trzymanie lunabelli w tak ciasnej klatce znajdzie się jakiś paragraf.
Opadła znów na wilcze łapy, gdy Apollo i Sadwick zaczęli się skradać ku światłu – wartownicy siedzieli w pomieszczeniu w pobliżu wejścia, drzwi do niego były lekko uchylone, i pewnie nie byłoby szans, aby przegapili kogoś, kto próbowałby dostać się tamtędy. Brenna i Victoria odbiły zaś na bok, do części budynku, która zachowała się najlepiej, przylegającej do częściowo zwalonej wieży.
Zapach ludzi był tu całkiem dobrze wyczuwalny…
Odrobina losowości
1 – trafiamy prosto do pomieszczenia, gdzie śpi dwóch panów
2 – jeden pan poczuł zew natury i prawie się z nim zderzamy, jak będzie wychodził w kalesonach
3 – natykamy się na gościa pijanego jak bela leżącego przy wejściu
4 – klatka z lelkiem wróżebnikiem wisi w pobliżu wejścia do budynku i ten się drze na ich widok
Ale musiała zaryzykować. Sprawa była paskudna, zamieszano w nie mnóstwo osób, a w dodatku w grę wchodziła czarna magia. Dwóch ludzi, których ujęły w Londynie, było ewidentnie czarnoksiężnikami. Krwi jednorożców nie używało się do nieważnych rytuałów. A choć nie każdy czarnoksiężnik był śmierciożercą i mogli mieć do czynienia ot z nokturnowymi mętami… to nie mogła wykluczyć powiązań. Nie wspominając o tym, że chciała zamknąć tę sprawę, rozbić wreszcie całą siatkę – przecież w więzieniu siedziało już w sumie osiem osób, a to wciąż nie był koniec! – i móc skupić się na innych, bardzo palących rzeczach.
– Mam zamiar zastosować taktykę rozbrojenia… i mieć nadzieję, że będą stawiać opór, a wtedy będzie można z czystym sumieniem przejść do obijania mord – odparła Victorii pół żartem, pół serio. Zaklęcia rozbrajające i informacja o Ministerstwie były całkiem niezłym wstępem, ale miała szczerą nadzieję, że zdążą szybko znaleźć coś, co potwierdzi wszystkie podejrzenia. – Tak myślę, chłopcy pójdą w stronę światła… ehem, nie miało zabrzmieć to tak, jak to zabrzmiało… a my wejdziemy w głąb budynku i spróbujemy dopaść resztę, zanim się pozbierają. Powinnam być w stanie ich wywęszyć… mam nadzieję…
…poza tym sam rozkład budynku sugerował Victorii mniej więcej, gdzie pewnie da się spodziewać ludzi – wnioskując po tym, gdzie byli wartownicy, i która część wyglądała na najlepiej zachowaną – a i to, co zapisano w notatniku Brenny było zaskakująco dokładne.
*
Poprowadziła ich okrężną drogą do muru, przez który mogli przedostać się do środka, dzięki temu, że był częściowo zniszczony. Na szczęście nie wymagało to wspięcia na dużą wysokość, a jedynie podciągnięcia się – lub podsadzenia – i przeciśnięcia przez dziurę, która znajdowała się jakieś półtora metra nad ziemią. Na dziedzińcu, na który dostali się tą drogą, faktycznie leżała klatka, a nawet kilka klatek i gdy się zbliżyli, mogli dostrzec, że jedna nie była pusta: w środku siedziały dwie przytulone do siebie lunabelle. Brenna przez moment zrobiła taki ruch, jakby chciała iść je wypuścić, ale się powstrzymała. Jeszcze ktoś by ich zauważył – to mogło poczekać. A przynajmniej teraz mieli już pewność, bo była przekonana, że nawet jeśli to nie byli ich kłusownicy na trzymanie lunabelli w tak ciasnej klatce znajdzie się jakiś paragraf.
Opadła znów na wilcze łapy, gdy Apollo i Sadwick zaczęli się skradać ku światłu – wartownicy siedzieli w pomieszczeniu w pobliżu wejścia, drzwi do niego były lekko uchylone, i pewnie nie byłoby szans, aby przegapili kogoś, kto próbowałby dostać się tamtędy. Brenna i Victoria odbiły zaś na bok, do części budynku, która zachowała się najlepiej, przylegającej do częściowo zwalonej wieży.
Zapach ludzi był tu całkiem dobrze wyczuwalny…
Odrobina losowości
1 – trafiamy prosto do pomieszczenia, gdzie śpi dwóch panów
2 – jeden pan poczuł zew natury i prawie się z nim zderzamy, jak będzie wychodził w kalesonach
3 – natykamy się na gościa pijanego jak bela leżącego przy wejściu
4 – klatka z lelkiem wróżebnikiem wisi w pobliżu wejścia do budynku i ten się drze na ich widok
Rzut 1d4 - 2
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.