17.01.2026, 23:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2026, 23:38 przez Lorraine Malfoy.)
Unoszący się wokół dym kowenowych kadzideł przywodził Lorraine na myśl wnętrze Necronomiconu. Kadzidła w jej pokoju zaczynały się już dopalać, gdy w środku nocy przebudziła się, aby przelać na papier słowa. Słowa niewątpliwie natchnione, bo jak mogłaby inaczej wypowiedzieć wszystko to, co przeżyła? Wierzyła, że Anthony zrozumie. Przecież mówił językami, jakże mógłby nie zrozumieć? "Czarne skrzydła, czarne wieści. Ale skrzydła są białe. Białe skrzydła, białe ręce. Biały popiół, ale czarna sadza." Biel i czerń nie mogły dłużej służyć prostemu przeciwstawieniu. Nic nie było bowiem proste. Nie było już dobra, nie było zła. "Czarna już zapadła noc, ale jutro nastanie biały dzień..." A jednak biały dzień nie mógł był niewinny, nie gdy obnażał brzydotę skrytą przez czarną noc. Białym był przecież popiół, który sypał się z nieba, gdy wokół goreły pożary. "Poczerń białą dłoń czarnym popiołem", pisała więc, wierząc, że czarne ręce mogą stać się narzędziem pracy i troski, pochówku i odbudowy. Pisała w bełkotliwym natchnieniu, które w gruncie rzeczy było doskonale precyzyjnym, bo pokazywało, że to wszystko dookoła jest bełkotem. Dychotomie, na jakich zwykł opierać się świat, zawiodły. Przewidziała, że w końcu zawiodą. Sam jej to nie tak dawno powiedział. "Wszystko przewidziałaś, Lorraine." Przewidziała to, dlatego pobożność jej nie była nigdy jasna, bezpieczna ani kojąca. Była gęsta, ciężka, i oparta na obcowaniu z tym, co niepokojące, zakazane, graniczne. Zawsze opierała się bliżej doświadczenia niż doktryny, bliżej ciała i traumy niż teologii. "Znów będę miała białe włosy, ale ręce muszą być czarne. Wiele przed nimi pracy." Chcesz pomóc, a więc pomóż, chciała napisać. Nie przejmuj się, że nie możesz pomóc wszystkim. Jeżeli jednak chcesz za coś umierać, umrzyj za to właśnie. Umrzyj próbując. Bo przecież o tym mówił jej przed tygodniem ledwie, gdy spotkali się w jego posiadłości w Little Hangleton. "Postanowiłem umrzeć", mówił ze spokojem, w którym czuła ciężar nieprzespanych nocy i nieprzepracowanych traum. Wiedziała, że i tej nocy nie zmrużył oka. "Do łóżka, do łóżka!", prosiła więc, dokonując demontażu jego romantycznych wizji. Bo przecież umierać można było dopiero wtedy, gdy wcześniej spróbowało się żyć. Anthony próbował nadać sens swojemu bólowi poprzez ideę zamiast zwyczajnie go przeżyć. "Do łóżka! Do łóżka! Do łóżka! Ależ jestem zmęczona. Czy ty też jesteś zmęczony, kochany? Pomodlę się, żebyś wyśnił w tę czarną noc biały sen." Biały jak popiół, który spadł z nieba. Biały jak materiał jej sukni, jak jej palce poparzone gorącym woskiem. Mógł wyczuć, że są nienaturalnie ciepłe, gdy ujął wcześniej jej dłonie. Dłonie Lorraine zawsze były przecież zimnymi. Nawet wtedy, gdy składały się do żarliwej modlitwy, żeby wreszcie porzucił swoją męczeńską narrację.
"Porozmawiamy, kochany, ale nie nad czarno-białą szachownicą", pisała, wierząc, że Anthony musi wyjść poza czerń i biel kwadratowych pól. Przestać wpatrywać się w biel i czerń kafelków, którymi wyłożone były posadzki jego rezydencji. Przestąpić próg. Lorraine już go przestąpiła. "Nie porozmawiamy przy białej jabłoni ze sczerniałym pniem", pisała. Nie potrzebowała przecież konfrontacji z dawno minioną przeszłością, z traumą zapisaną w murach rodzinnego domu. Nie chciała widzieć się z Anthonym w Little Hangleton, nie po tym, co tam zaszło. Cieszę się, że napisałeś. Że i ty przeżyłeś tę noc. Nie każ mi jednak spotkać się z tobą w Little Hangleton, w domu mej matki. Nie wiesz, co tam przeżyłam... Spotkajmy się raczej w domu mej Matki. "W Whitecroft, białej zagrodzie zwęglonego na czerń serca Londynu." Lorraine wybrała przestrzeń rytualną, wspólnotową, w której ból stanowił część większego porządku, a nie był przeżywany osobiście. Bo to nie była wojna Anthony'ego. Nieważne, jak odpowiedzialnym by się nie czuł, to nigdy nie miała być wojna Anthony'ego.
Zrozumiała, że to właśnie chciała mu powiedzieć wtedy, gdy się spotkali. To nie jest twoja wojna. Nie było to oskarżenie ani próba odebrania mu sprawczości, lecz bolesne upomnienie, że wojna, którą ona widzi każdego dnia, nie jest abstrakcyjnym konfliktem ideologicznym. Upomnienie, ale i pocieszenie. Wojna była sumą ludzkich tragedii, które w statystykach były tylko liczbami. Ale gdyby wyszedł z biura, zobaczył ludzkie twarze, zamiast statystyk, być może odzyskałby wiarę, że wciąż można coś zmienić. Pomóc prawdziwie, choćby na chwilę, na moment. Bo co jego polityczna wojenka mogła obchodzić wszystkich tych ludzi? Nie było pośród nich ideologów ani generałów. Nie było strategów ani wojowników, którzy rzuciliby się w bój przeciwko wrogowi, skrywającemu tożsamość pod śmierciożerczą maską. Jakże zresztą walczyć z wrogiem, którego się nie zna? Lorraine znała twarze wszystkich, którzy gromadzili się w kowenie, poszukując wsparcia w wierze. Znała ich rodziny. Znała ich problemy, bo sama się z nimi mierzyła. Zwykli ludzie modlili się za zdrowie swoich dzieci. Modlili się za krótką zimę, w trakcie której głód nie zajrzy im w oczy, i żeby dach nad głową więcej nie przeciekał. Nie liczyły się dla nich polityczne przepychanki, gra o wpływy tych, którzy sprawowali władzę. Nie, ludzie modlili się po prostu o koniec wojny. Modlili się o pokój. Nie o tego, kto ten pokój zaprowadzi, ani na jakich zasadach to zrobi. W końcu zasady przeminą. Przeminie stary porządek, nastanie nowy, a jedynym co przetrwa, będą groby poległych bliskich. Jedyna strona, po jakiej można się było tak naprawdę opowiedzieć, była strona życia albo śmierci.
A Lorraine wybrała życie, chociaż otoczona była śmiercią.
Gdy więc przybiegła do niej Frida, Lorraine przyklękła przy niej na chwilę, ażeby nieumarła dziewczynka nie czuła się przytłoczona. Czule ucałowała swą przybraną córeczkę w czoło, zanim zachęciła ją, aby zaplotła rączki wokół jej szyi. Wystarczyło jej siły, żeby się podnieść. Pomóc Fridzie stanąć na ławce, żeby wydała się wyższą. Zaparło jej aż od tego wszystkiego dech w piersiach, chociaż to nie ghoulka była ciężka, tylko Lorraine była słaba. Zachwiała się, ale wystała, podtrzymując się ławki. Przez chwilę po prostu milczała, pozwalając Fridzie oswoić się z obecnością Anthony'ego. Wstyd był u dziecka naturalnym instynktem, tak jak i obawa przed tym, co obce. Ale Anthony nie musiał być obcy.
– To jest Frida – odezwała się w końcu, nie puszczając dziecinnej rączki. – A to jest Anthony. – Oczy Lorraine spoczęły na twarzy przyjaciela. Nie kwapiła się do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Wiedziała jednak, co mógł pomyśleć, gdy czule przygarnęła małą do siebie, zamiast pozwolić jej odejść.
Może dlatego uśmiechnęła się tylko.
Jeżeli Anthony martwił się o bycie widzianym w jej towarzystwie... Cóż.
– Chcesz, żebyśmy poszli do kapłanek, które opatrują właśnie rannych? Zorganizowano tutaj punkt pomocy. Ochotnicy szukają też zaginionych pośród zgliszczy... Zanotujesz wszystkie nazwiska. A ja opowiem ci w tym czasie o projekcie jadłodajni. Pomyślałam... Pomyślałam, że można spróbować zorganizować jakieś wsparcie.
Nie pierwszy raz zmuszała go do zastanowienia się, co tak naprawdę wie o głodzie. Dla Anthony'ego Shafiqa głód był imieniem jednego z legendarnych jeźdźców apokalipsy, imieniem, które przybrał, aby móc z niego żartować w gronie przyjaciół. Dla innych głód był rzeczywistością, tak jak rzeczywistością były wojna, pomór i śmierć.
"Porozmawiamy, kochany, ale nie nad czarno-białą szachownicą", pisała, wierząc, że Anthony musi wyjść poza czerń i biel kwadratowych pól. Przestać wpatrywać się w biel i czerń kafelków, którymi wyłożone były posadzki jego rezydencji. Przestąpić próg. Lorraine już go przestąpiła. "Nie porozmawiamy przy białej jabłoni ze sczerniałym pniem", pisała. Nie potrzebowała przecież konfrontacji z dawno minioną przeszłością, z traumą zapisaną w murach rodzinnego domu. Nie chciała widzieć się z Anthonym w Little Hangleton, nie po tym, co tam zaszło. Cieszę się, że napisałeś. Że i ty przeżyłeś tę noc. Nie każ mi jednak spotkać się z tobą w Little Hangleton, w domu mej matki. Nie wiesz, co tam przeżyłam... Spotkajmy się raczej w domu mej Matki. "W Whitecroft, białej zagrodzie zwęglonego na czerń serca Londynu." Lorraine wybrała przestrzeń rytualną, wspólnotową, w której ból stanowił część większego porządku, a nie był przeżywany osobiście. Bo to nie była wojna Anthony'ego. Nieważne, jak odpowiedzialnym by się nie czuł, to nigdy nie miała być wojna Anthony'ego.
Zrozumiała, że to właśnie chciała mu powiedzieć wtedy, gdy się spotkali. To nie jest twoja wojna. Nie było to oskarżenie ani próba odebrania mu sprawczości, lecz bolesne upomnienie, że wojna, którą ona widzi każdego dnia, nie jest abstrakcyjnym konfliktem ideologicznym. Upomnienie, ale i pocieszenie. Wojna była sumą ludzkich tragedii, które w statystykach były tylko liczbami. Ale gdyby wyszedł z biura, zobaczył ludzkie twarze, zamiast statystyk, być może odzyskałby wiarę, że wciąż można coś zmienić. Pomóc prawdziwie, choćby na chwilę, na moment. Bo co jego polityczna wojenka mogła obchodzić wszystkich tych ludzi? Nie było pośród nich ideologów ani generałów. Nie było strategów ani wojowników, którzy rzuciliby się w bój przeciwko wrogowi, skrywającemu tożsamość pod śmierciożerczą maską. Jakże zresztą walczyć z wrogiem, którego się nie zna? Lorraine znała twarze wszystkich, którzy gromadzili się w kowenie, poszukując wsparcia w wierze. Znała ich rodziny. Znała ich problemy, bo sama się z nimi mierzyła. Zwykli ludzie modlili się za zdrowie swoich dzieci. Modlili się za krótką zimę, w trakcie której głód nie zajrzy im w oczy, i żeby dach nad głową więcej nie przeciekał. Nie liczyły się dla nich polityczne przepychanki, gra o wpływy tych, którzy sprawowali władzę. Nie, ludzie modlili się po prostu o koniec wojny. Modlili się o pokój. Nie o tego, kto ten pokój zaprowadzi, ani na jakich zasadach to zrobi. W końcu zasady przeminą. Przeminie stary porządek, nastanie nowy, a jedynym co przetrwa, będą groby poległych bliskich. Jedyna strona, po jakiej można się było tak naprawdę opowiedzieć, była strona życia albo śmierci.
A Lorraine wybrała życie, chociaż otoczona była śmiercią.
Gdy więc przybiegła do niej Frida, Lorraine przyklękła przy niej na chwilę, ażeby nieumarła dziewczynka nie czuła się przytłoczona. Czule ucałowała swą przybraną córeczkę w czoło, zanim zachęciła ją, aby zaplotła rączki wokół jej szyi. Wystarczyło jej siły, żeby się podnieść. Pomóc Fridzie stanąć na ławce, żeby wydała się wyższą. Zaparło jej aż od tego wszystkiego dech w piersiach, chociaż to nie ghoulka była ciężka, tylko Lorraine była słaba. Zachwiała się, ale wystała, podtrzymując się ławki. Przez chwilę po prostu milczała, pozwalając Fridzie oswoić się z obecnością Anthony'ego. Wstyd był u dziecka naturalnym instynktem, tak jak i obawa przed tym, co obce. Ale Anthony nie musiał być obcy.
– To jest Frida – odezwała się w końcu, nie puszczając dziecinnej rączki. – A to jest Anthony. – Oczy Lorraine spoczęły na twarzy przyjaciela. Nie kwapiła się do udzielania jakichkolwiek wyjaśnień. Wiedziała jednak, co mógł pomyśleć, gdy czule przygarnęła małą do siebie, zamiast pozwolić jej odejść.
Może dlatego uśmiechnęła się tylko.
Jeżeli Anthony martwił się o bycie widzianym w jej towarzystwie... Cóż.
– Chcesz, żebyśmy poszli do kapłanek, które opatrują właśnie rannych? Zorganizowano tutaj punkt pomocy. Ochotnicy szukają też zaginionych pośród zgliszczy... Zanotujesz wszystkie nazwiska. A ja opowiem ci w tym czasie o projekcie jadłodajni. Pomyślałam... Pomyślałam, że można spróbować zorganizować jakieś wsparcie.
Nie pierwszy raz zmuszała go do zastanowienia się, co tak naprawdę wie o głodzie. Dla Anthony'ego Shafiqa głód był imieniem jednego z legendarnych jeźdźców apokalipsy, imieniem, które przybrał, aby móc z niego żartować w gronie przyjaciół. Dla innych głód był rzeczywistością, tak jak rzeczywistością były wojna, pomór i śmierć.