06.03.2023, 22:41 ✶
Zerknął na nią trochę podejrzliwie, bo skoro ubzdurał już sobie, że brała proszki lub eliksiry na tyle mieszające w głowie, że nie była w stanie po nich sama odnaleźć drogi do domu, to musiała być w mniejszym lub większym stopniu zaznajomiona z szemranym towarzystwem działającym na Nokturnie, a może nawet tam kupiła to, co ją tak sponiewierało. Nie wierzył jej, że nie była tam tak długo, że aż potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie tę ulicę, ale nie skonfrontował z nią swoich podejrzeń. Nawet jeśli kłamała, to co z tego? Każdy co jakiś czas kłamał. Od czasu do czasu trzeba minąć się z prawdą, by się wybielić. Theodore, notoryczny kłamca, rozumiał to lepiej niż ktokolwiek inny, ale trochę głupio było mu obserwować, jak zaciskała oczy z bólu i udawać, że wierzył jej, że po prostu się zgubiła.
- Dokładnie tam. Przerażające miejsce. Aż strach pomyśleć skąd oni biorąc te wszystkie okropne rzeczy na sprzedaż – odparł na wspomnienie czarnomagicznego sklepu. Już sama aura rozchodząca się wokół placówki Borgina i Burke’a wywoływała w nim nieprzyjemne uczucia. Na szczęście nie mieli tam niczego, co by potrzebował, nie musiał więc ich odwiedzać na zakupach tak jak zresztą całego Nokturnu.
- Ostatnim razem, gdy tam byłaś, dawno temu, co kupowałaś? - zapytał przelotnie, niby od niechcenia, jakby chciał tylko zaspokoić ciekawość i utrzymać konwersacje. Nie chciał brutalnie spytać wprost „Czym się tak naprułaś, koleżanko, że tak cię sponiewierało?”, uznając, że jeśli będzie chciała się otworzyć, to zrobi to po swojemu, na swoich warunkach.
- Jak najbardziej! Mieszkam niedaleko miejsca, w którym się te imprezy odbywają, więc słyszałem o nich to i owo – wyjaśnił rzeczowo. Theodore z przyzwyczajenia przedstawił coś, czego był częścią, jako coś dużo bardziej popularnego i rozpoznawalnego niż było to w rzeczywistości. Prawda była taka, że o imprezach dusz po raz pierwszy usłyszał wtedy, gdy otrzymał zaproszenie, to jednak nie przeszkadzało mu opowiadać o nich, jakby były najgorętszym wydarzeniem towarzyskim w całym Londynie.
- Jej śmierć była oczywiście bardzo smutna, prawdziwa tragedia – stwierdził, a jego mina na krótki moment przybrała nieszczęśliwy wyraz. Nie było to szczere uczucie, co można było łatwo rozpoznać po tym, w jak rekordowym tempie smutek zniknął z jego twarzy i ponownie się uśmiechnął. Swoją sąsiadkę znał za jej życia zbyt słabo, by na poważnie martwić się jej zejściem.
- Ale nie przejmuję się tym za bardzo. Jeśli będą z nią problemy, to wezwie się kogoś z ministerstwa. Mają tam kogoś od negocjowania z duchami? - powiedział kończąc pytającym tonem. Nie miał pojęcia, jak to działało, ale miał pewność, że gdyby sąsiadka zaczęła go za bardzo męczyć, to gdzieś tam znajdzie się jakiś egzorcysta lub specjalista od zaświatów, który będzie w stanie pomóc.
- Masz rację, dziwna sprawa… - zgodził się z nią, po czym spuścił wzrok w ziemię i zamyślił się przez chwilę, rozmyślając nad jakimś alternatywnym rozwiązaniem mugolskiej zagadki - A może to wyjątkowo antyspołeczny wampir? I mugole umówili się z nim, że będą pilnować, by nikt mu nie przeszkadzał? - wyrzucił z siebie z nadzieją w głosie. Nie wiedział wiele o mugolskim świecie, nie był nawet pewien, czy wiedzieli o istnieniu wampirów, ale teoria z odludkiem mieszkającym za zamkniętymi drzwiami wydawała mu się rozsądna i ciekawa.
- Gdyby gdzieś tam leżało kadzidło, to mógłbym je nie tylko poczuć, ale też dostrzec – stwierdził przyjaznym, ale zdecydowanym tonem. Spoko, nie gniewał się, że go okłamywała, ale niech te kłamstwa będą miały jakieś ręce i nogi! Nie rozumiał, czemu sądziła, że uwierzy w istnienie jakiegoś kadzidła, skoro był z nią w bocznej alejce i żadnego nie widział. Zerknął na nią z wiarą, przekonany, że jeśli Cyjanek się postara, to wymyśli jakąś lepszą historyjkę.
- Ale w jednym masz rację: miałaś szczęście, że wpadłaś na mnie. Lepszego przewodnika ode mnie nie znajdziesz – zauważył i uśmiechnął się szeroko, jak zawsze nie będąc w stanie powstrzymać się przed pochwaleniem samego siebie. Kiwnął przy tym zadowolony głową, bo dziewczyna rozpoznała kilka sklepów. To znaczyło, że nie było z nią tak źle, ale to nie znaczyło, że miał zamiar ją zostawić. Wprawdzie odzyskała jako tako orientację, ale wciąż nie miał pewności, że sobie poradzi sama. Po minięciu cukierni skręcili i zaczęli iść wzdłuż Pokątnej. Na jej samym końcu znajdował się cel ich podróży, mieli więc jeszcze kawałek do przejścia.
- Bardzo dobra robota, wszystko się zgadza, Cynthio. Czujesz się już lepiej? Za chwilę miniemy księgarnie, a kawałek dalej pracownie Ollivanderów – opowiedział i wskazał palcem rzeczone sklepy, na wypadek, gdyby rozpoznanie tych budynków było problemem.
- Dokładnie tam. Przerażające miejsce. Aż strach pomyśleć skąd oni biorąc te wszystkie okropne rzeczy na sprzedaż – odparł na wspomnienie czarnomagicznego sklepu. Już sama aura rozchodząca się wokół placówki Borgina i Burke’a wywoływała w nim nieprzyjemne uczucia. Na szczęście nie mieli tam niczego, co by potrzebował, nie musiał więc ich odwiedzać na zakupach tak jak zresztą całego Nokturnu.
- Ostatnim razem, gdy tam byłaś, dawno temu, co kupowałaś? - zapytał przelotnie, niby od niechcenia, jakby chciał tylko zaspokoić ciekawość i utrzymać konwersacje. Nie chciał brutalnie spytać wprost „Czym się tak naprułaś, koleżanko, że tak cię sponiewierało?”, uznając, że jeśli będzie chciała się otworzyć, to zrobi to po swojemu, na swoich warunkach.
- Jak najbardziej! Mieszkam niedaleko miejsca, w którym się te imprezy odbywają, więc słyszałem o nich to i owo – wyjaśnił rzeczowo. Theodore z przyzwyczajenia przedstawił coś, czego był częścią, jako coś dużo bardziej popularnego i rozpoznawalnego niż było to w rzeczywistości. Prawda była taka, że o imprezach dusz po raz pierwszy usłyszał wtedy, gdy otrzymał zaproszenie, to jednak nie przeszkadzało mu opowiadać o nich, jakby były najgorętszym wydarzeniem towarzyskim w całym Londynie.
- Jej śmierć była oczywiście bardzo smutna, prawdziwa tragedia – stwierdził, a jego mina na krótki moment przybrała nieszczęśliwy wyraz. Nie było to szczere uczucie, co można było łatwo rozpoznać po tym, w jak rekordowym tempie smutek zniknął z jego twarzy i ponownie się uśmiechnął. Swoją sąsiadkę znał za jej życia zbyt słabo, by na poważnie martwić się jej zejściem.
- Ale nie przejmuję się tym za bardzo. Jeśli będą z nią problemy, to wezwie się kogoś z ministerstwa. Mają tam kogoś od negocjowania z duchami? - powiedział kończąc pytającym tonem. Nie miał pojęcia, jak to działało, ale miał pewność, że gdyby sąsiadka zaczęła go za bardzo męczyć, to gdzieś tam znajdzie się jakiś egzorcysta lub specjalista od zaświatów, który będzie w stanie pomóc.
- Masz rację, dziwna sprawa… - zgodził się z nią, po czym spuścił wzrok w ziemię i zamyślił się przez chwilę, rozmyślając nad jakimś alternatywnym rozwiązaniem mugolskiej zagadki - A może to wyjątkowo antyspołeczny wampir? I mugole umówili się z nim, że będą pilnować, by nikt mu nie przeszkadzał? - wyrzucił z siebie z nadzieją w głosie. Nie wiedział wiele o mugolskim świecie, nie był nawet pewien, czy wiedzieli o istnieniu wampirów, ale teoria z odludkiem mieszkającym za zamkniętymi drzwiami wydawała mu się rozsądna i ciekawa.
- Gdyby gdzieś tam leżało kadzidło, to mógłbym je nie tylko poczuć, ale też dostrzec – stwierdził przyjaznym, ale zdecydowanym tonem. Spoko, nie gniewał się, że go okłamywała, ale niech te kłamstwa będą miały jakieś ręce i nogi! Nie rozumiał, czemu sądziła, że uwierzy w istnienie jakiegoś kadzidła, skoro był z nią w bocznej alejce i żadnego nie widział. Zerknął na nią z wiarą, przekonany, że jeśli Cyjanek się postara, to wymyśli jakąś lepszą historyjkę.
- Ale w jednym masz rację: miałaś szczęście, że wpadłaś na mnie. Lepszego przewodnika ode mnie nie znajdziesz – zauważył i uśmiechnął się szeroko, jak zawsze nie będąc w stanie powstrzymać się przed pochwaleniem samego siebie. Kiwnął przy tym zadowolony głową, bo dziewczyna rozpoznała kilka sklepów. To znaczyło, że nie było z nią tak źle, ale to nie znaczyło, że miał zamiar ją zostawić. Wprawdzie odzyskała jako tako orientację, ale wciąż nie miał pewności, że sobie poradzi sama. Po minięciu cukierni skręcili i zaczęli iść wzdłuż Pokątnej. Na jej samym końcu znajdował się cel ich podróży, mieli więc jeszcze kawałek do przejścia.
- Bardzo dobra robota, wszystko się zgadza, Cynthio. Czujesz się już lepiej? Za chwilę miniemy księgarnie, a kawałek dalej pracownie Ollivanderów – opowiedział i wskazał palcem rzeczone sklepy, na wypadek, gdyby rozpoznanie tych budynków było problemem.