Istotnie, od dawien dreszcz emocji nie przemknął po jej plecach na palcach, znacząc linię kręgosłupa gęsią skórką; od dawien ekscytacja nie przedreptała rumieńcem po jej twarzy; od dawien nie poczuła tego charakterystycznego ścisku gdzieś na dnie żołądka, gdy sprawy zaskakiwały ją swym obrotem. Lubiła twierdzić, iż widziała już absolutnie wszystko, a żaden spośród szkopułów wszechrzeczy nie był w stanie ujrzeć jej oczu otwartych szeroko i oddechu przyspieszonego, w rytmie z biciem zaklętego w marazm serca. Prawdopodobnie dlatego uniosła wysoko brwi, zupełnie jakby widziała go po raz pierwszy – choć niejednokrotnie mijała się z nim na korytarzach hogwardzkich, pośród gęsto rozwieszonych kandelabrów i atmosfery, w której unosił się miałki pył czasu. Nagle spojrzała jednak na niego inaczej, niż ze standardowym sobie znudzeniem; nagle wydawała się być niebanalnie zainteresowana.
– Jedynie martwe ptaki – odparła enigmą na jego pytanie, naciągając na ramiona marynarkę, która uwydatniała jej barki bardziej, aniżeli świadczyła wychudła fizjonomia. Dekolt, odrobinę zbyt duży, aby został na bankiecie uznany za stosowny i przykładny, ukazywał wydatnie ten mostek, w którego sam środek skinął.
Ruszyła za nim bezsłownie, lawirując między zebraną ciżbą czarodziejów o twarzach poruszonych jak te wykrzywione maski weneckie. Wartościowała okazy emocji rozgrywające się na ich scenach; po każdym była w stanie wywnioskować, jakie karty dzierżył w dłoni, gdyż istotnie tą osławioną pokerową twarzą mało kto był w stanie się poszczycić. Po chwili jednak, spojrzenie utkwiła w jego plecach; przerastał ją jedynie o mikre centymetry, gdyż niewysokie obcasy, których stukot zwiastował jej ciężką w obyciu obecność, pozwalały jej mierzyć dumne metr osiemdziesiąt kostuchy o zapadłych policzkach i oczach wielkich, acz mętnych.
Usiadła przy stole powleczonym brudnozielonym suknem, wzrok na moment zatrzymując w oczętach błyskającego kryształem żyrandola. Przyjąwszy szklankę wypełnioną whisky, nieomal natychmiastowo uniosła ją do warg, chcąc poczuć cokolwiek; nawet, jeśli miałby to być cierpki smak rozlewający się po ustach.
Jakkolwiek bardzo by to wypierała – poczuła coś na kształt ekscytacji; zwłaszcza, gdy Leviathan zaproponował zakład; a zakłady przecież okrutnie lubiła. Wreszcie poczuła ten dreszcz emocji, żaden jednak z całunów nie odbił się na jej obliczu, zaklętym nieomal jak zawsze w mglistą otchłań bez wyrazu.
– Wchodzę – odparła miękko. – Tylko nie płacz potem – dodała po chwili namysłu, biorąc karty w dłoń.
Zatopiła w skupieniu wzrok w figurach tańczących na kartach, uwydatnionych w umyśle przez sowite procenty krążące w żyłach bezpardonowo.