17.01.2026, 23:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.01.2026, 23:52 przez Cain Fawley.)
Gabriel był tamtego poranka dziwnie cichy. Cain bał się jego ciszy bardziej niemal niż krzyków - przypominał mu wtedy obrażone dziecko, ducha rozwydrzonego nastolatka obróconego do niego plecami w trakcie kolacji, przypominającego mu okrutnie o tym, że już go nie kocha. Cain stał pół dnia w wąskim korytarzu swojego mieszkania i z poderwaną ku sufitowi głową nasłuchiwał w nadziei na jakikolwiek dźwięk. Strych był jednak spokojny, a Gabriel nie płakał, nie wzywał imienia Abla i wzmagał złośliwych porywów upiornego wiatru, który zwykł szarpać poluzowanymi deskami podłogi; nie było rozpaczań ni wściekłych przekleństw. Cisza stawała się lepka i nieprzyjemnie kleiła się do podniebienia. Cain przełknął powietrze, nagle nieznośnie świadomy własnych uczuć, tego dziwnie tępego kłucia w klatce piersiowej, które wzmagało się, ilekroć wracał wzrokiem do sufitu i ilekroć sięgał dłonią do kieszeni spodni, gdzie tkwił zwinięty w niedbałą kulkę list. Szóstego września, po dziesiątej, ogrody. Stał w korytarzu, gdzieś pomiędzy jedną martwą przyjaźnią a drugą — gdzieś pomiędzy cierpkim wspomnieniem tęsknoty a gniewem zdesperowanego dziecka. Czasem zastanawiał się, czy gdyby Dægberht nie zniknął z jego życia, to jego duch cierpiałby dziś na tym strychu. Abel, choć głupi i pozbawiony wyobraźni, nigdy przecież nie chciał zabijać Gabriela — zrobił to z miłości, Cain był tego pewien, bo w snach miłość ta zdążyła odcisnąć się też na nim. Czym więc byłaby kolejna taka śmierć, kolejna miłość przerwana przypadkowym dźgnięciem? Pamiętał, że gdy widzieli się ostatni raz, był na niego tak wściekły, że od krzyku rozbolało go gardło.
Mimo to chciał go zobaczyć. Kiedyś wydawało mu się, że jego przyjaciel ma twarz człowieka z obrazu - twarz o miękkich oczach wpatrzonych wiecznie w horyzont. I chyba brakowało mu tego widoku, choć był to rodzaj sentymentalności, której usilnie starał się w życiu unikać. Zastanawiał się, czy tęsknota przystoi ludziom jego pokroju, czy stracił być może przywilej bolącego serca w dni, w którym pierwszy raz poczuł, jak Nokturn zamyka się za nim wąskimi wieńczeniami ulic, niczym drzwi do nowego domu. Młody Flint klękał jednak w obiecanym miejscu, nachylając się nad głowami czarnych róż, a on poczuł krótki dreszcz, drobny impuls nostalgii gdzieś pod ostatnim żebrem po lewej stronie.
- Nadal nie jestem pewien, Flint. Widywałem już całkiem rozmownych nieboszczyków.
Zdziwiło go to, jak obca wydała się jego bliskość. Gdy się wyprostował, Cain obrócił się ku niemu, chcąc stanąć z nim twarzą w twarz i skrócić choćby na chwilę dystans, który rósł między nimi od czasu, kiedy widział się ostatni raz.
Zmienił się, choć żaden z nich nie był w stanie określić jak właściwie. Był być może starszy lub bardziej zmęczony, być może miał smuklejszą twarz lub o dwie blizny więcej. Oczy miał jednak wciąż takie same, a Cain postanowił, iż nie pozwoli im uciec. Wpatrywal się więc w nie niemal bezczelnie, mrużąc jedynie swoje na dźwiek kolejnych słów. Przez myśl przeszło mu, że Flint zawsze składał się z miękkich linii, podczas gdy on stanowił obraz samych kątów ostrych. Nawet teraz stanowił jego przeciwieństwo — w swoich prostych czerniach, wąskich rysach i gładko sczesanych z czoła włosach; w swoim zapachu kadzideł i dymu, w tej dziwnie sztywnej, przybrudzonej elegancji, która przywodziła na myśl ciemny dom jego rodziny. Nie kojarzył się z wolnością ni ze słońcem, nigdy też nie pachniał morzem w sposób, który zwykł otulać Dægberhta.
- Tak o mnie myślisz? - wtrącił, gdy przyjaciel brał głębszy oddech. Jego głos brzmiał łagodnie, w lekki uśmiechu było jednak coś prześmiewczego, jakaś zgniła nuta - nie fałszu, lecz zepsucia. - Nie będę kłamał, mój drogi, zabolało mnie to - Kiedy odczytał jego list, irytacja rosła mu pod językiem. Prychnął więc i zwinął go w kulkę - kulkę którą nadal trzymał w kieszeni spodni. - Nigdy nie interesowała mnie bezsensowna destrukcja w imię cudzych ideałów - mówił cicho, powoli dobierając słowa. - Byłem pewien, ze ty bardziej niż ktokolwiek inny zrozumiesz, że to nie jest moja walka.
Wahał się chwilę, nim podał mu dłoń. Uścisk był ciepły, lecz był w nim pewien dystans i Cain musiał przerwać go kolejnym, krótkim uśmiechem.
- O nas - powtórzył z przekąsem. - Myślałeś o tym, ilu wiernych planujemy zabić? O tym, ile domów w Dolinie udało nam się spalić? - Przechylił lekko głowę, przyglądając mu się z ukosa. - A może to zwykła, marynarska tęsknota?
Mimo to chciał go zobaczyć. Kiedyś wydawało mu się, że jego przyjaciel ma twarz człowieka z obrazu - twarz o miękkich oczach wpatrzonych wiecznie w horyzont. I chyba brakowało mu tego widoku, choć był to rodzaj sentymentalności, której usilnie starał się w życiu unikać. Zastanawiał się, czy tęsknota przystoi ludziom jego pokroju, czy stracił być może przywilej bolącego serca w dni, w którym pierwszy raz poczuł, jak Nokturn zamyka się za nim wąskimi wieńczeniami ulic, niczym drzwi do nowego domu. Młody Flint klękał jednak w obiecanym miejscu, nachylając się nad głowami czarnych róż, a on poczuł krótki dreszcz, drobny impuls nostalgii gdzieś pod ostatnim żebrem po lewej stronie.
- Nadal nie jestem pewien, Flint. Widywałem już całkiem rozmownych nieboszczyków.
Zdziwiło go to, jak obca wydała się jego bliskość. Gdy się wyprostował, Cain obrócił się ku niemu, chcąc stanąć z nim twarzą w twarz i skrócić choćby na chwilę dystans, który rósł między nimi od czasu, kiedy widział się ostatni raz.
Zmienił się, choć żaden z nich nie był w stanie określić jak właściwie. Był być może starszy lub bardziej zmęczony, być może miał smuklejszą twarz lub o dwie blizny więcej. Oczy miał jednak wciąż takie same, a Cain postanowił, iż nie pozwoli im uciec. Wpatrywal się więc w nie niemal bezczelnie, mrużąc jedynie swoje na dźwiek kolejnych słów. Przez myśl przeszło mu, że Flint zawsze składał się z miękkich linii, podczas gdy on stanowił obraz samych kątów ostrych. Nawet teraz stanowił jego przeciwieństwo — w swoich prostych czerniach, wąskich rysach i gładko sczesanych z czoła włosach; w swoim zapachu kadzideł i dymu, w tej dziwnie sztywnej, przybrudzonej elegancji, która przywodziła na myśl ciemny dom jego rodziny. Nie kojarzył się z wolnością ni ze słońcem, nigdy też nie pachniał morzem w sposób, który zwykł otulać Dægberhta.
- Tak o mnie myślisz? - wtrącił, gdy przyjaciel brał głębszy oddech. Jego głos brzmiał łagodnie, w lekki uśmiechu było jednak coś prześmiewczego, jakaś zgniła nuta - nie fałszu, lecz zepsucia. - Nie będę kłamał, mój drogi, zabolało mnie to - Kiedy odczytał jego list, irytacja rosła mu pod językiem. Prychnął więc i zwinął go w kulkę - kulkę którą nadal trzymał w kieszeni spodni. - Nigdy nie interesowała mnie bezsensowna destrukcja w imię cudzych ideałów - mówił cicho, powoli dobierając słowa. - Byłem pewien, ze ty bardziej niż ktokolwiek inny zrozumiesz, że to nie jest moja walka.
Wahał się chwilę, nim podał mu dłoń. Uścisk był ciepły, lecz był w nim pewien dystans i Cain musiał przerwać go kolejnym, krótkim uśmiechem.
- O nas - powtórzył z przekąsem. - Myślałeś o tym, ilu wiernych planujemy zabić? O tym, ile domów w Dolinie udało nam się spalić? - Przechylił lekko głowę, przyglądając mu się z ukosa. - A może to zwykła, marynarska tęsknota?
Rzut Z 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana