Dłoń Victorii zacisnęła się w pięść, co Rodolphus mógł bez trudu zauważyć siedząc tuż obok, a spojrzenie Victorii poszybowało do Isabelli. Nic nie powiedziała, nie chciała psuć nastroju, choć prawda była taka, że twarz trochę jej stężała, nim spróbowała wyczyścić się z emocji i skryć za mocniejszą woalką oklumencji – nie z realnej potrzeby ochrony umysłu, a dlatego, że to pomagało jej zapanować nad twarzą i emocjami. Póki matka nie będzie wyrzucać z siebie jakichś nieprzyjemnych komentarzy, póty Victoria nie planowała się w to mieszać, nie chcąc zaognić już i tak napiętej sytuacji ze swoją matką. Ojciec, Alexander, najpewniej widząc minę najstarszej córki ujął żonę za dłoń i nachylił do niej, by wyszeptać jej coś do ucha, co spowodowało lekki uśmiech Isabelli. Victoria z kolei patrzyła teraz w swój puchar winem i odetchnęła lekko, kątem oka dostrzegając spojrzenie Rodolphusa, na które ta się tylko uśmiechnęła. Mógł to zrozumieć po swojemu… ale prawda była taka, że matka i córka nie dogadywały się niemal wcale, pozornie będąc niczym ogień i woda dla siebie, a w rzeczywistości były pod pewnymi krytycznymi względami do siebie aż za bardzo podobne.
Chwilę później odezwał się dotąd milczący Louvain, na którego Victoria przeniosła spojrzenie ciemnych oczu i nawet opuściła dłoń z kieliszkiem, który podniosła wcześniej. Na jej twarzy rysowała się konsternacja i zaciekawienie, kiedy wspomniał imię Loretty oraz to, że ta na stałe wyjeżdża do Francji.
– Pozdrów Lorettę też – powiedziała w końcu, gdy Louvain już zamilkł. Mogłaby to sama zrobić, ale Loretta najwyraźniej wolała kontaktować się przez swojego brata bliźniaka, skoro nikogo innego nie poinformowała o swoich planach. Ale oni zawsze byli blisko siebie, nawet jeśli ostatnimi czasy nie było im tak bardzo po drodze jak kiedyś, więc Tori nie była o to ani trochę obrażona. – Mam nadzieję, że dobrze będzie się jej wiodło we Francji – dodała jeszcze i zamyśliła się krótko. O tym, że ten „ślub” to ściema wiedziała, bo pisała w tej sprawie do Annaleigh i Louvaina, próbując się dowiedzieć co jest grane po weselu Blacków i dowiedziała się od kuzyna, że i on nic nie wiedział i że nawet jeśli, to jakieś cygańskie śluby nie są w żaden sposób wiążące i nie należy tego traktować poważnie. I tak też robiła, nie rozumiejąc tylko dlaczego Mulciber nawet nie próbował dogadać się z głową rodu Lestrange w tej sprawie – no chyba, że wszystko to było jedno wielkie kłamstwo, mające jakoś zaszkodzić ich rodzinie. Zrozumiała jednak to, co Louvain powiedział, formalny związek – a co z nieformalnym? – Mulciberowie chyba nie mają ostatnio lekko – stwierdziła spokojnie, choć tak naprawdę zupełnie im nie współczuła. Nie miała z nimi zbyt wiele wspólnego. – Skandal ze świeczkami na Lammas, pogrzeb, teraz jeszcze te niedorzeczne plotki – których nikt publicznie nawet nie zdementował, a członkowie rodu Lestrange nie wiedzieli co jest grane i to nie tylko w sprawie ślubu…