Puściła do Jonathana oko w odpowiedzi, bo oto była okazja by porozmawiać i zamierzała pokazać się dokładnie z tej strony, z której głównie znał ją Anthony, czyli psotnej, a przynajmniej do pewnego stopnia. W jej naturze było coś z kota, który lubił czasem zrzucić z blatu jakąś figurkę, a potem udawać, że to wcale nie on, a pies zbyt entuzjastycznie machnął ogonem – a ona mogła przyglądać się jak świat płonie… lecz nie dosłownie, bo to co działo się podczas Spalonej Nocy było inną kategorią: tą, która ściskała za serce.
– A to nie, dywanu ze sobą nie przywiozłam – parsknęła, ale faktycznie zgodnie z prawdą. Były całkiem zabawne te dywany, powszechne w jej rodzinnych stronach, ale orientowała się w kulturze Anglii na tyle, by wiedzieć, że to nie ten klimat. – Za to całe paczki najlepszej kawy – bo ta, którą można było dostać w Wielkiej Brytanii jakoś nie spełniała jej standardów smakowych.
– Spokojnie, nie zostaję tam sama – nie przejmowała się tak tym, że nie spała w domu, a na wykopaliskach, bo była do tego zupełnie przyzwyczajona. – Tony, jestem przyzwyczajona do spania na wykopaliskach, to bardzo nieekonomiczne dla wolnego czasu tak krążyć pomiędzy obozem a domem, zwłaszcza jak pracowałam w Egipcie. Tu jest zresztą podobnie. Do tej pory zostawałam na kilka dni w Walii, a potem wracałam pomóc dziadkom i tak w kółko – nie żeby jej pomocy faktycznie potrzebowali, chodziło o to, że chciała spędzać z nimi czas, skoro już miała ich tak blisko. Tylko o to chodziło. – Po prostu… Nie jesteśmy w stanie spać w tym domu. Cal zidentyfikował runę, która zaburza nasz sen, więc moi dziadkowie są teraz w domu Minervy w Hogsmeade, nie śpią w Pangbourne, a ja na noc wracam do Walii – rzucała tak imionami, nie będąc nawet pewna czy Anthony nadąży za tym o kim mówi, o Jonathanie nie wspominając, ale nie przejmowała się tym wcale. Pewnie sama mogłaby zostawać na noc w domu ciotki, która i tak w roku szkolnym w nim nie mieszkała, ale Ginny po prostu wolała, być może z przyzwyczajenia, zostawać już w obozie. Choć po prawdzie wielkim czynnikiem było tutaj to, jak źle czuła się po teleportacji, unikała wiec jej jak ognia, a na wykopaliskach nie mieli kominka, którym mogłaby się szybko przenieść dokąd tylko chciała.
– Badamy ruiny wioski, która przed wiekami zamieszkała była w pełni przez czarodziejów – odpowiedziała Jonathanowi i uśmiechnęła się nieznacznie. Nie była to tajemnica, pisali o tym nawet w gazecie, ale było to kilka miesięcy temu. Zainteresowani tematem archeologii mogli o tym pamiętać, ale reszta raczej nie bardzo i rozumiała to w zupełności. Ale co tam znaleźli, to już nie zamierzała mówić. – I… Proszę, bez pani, mam na imię Ginevra – zmrużyła lekko oczy w uśmiechu, podając jedną z odmian jej imienia Jonathanowi, który i tak doskonale wiedział jak ma na imię.
A potem kiwnęła głową.
– Ach, więc to to miał na myśli Lazarus – powiedziała w końcu i uśmiechnęła się trochę jak taki kot, który właśnie upolował wróbelka. – Wasz nowy nabytek, hmm? – z Lazarusem połączyła ją jedna nocna przygoda… choć zupełnie nie w tym kontekście, a faktycznie przygoda nocowania podczas wielkiej burzy w środku lasu w, jak się później okazało, nawiedzonym domu, skąd nie byli się w stanie nawet teleportować aż do rana. Niewiele rozmawiali o sobie, ale te kilka zdań, jakie wypowiedział Lovegood okazało się niemałą skarbnica wiedzy teraz, gdy już otrzymała klucz do skrzynki.
Sięgnęła po pustą już filiżankę Anthonego, mając w pamięci to, o co chciał zapytać sploty magii, i wprawnym gładkim ruchem, lewą dłonią okręciła ją trzy razy w stronę przeciwną niż wskazówki zegara. Zgarnęła drugą ręką spodeczek, by przykryć filiżankę i odwrócić ją na chwilę do góry nogami.
Filiżanka (nagroda za pracę)
– Będzie pan zadowolony – odparła, przenosząc jasnobrązowe oczy na Anthonego. – Za twoją ciężką pracę przyjdzie satysfakcjonująca nagroda.
A potem spojrzała to na jednego, to na drugiego, przeciągle.
– No dobrze, widzę, że coś się święci. Czemu mam tę przyjemność, skoro nie chodzi o moje… papiery? – zresztą i tak nie sądziła, że to dlatego byli tu we dwóch.