16.01.2026, 16:40 ✶
– Może cię rozpoznał i próbował dokonać zemsty na najbliższym członku rodziny Lestrange? Wyrwanie włosów byłoby całkiem okrutne – stwierdził Rosier, choć z dużym prawdopodobieństwem nie mówił poważnie, a raczej żartobliwie. Uwierzył jej zresztą na słowo, że wróżka uleciała ku oranżerii.
Gest faktycznie był swego rodzaju przełamaniem jakiejś granicy, i złożyło się na niego chyba kilka rzeczy – trochę, że i tak już dotknął jej włosów, by uwolnić elfa, trochę rozluźniający, absyntowy posmak na języku, trochę że mimo wszystko nie był nieśmiałym chłopcem, a gdyby Victoria się mu nie podobała, przecież by jej tu nie zaprosił. Krył takie rzeczy rzadko, zwykle nawet będąc znacznie bardziej bezpośrednim – w przypadku Victorii chyba balansował, starając się nie przekraczać jakichś granic, bo i szkoda byłoby mu, gdyby nagle zaczęła go unikać, i sytuacja ze względu na cień Rookwooda była to pewnego stopnia delikatna (do czego, nawiasem mówiąc, zupełnie nie przywykł).
– Zawsze zdawałaś się raczej zdrowa na umyśle – powiedział, przypatrując się jej, gdy stwierdziła, że pewnie ma ją za wariatkę. Nie wiedział, nie mógł wiedzieć, o wspomnieniach, które wraz z energią zabrała z Limbo, ani o innych rzeczach, mieszających w głowie. Na pewno jednak, cokolwiek jej nie spotkało, nie dawała tego po sobie poznać. Nawet to nagłe wypadnięcie nie wydawało mu się tak dziwne: raczej sądził, że gorzej się poczuła, ewentualnie wyobraźnia podpowiadała inne teorie, włącznie z „coś się jej przypomniało i zmieniła zdanie odnośnie tańca”, ale żadna z nich nie zakładała, że Victoria Lestrange jest wariatką. – Słyszysz regularnie głosy, wzywające cię… na przykład do poprowadzenia armii i uważasz, że widujesz anioły? Cierpisz na regularne, trudne do wyjaśnienia ataki agresji i zaniki pamięci? I najważniejsze: odczuwasz trudne do opanowania chęci śledzenia dawnego partnera i przekupywania jego pracowników? – wyliczył, początkowo z powagą, choć przy ostatnim pytaniu na jego usta znów powrócił uśmiech, niewątpliwie przy ostatnich słowach pijąc do Cressidy. – Jeśli odpowiedź brzmi nie, z czystym sumieniem mogę zapewnić, że nie mam cię za wariatkę i wciąż chętnie z tobą zatańczę. Może być i tu, jeśli w środku nie czujesz się najlepiej.
Bo czemu nie? Byli na tyle blisko sali balowej, że słychać było cichą muzykę, która z tej dobiegała, a on był mimo wszystko wciąż młodym mężczyzną i kimś, kto uchodził trochę za ekscentryka – nie widział więc niczego, co mogłoby ich powstrzymać przed tańcem w Maida Valen, pośród czarnych róż.