Od samego początku uprzedzała Borgina, jak wygląda sytuacja związana z jej sprawnością fizyczną. Była raczej balastem, który najwygodniej było zostawić, na szczęście mężczyzna nie chciał tego zrobić. Jeszcze ten pająk, jakby samo to, że nie mogła za nim nadążyć nie wystarczało. Zdecydowanie nie tak miał wyglądać ten spacer. Musiała jednak zacisnąć zęby i bez względu na przeciwności losu iść dalej, w końcu mieli do znalezienia kwiat.
Nie widziała jego reakcji, gdy złapała go za rękę. Może to nawet i lepiej, samo to, że wykonała ten gest było dla niej raczej zawstydzające, jednak za bardzo się bała tego, co było wokół, żeby się tym martwić. Grunt, że nie odrzucił jej dłoni, po raz kolejny okazało się, że faktycznie mogła na niego liczyć. Było to pokrzepiające.
- Może faktycznie to to, czego szukamy, wtedy będziemy mogli wyjść już z tego lasu.- Zastanawiało ją, dlaczego wszyscy tak bardzo zachwalali te spacery podczas Lithy w poszukiwaniu kwiatu paproci. Jak na razie nie widziała w tym nic atrakcyjnego, było to ciemno, zimno, jakieś stwory łaziły po twarzy, kto w ogóle wymyślił taką atrakcję? - Tak, sprawdźmy to.- Cały czas szła za Borginem, gdyby coś spadło z drzewa, wybiegło z lasu, to on byłby na pierwszej linii ataku, mogłaby jeszcze ewentualnie uciec przed niebezpieczeństwem.
- Jasne, nie krępuj się.- Rzekła jeszcze, kiedy postanowił sięgnąć po różdżkę. Był to całkiem mądry pomysł. Światło gwiazd średnio im wystarczało do oświetlenia drogi, takie lumos na pewno im tutaj nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie, może pomoże znaleźć to, po co się tutaj znaleźli.
Zaklęcie które rzucił oświetliło drogę, nie będą musieli iść po omacku, może dzięki temu będą w stanie szybciej przeczesać las. Stella ciągle szła za Stanleyem. Ruszył przodem, musiała jakoś wleźć tuż za nim na wzniesienie, aby znaleźć się przy drzewie, nie było to łatwe zadanie dla takiej pierdoły jak ona. Odetchnęła głęboko. Raz kozie śmierć. Jakoś udało jej się do niego wdrapać, właściwie to nie było, aż tak strasznie trudne zadanie, jak się jej wydawało na samym początku. Światło, które zauważyła miało być już niedaleko, czyżby mityczny kwiat faktycznie znalazł się na wyciągnięcie ręki.
Wychyliła się zza drzewa, wtedy do niej dotarło. Nie było to to, czego szukali. Rozczarowanie - po raz kolejny dzisiejszego dnia. Myślała, że już się im udało, jak widać życie wcale nie było takie proste. Para, którą obserwowali postanowiła odpocząć, tak to przynajmniej wyglądało z tej perspektywy. Nie zauważyła, żeby mieli przy sobie kwiat - co ją trochę podniosło na duchu, nie tylko ona i Stanley tak nieudolnie go szukali.
Na szczęście para ich nie zauważyła, może to i lepiej, w końcu gapili się na nich tak, że aż głupio. Avery wolałaby się wycofać, żeby nie narobili sobie wstydu. Wtedy jednak zauważyła, że mężczyzna klęknął przed swoją partnerką, szczęka jej opadła, bo najwyraźniej byli świadkami zaręczyn. Musieli się stąd jak najszybciej ulotnić, teraz to już w ogóle lepiej, żeby ich nie zauważyli, wyglądali bowiem jak para stalkerów, która chciała sobie popatrzeć. Nie ruszyła się jednak od razu, chciała zobaczyć, czy dziewczyna się zgodzi. Gdy już miała pewność, jak zakończyła się ta historia mogła stąd odejść.
- Tak, niech zostaną sami.- Szepnęła jeszcze do Borgina. Zdecydowanie lepiej, jakby się stąd w miarę dyskretnie oddalili. Po cichutku, nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi. Czyli pary spotykały się tu po to, żeby łączyć ze sobą swoje życia na zawsze, ciekawe. Tego wcześniej nie wiedziała. Pewnie zaręczyny podczas Lithy nie były niczym nowym, sama zapewne uważałaby takie poczynania za obciach, w końcu to nic oryginalnego.
Wtedy los rzucił im pod nogi kolejną kłodę... Tym razem jednak nie jej, a Stanleyowi. Poślizgnął się w tych swoich eleganckich pantofelkach i wywrócił. Zabolało ją wszystko na sam dźwięk tego upadku. Wolałaby nie być na jego miejscu, nie wyglądało to bowiem specjalnie dobrze.
- Bolało?- Zanim udało jej się do niego podejść i wyciągnąć rękę ten już się otrzepał i ponownie stał przed nią. Wydawało się jej, że chyba też mu się tutaj niespecjalnie podoba po tym wszystkim. No to było ich dwoje, znaleźli rzecz która ich łączyła, każde z nich chciało jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Jeśli chcesz, możemy odpuścić, widzę przecież, że trochę się poturbowałeś.- Może i się nie skarżył, Avery jednak zauważyła, że porusza się wolniej niż jeszcze chwilę wcześniej, ten upadek musiał być faktycznie bolesny. - To chyba nie jest nasza noc, wiesz?- W jej głosie było słychać lekkie rozczarowanie, ale i też już się pogodziła z tym, że nie znajdą tego kwiatu.
- Jasne, odpocznijmy chwilę, przyda nam się.- Nie miała nic przeciwko temu, żeby usiedli na tym kawałku drewna, może chwila przerwy dobrze im zrobi. Trochę za bardzo skupili się na znalezieniu rośliny, tak jakby cały świat chciał dam im znać, że to nie do końca o to w tym wszystkim chodzi. Usiadła więc obok Stanleya, który nabawił się kontuzji, w sumie trochę przez nią, bo to ona wymyśliła ten durny spacer. - Przepraszam, nie spodziewałam się, że to się tak skończy.- Miała nadzieję, że nie będzie miał do niej wyrzutów sumienia. Liczyła też na to, że nie spowoduje to u niego niechęci do sabatów.
Uniosła głowę do góry, kiedy wspomniał o spadającej gwieździe. Avery nie była jednak zbyt szybka, miała wrażenie, że coś jej mignęło, jednak nie była pewna, czy to to, o czym mówił. W razie, gdyby była to spadająca gwiazda pomyślała życzenie. - Pomyślałam, a Ty to zrobiłeś? Taka gwiazda spełnia dwa, czy jedno? Myślisz, że wybierze Twoje, czy moje?- Wpatrywała się teraz w mężczyznę ciekawa jego odpowiedzi.