17.01.2026, 18:45 ✶
Na jedno mocniejsze uderzenie serca wezbrał w niej gniew. Jak śmiał zwracać się do niej warknięciami, gdy wyciągała do niego rękę?
— Popełniasz błąd — powiedziała tylko głucho, przybierając maskę obojętności. Z wyniosłością odwróciła od niego głowę i sztywno patrzyła po tych ludziach, którzy budzili w niej tyle niechęci.
Nawet jeśli Leviathan nie chciał zdobywać się na szczerą otwartość, to szczera była troska, z jaką Helloise wstawiała się za nim u bogów. Znajdowała pocieszenie w tym, że nawet jeśli on wzbrania się, to ona otacza go w swoich intencjach opieką. Tego nie mógł odrzucić.
— Moje widma — powtórzyła za nim powoli, żeby lepiej usłyszał, co właściwie powiedział. — To nie tylko mój problem. To problem dla wszystkich, lecz ludzie są zbyt krótkowzroczni, aby to dostrzec. Jeśli pozostaną bierni, nadejdzie moment, gdy nie będą dłużej w stanie odwracać wzroku. Tymczasem zachowują się jak mugole, po ichniemu lekceważą zimię. To obłęd. — Helloise była zmęczona i sfrustrowana tym, jak szybko cichło zainteresowanie wokół lasu. Tym, jak nikt zdawał się nie brać problemu personalnie. Tym, że Spalona Noc przyćmiła zupełnie temat. — Nie wiem, czy rozwiązanie jest w jego zasięgu, ale wiem, że jego zasięg jest szerszy niż mój. Nie zaszkodzi przejrzeć dróg przeznaczenia Kniei. Jeśli wróżbita miałby znaleźć gdzieś w przyszłości lasu jakąkolwiek wskazówkę, niech mi ją przyniesie.
Bo tak samo jak i Leviathan, o wróżbach i bogach Helloise myślała podobnie. Szukała w nich nadziei. Nie odrzucała przewodnictwa, jakie w znakach ofiarowała Bogini — od nikogo innego przecież pochodzić nie mogły, jak od Stwórczyni.
— Spróbowałbyś o mnie zapomnieć — mruknęła gorzko.
Czarownica skryta częściowo za Leviathanem, wycofana pół kroku za mężczyznę, niekomfortowo intensywnie patrzyła na obsługującego go sprzedawcę, lecz nie odezwała się do kupca ani słowem. Uwagi o marnotrawieniu dnia świątecznego na przekupstwo pozostawiła dla siebie.
— Może są jeszcze popioły poukrywane po stodołach i strychach ruin — zastanowiła się na głos, gdy odeszli od stoiska, lecz niezbyt się na tym skupiała, znów była rozproszona, znów zgubiła temat. — Nie wiem, czy chcę tu być. — Podniosła wyczekująco oczy na towarzysza.
W dziwnej atmosferze umierało to lato w Londynie.
— Popełniasz błąd — powiedziała tylko głucho, przybierając maskę obojętności. Z wyniosłością odwróciła od niego głowę i sztywno patrzyła po tych ludziach, którzy budzili w niej tyle niechęci.
Nawet jeśli Leviathan nie chciał zdobywać się na szczerą otwartość, to szczera była troska, z jaką Helloise wstawiała się za nim u bogów. Znajdowała pocieszenie w tym, że nawet jeśli on wzbrania się, to ona otacza go w swoich intencjach opieką. Tego nie mógł odrzucić.
— Moje widma — powtórzyła za nim powoli, żeby lepiej usłyszał, co właściwie powiedział. — To nie tylko mój problem. To problem dla wszystkich, lecz ludzie są zbyt krótkowzroczni, aby to dostrzec. Jeśli pozostaną bierni, nadejdzie moment, gdy nie będą dłużej w stanie odwracać wzroku. Tymczasem zachowują się jak mugole, po ichniemu lekceważą zimię. To obłęd. — Helloise była zmęczona i sfrustrowana tym, jak szybko cichło zainteresowanie wokół lasu. Tym, jak nikt zdawał się nie brać problemu personalnie. Tym, że Spalona Noc przyćmiła zupełnie temat. — Nie wiem, czy rozwiązanie jest w jego zasięgu, ale wiem, że jego zasięg jest szerszy niż mój. Nie zaszkodzi przejrzeć dróg przeznaczenia Kniei. Jeśli wróżbita miałby znaleźć gdzieś w przyszłości lasu jakąkolwiek wskazówkę, niech mi ją przyniesie.
Bo tak samo jak i Leviathan, o wróżbach i bogach Helloise myślała podobnie. Szukała w nich nadziei. Nie odrzucała przewodnictwa, jakie w znakach ofiarowała Bogini — od nikogo innego przecież pochodzić nie mogły, jak od Stwórczyni.
— Spróbowałbyś o mnie zapomnieć — mruknęła gorzko.
Czarownica skryta częściowo za Leviathanem, wycofana pół kroku za mężczyznę, niekomfortowo intensywnie patrzyła na obsługującego go sprzedawcę, lecz nie odezwała się do kupca ani słowem. Uwagi o marnotrawieniu dnia świątecznego na przekupstwo pozostawiła dla siebie.
— Może są jeszcze popioły poukrywane po stodołach i strychach ruin — zastanowiła się na głos, gdy odeszli od stoiska, lecz niezbyt się na tym skupiała, znów była rozproszona, znów zgubiła temat. — Nie wiem, czy chcę tu być. — Podniosła wyczekująco oczy na towarzysza.
W dziwnej atmosferze umierało to lato w Londynie.
dotknij trawy