Musiał zrobić dobre wrażenie. Musiał wyglądać nienagannie i odpowiednio, jak na kawalera czystej krwi z rodu Malfoy przystało. Tego oczekiwał od niego ojciec. Zwłaszcza, że Renigald dostał zaproszenie do rodzinnego domu Astorii Avery. Spodziewając się najpewniej, spotkania z jej rodzicami.
Wchodząc do środka, blondyn wręczył dziewczynie kwiaty. Najstaranniej dobrane róże, zaklęciem potraktowane na intensywność ich zapachu, czy tam skropione specjalnym eliksirem. Aby ich zapach trwał odrobinę dłużej i przysłonił ten, który pozostawia po sobie ogień. Renigald zapłacił więcej kwiaciarzowi, aby ten bukiet był wyjątkowy. Nie patrzył na to ile musiałby dać galeonów. Mógłby jej nawet i kosz kwiatów wręczyć, ale po co? To i tak zwiędnie. Będzie musiała wyrzucić. Czy aż tak zależałoby mu na względach Astorii? Tego oczekiwał jego ojciec.
- Tu się zgodzę.Przyznał jej rację. Najważniejsze, że przeżyli ten cały rebeliancki atak. Nadal był przekonany, że mieszkanie mu spalili mugole. Nie widział w tym innej opcji. Po co zwolennicy Czarnego Pana mieliby mu to robić? Niczym im przecież nie podpadł. A może o czymś nie wiedział? Ktoś spiskował na ulicach śmiertelnego Nocturmu i chciał mu zaszkodzić? Czy będzie musiał bawić się w szukanie szczura? Kreta? Jak to mugole takich spiskowców nazywają? Nie obrażając szczurzycy kuzynowskiej Baldwina.
Udał się za Astorią do jadalni, gdziekolwiek w tym domu mieli zjeść obiad. Już wtedy zarejestrował dziwną ciszę. "Jesteśmy sami?" – zastanowił się, oglądając wnętrze pomieszczeń, które mijali. Oczywiście na wejściu, zdjął z siebie płaszcz, wieszając go na haku czy oddając do odniesienia. Bystrość panny Avery wciąż go zaskakiwała. Dostrzegła, że miał na sobie nową szatę.
- Tak… Spłonęła mi garderoba, musiałem kupić u matki coś nowego. Na szczęście jej butik nie ucierpiał zbyt mocno.Wyjaśnił i potwierdził. Wystroił się dla niej. Dla jej rodziców, aby pokazać, że Malfoye to przecież nie menelene. Dbają o swój wizerunek gdziekolwiek się nie pojawią. Tego dnia nie miał żadnych innych spotkań. Jedynie obiad z Astorią.
Nie zajął miejsca przy stole. Jedynie stanął obok krzesła. Czekając, aż Astoria do niego dołączy. Kultura nakazywała, żeby poczekać aż dama pierwsza zasiądzie przy stole. Wtedy mężczyzna mógł uczynić to samo. Tego był uczony. Tak też na stojąco udzielał odpowiedzi na jej pytania, obserwując jak zajmuje się wazonem do wręczonego jej wcześniej bukietu róż.
Wciąż kaszlała. Nic dziwnego. Pamiętał jak dwa dni temu wyglądała gorzej i dusiła się kaszlem.
Przyznał szczerze. Nie przebywał zbyt dużo czasu na zewnątrz. Nie zatruł się do takiego stopnia, aby przeżywać katusze. Bogactwo w skrytce pozwalało nawet na szybszy zakup sprawdzonych eliksirów na kaszel.
Usiadł na krześle przy stole, kiedy to uczyniła Astoria. Odłożył swoją laskę na bok, podpierając o stół. Wyprostował się, sięgnął po serwetkę, aby rozłożyć ją i położyć na kolanach.
- Moi rodzice? Powiedziałbym, że dobrze. Ojciec jest zapracowany w Ministerstwie. Zwłaszcza po tych atakach. Mało bywa w domu. Matka liczy straty w butiku i planuje remont.Odpowiedział na jej pytanie, dotyczące jego rodziców. Spojrzał zaraz w stronę wejścia do jadalni, a zaraz na Astorię.
- Twoi rodzice nie dołączą do nas?
Zapytał w końcu. Nie ukrywając zaskoczenia, może nawet i ulgi, że ta chwila, zarezerwowana była tylko dla nich. Dla dwojga.
- Bardzo chętnie spróbuję tutejszej kuchni.
Posłał jej uprzejmy uśmiech, sięgając także po kielich z winem, jakby chciał z nią wznieść toast. Upił łyk, aby degustować smak tutejszego wina, jakim go poczęstowano.