06.03.2023, 15:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.03.2023, 15:19 przez Brenna Longbottom.)
Brenna sprawdzała w podlondyńskie miejscowości, zgłoszenie dotyczące konfliktu sąsiedzkiego. Sprawa była o tyle skomplikowana, że wprawdzie tylko jeden sąsiad przyprawił drugiemu sąsiadowi ośle uszy, a ten odwdzięczył się zamianą nosa drugiego w kartofla, ale zaklęcia zostały rzucone na oczach mugola. Oznaczało to więc jedno obliviate, długie uspokajanie obu stron konfliktu, próby przesłuchania, a na końcu dwa mandaty, wobec których obaj sąsiedzi nagle zostali najlepszymi przyjaciółmi, sprzymierzając się przeciwko tym okrutnym BUMowcom. Ponieważ już w połowie interwencji była zasadniczo po godzinach pracy, kiedy reszta zabrała oślouchego i ziemniakonosego do Munga, ona uznała, że to doskonały moment na przejście się do pobliskiego lasu.
Brenna zasadniczo denerwowała się dość rzadko, ale to był jeden z tych momentów, w których nie była pewna, czy powinna się wściekać, czy śmiać. Krótki spacer między drzewami wydał się jej więc doskonałym pomysłem.
Tyle że, oczywiście, nawet spacer w mugolskim lesie nie mógł być po prostu spokojny. Wiosną tego roku nad Brenną ciążyło chyba jakieś fatum.
Krzyk.
Głośny, przeraźliwy. To nie był krzyk kogoś, kto po prostu się bawi, chce zwrócić na siebie uwagę czy przestraszył się jakiegoś zwierzęcia albo przewrócił i skręcił kostkę. Zawibrował w uszach Brenny, bo już słyszała ludzi krzyczących w ten sposób. To był skowyt, bólu fizycznego lub psychicznego. Ktoś był ranny, ktoś rozpaczał, ktoś uciekał przed śmiertelnym zagrożeniem…
Natychmiast ruszyła biegiem. Wpadła pomiędzy krzaki, nie bacząc na to, że jakaś gałąź chlasnęła ją w twarz, rzepy doczepiły się do nogawek spodni, pajęczyna zaplątała we włosy. Wypadła na polanę już z różdżką w dłoni, i dostrzegła mężczyznę, również trzymającego różdżkę oraz…
…posąg?
A może… kobietę?
Wnioski – błędne niestety – nasunęły się jej natychmiast same. Najpierw kobiecy krzyk, potem męski krzyk, a potem zastała tu mężczyznę, i jego „tylko tu stoję!”, wcale Brenny nie przekonywało, że faktycznie tylko tu stał. Odruchowo machnęła różdżką, w próbie rzucenia expelliarmusa… i kiedy czar już pomknął, w próbie pozbawienia człowieka różdżki, Brenna go rozpoznała.
- Cholera! Carrow?! – zawołała. Wprawdzie nie byli na jednym roku, ani nawet w jednym Domu, ale jeśli miało się taki charakter jak ona – czyli próbowało wszędzie się pojawić, z każdym porozmawiać, i lubiło obserwować ludzi – ciężko było zupełnie nie zauważyć kogoś, z kim przez sześć lat mieszkałeś w jednym budynku. Nawet jeżeli tym budynkiem był ogromny zamek gdzieś w Szkocji. - Co tu się dzieje?!
Nie opuściła jednak różdżki. Nie od razu przynajmniej, bo sam fakt, że znała Samuela, nie oznaczał jednak, że na pewno nie zaatakował tej kobiety....
(kształtowanie)
Brenna zasadniczo denerwowała się dość rzadko, ale to był jeden z tych momentów, w których nie była pewna, czy powinna się wściekać, czy śmiać. Krótki spacer między drzewami wydał się jej więc doskonałym pomysłem.
Tyle że, oczywiście, nawet spacer w mugolskim lesie nie mógł być po prostu spokojny. Wiosną tego roku nad Brenną ciążyło chyba jakieś fatum.
Krzyk.
Głośny, przeraźliwy. To nie był krzyk kogoś, kto po prostu się bawi, chce zwrócić na siebie uwagę czy przestraszył się jakiegoś zwierzęcia albo przewrócił i skręcił kostkę. Zawibrował w uszach Brenny, bo już słyszała ludzi krzyczących w ten sposób. To był skowyt, bólu fizycznego lub psychicznego. Ktoś był ranny, ktoś rozpaczał, ktoś uciekał przed śmiertelnym zagrożeniem…
Natychmiast ruszyła biegiem. Wpadła pomiędzy krzaki, nie bacząc na to, że jakaś gałąź chlasnęła ją w twarz, rzepy doczepiły się do nogawek spodni, pajęczyna zaplątała we włosy. Wypadła na polanę już z różdżką w dłoni, i dostrzegła mężczyznę, również trzymającego różdżkę oraz…
…posąg?
A może… kobietę?
Wnioski – błędne niestety – nasunęły się jej natychmiast same. Najpierw kobiecy krzyk, potem męski krzyk, a potem zastała tu mężczyznę, i jego „tylko tu stoję!”, wcale Brenny nie przekonywało, że faktycznie tylko tu stał. Odruchowo machnęła różdżką, w próbie rzucenia expelliarmusa… i kiedy czar już pomknął, w próbie pozbawienia człowieka różdżki, Brenna go rozpoznała.
- Cholera! Carrow?! – zawołała. Wprawdzie nie byli na jednym roku, ani nawet w jednym Domu, ale jeśli miało się taki charakter jak ona – czyli próbowało wszędzie się pojawić, z każdym porozmawiać, i lubiło obserwować ludzi – ciężko było zupełnie nie zauważyć kogoś, z kim przez sześć lat mieszkałeś w jednym budynku. Nawet jeżeli tym budynkiem był ogromny zamek gdzieś w Szkocji. - Co tu się dzieje?!
Nie opuściła jednak różdżki. Nie od razu przynajmniej, bo sam fakt, że znała Samuela, nie oznaczał jednak, że na pewno nie zaatakował tej kobiety....
(kształtowanie)
Rzut PO 1d100 - 46
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.