18.01.2026, 16:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.01.2026, 16:50 przez Christopher Rosier.)
– Naprawdę? Myślałem, że ludzie w takich chwilach jeszcze chętniej zadają niedyskretne pytania.
Maniery. Maniery były istotne, gdy przebywałeś na balu albo rozmawiałeś z kimś, z kim kontaktu musiały wyglądać w określony sposób – bo był klientem albo w jakiś sposób współpracował z tobą w biznesie. Ale tak często były jedynie gierką, za którą nie kryły się prawdziwe kurtuazja, szacunek czy autentyczna troska o granice drugiej osoby. Christoper szczerze zastanawiał się, ile osób na tym balu faktycznie nie zadałoby pytań Victorii, bo nie chciałoby przywołać złych wspomnień. A może chodziło po prostu o jej bliskich?
– Może twój wywiad sprawił, że przestali być ciekawi, bo dostali odpowiedzi… a może wydarzyło się wtedy tak wiele, że to już nie miało znaczenia – powiedział, bo tamtej nocy wiele osób kogoś straciło. W lesie grasowały ponoć potwory, huragan zranił mnóstwo czarodziejów, działy się rzeczy przedziwne, nie działała teleportacja.
W historię o limbo i o Zimnych niektórzy mogli po prostu nie wierzyć. Albo traktowali ją jak jeden element wszystkiego, do czego tam doszło tamtej nocy – pojawienia się widm, szaleństwa z roślinami, które ogarnęło Dolinę, dziwnego tornada.
I choć rozmawiali na tematy wyjątkowo poważne, nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy wspomniała o tych szlafrokach. Christopher podejrzewał, że szaty śmierciożerców są zaklęte i że pewnie mógłby podziwiać kunszt tych zaklęć, ale… po prostu nie mógł powstrzymać kręcenia głową na te szaty, maski i cały mroczny znak. Nie znał historii Voldemorta, a i nie był psychologiem, nie mógł więc odgadnąć, że zapewne w dużej mierze korzenie tego wszystkiego leżały w dzieciństwie Toma Riddle’a… ale uważał, że mogli zaprojektować te stroje zdecydowanie lepiej.
– Nie wiem, jak z problemami niektórych, ale moje mieszkanie z pewnością zostało przeklęte. Niezbyt wierzę, że mogli zrobić to jacyś zazdrośni sąsiedzi, bo zdaje mi się, że takich klątw nie rzucisz na jedno machnięcie różdżką – stwierdził. Słyszał wprawdzie o atakach mugolaków na czarodziejów czystej krwi, choćby od Astorii, ale i nie poświęcał temu wiele wagi, może bo go nie dotyczyło: zakładał, że to całkiem prawdopodobne, że ktoś chciał wykorzystać zamieszanie albo oszalał z żalu, choć i nie dowierzał po prostu, że mogło być to zjawisko na dużą skalę. W końcu gdy wiesz, że polują na ciebie śmierciożercy, a twój dom płonie, chyba rzadko biegniesz napaść sąsiada. A to co zrobiono w jego mieszkaniu… to nie wydawało mu się byle jaką magią, i choć święcie wierzył, że byli ludzie nie w maskach, którzy mogliby jego dom chcieć przekląć, to już nie w to, że udało się im to zrobić ot tak, przy okazji albo akurat w tej dacie. – Mieliśmy szczęście, że Dom Mody ocalał.
Czy mieli szczęście?
To pytanie Christopher raz czy dwa obracał w głowie, a potem je od siebie odsuwał: nie chciał wiedzieć. Ale uważał na słowa, które wypowiadał przy krewnych i współpracownikach.
Bo może to nie było szczęście.
Może tkwiło w tym coś więcej.
I chyba do pewnego stopnia cieszył się, gdy Victoria mówiła o tych pajacach w szlafrokach, bo chociaż do niedawna miał naprawdę w nosie, czy ktoś z jego kuzynów albo kolegów chowa pod rękawem mroczny znak, to jednak wolałby chyba nie odkryć, że zaprosił na bal kogoś, kto przeklął mu mieszkanie albo zabił jego ulubioną modelkę. Nawet przypadkiem.
– Mogło skończyć się paroma zwolnieniami i dużym stresem dla panny młodej – zgodził się, choć sam tutaj myślał po prawdzie bardziej o stratach Domu Mody niż innych osobach, ale wiedział, że wspomnienie o daleko idących konsekwencjach stawiało pannę Avery w gorszym świetle. – To był zaklęty, duży projekt. Niemożliwy do transmutacji, niełatwy do wyniesienia, zniszczenie zostawiłoby jakieś ślady… a może pracownica bała się zniszczyć suknię wartą tak duże pieniądze. Okazało się, że ukryto go w pomieszczeniu, do którego trafiają moje niedokończone projekty, takie, z których zrezygnowałem lub odwlekłem w czasie, ale nie chciałem się ich pozbywać. Na szczęście znaleźliśmy go na czas.
Victoria była uparta. On nie umiał odpuszczać. Dlatego to wyzywające spojrzenie tylko podsyciło postanowienie, że tej nocy zatańczą naprawdę, naprawdę bardzo wiele razy. Poprowadził ją w takt muzyki, a gdy złapali wspólny rytm obrócił, wciąż do rytmu, niezbyt przejęty, że tańczą na środku ścieżki, wiodącej w głąb ogrodów.
Maniery. Maniery były istotne, gdy przebywałeś na balu albo rozmawiałeś z kimś, z kim kontaktu musiały wyglądać w określony sposób – bo był klientem albo w jakiś sposób współpracował z tobą w biznesie. Ale tak często były jedynie gierką, za którą nie kryły się prawdziwe kurtuazja, szacunek czy autentyczna troska o granice drugiej osoby. Christoper szczerze zastanawiał się, ile osób na tym balu faktycznie nie zadałoby pytań Victorii, bo nie chciałoby przywołać złych wspomnień. A może chodziło po prostu o jej bliskich?
– Może twój wywiad sprawił, że przestali być ciekawi, bo dostali odpowiedzi… a może wydarzyło się wtedy tak wiele, że to już nie miało znaczenia – powiedział, bo tamtej nocy wiele osób kogoś straciło. W lesie grasowały ponoć potwory, huragan zranił mnóstwo czarodziejów, działy się rzeczy przedziwne, nie działała teleportacja.
W historię o limbo i o Zimnych niektórzy mogli po prostu nie wierzyć. Albo traktowali ją jak jeden element wszystkiego, do czego tam doszło tamtej nocy – pojawienia się widm, szaleństwa z roślinami, które ogarnęło Dolinę, dziwnego tornada.
I choć rozmawiali na tematy wyjątkowo poważne, nie mógł powstrzymać uśmiechu, gdy wspomniała o tych szlafrokach. Christopher podejrzewał, że szaty śmierciożerców są zaklęte i że pewnie mógłby podziwiać kunszt tych zaklęć, ale… po prostu nie mógł powstrzymać kręcenia głową na te szaty, maski i cały mroczny znak. Nie znał historii Voldemorta, a i nie był psychologiem, nie mógł więc odgadnąć, że zapewne w dużej mierze korzenie tego wszystkiego leżały w dzieciństwie Toma Riddle’a… ale uważał, że mogli zaprojektować te stroje zdecydowanie lepiej.
– Nie wiem, jak z problemami niektórych, ale moje mieszkanie z pewnością zostało przeklęte. Niezbyt wierzę, że mogli zrobić to jacyś zazdrośni sąsiedzi, bo zdaje mi się, że takich klątw nie rzucisz na jedno machnięcie różdżką – stwierdził. Słyszał wprawdzie o atakach mugolaków na czarodziejów czystej krwi, choćby od Astorii, ale i nie poświęcał temu wiele wagi, może bo go nie dotyczyło: zakładał, że to całkiem prawdopodobne, że ktoś chciał wykorzystać zamieszanie albo oszalał z żalu, choć i nie dowierzał po prostu, że mogło być to zjawisko na dużą skalę. W końcu gdy wiesz, że polują na ciebie śmierciożercy, a twój dom płonie, chyba rzadko biegniesz napaść sąsiada. A to co zrobiono w jego mieszkaniu… to nie wydawało mu się byle jaką magią, i choć święcie wierzył, że byli ludzie nie w maskach, którzy mogliby jego dom chcieć przekląć, to już nie w to, że udało się im to zrobić ot tak, przy okazji albo akurat w tej dacie. – Mieliśmy szczęście, że Dom Mody ocalał.
Czy mieli szczęście?
To pytanie Christopher raz czy dwa obracał w głowie, a potem je od siebie odsuwał: nie chciał wiedzieć. Ale uważał na słowa, które wypowiadał przy krewnych i współpracownikach.
Bo może to nie było szczęście.
Może tkwiło w tym coś więcej.
I chyba do pewnego stopnia cieszył się, gdy Victoria mówiła o tych pajacach w szlafrokach, bo chociaż do niedawna miał naprawdę w nosie, czy ktoś z jego kuzynów albo kolegów chowa pod rękawem mroczny znak, to jednak wolałby chyba nie odkryć, że zaprosił na bal kogoś, kto przeklął mu mieszkanie albo zabił jego ulubioną modelkę. Nawet przypadkiem.
– Mogło skończyć się paroma zwolnieniami i dużym stresem dla panny młodej – zgodził się, choć sam tutaj myślał po prawdzie bardziej o stratach Domu Mody niż innych osobach, ale wiedział, że wspomnienie o daleko idących konsekwencjach stawiało pannę Avery w gorszym świetle. – To był zaklęty, duży projekt. Niemożliwy do transmutacji, niełatwy do wyniesienia, zniszczenie zostawiłoby jakieś ślady… a może pracownica bała się zniszczyć suknię wartą tak duże pieniądze. Okazało się, że ukryto go w pomieszczeniu, do którego trafiają moje niedokończone projekty, takie, z których zrezygnowałem lub odwlekłem w czasie, ale nie chciałem się ich pozbywać. Na szczęście znaleźliśmy go na czas.
Victoria była uparta. On nie umiał odpuszczać. Dlatego to wyzywające spojrzenie tylko podsyciło postanowienie, że tej nocy zatańczą naprawdę, naprawdę bardzo wiele razy. Poprowadził ją w takt muzyki, a gdy złapali wspólny rytm obrócił, wciąż do rytmu, niezbyt przejęty, że tańczą na środku ścieżki, wiodącej w głąb ogrodów.