• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
19.01.2026, 19:08  ✶  
Piątek trzynastego miał w sobie ciężar, którego nie dało się zignorować, nawet jeśli ktoś całe życie udawał, że daty nic nie znaczą. Pchnąłem furtkę z tyłu domu - zaskrzypiała cicho, a ja wzdrygnąłem się, jakby ten dźwięk miał obudzić pół dzielnicy. Oczy miałem ciężkie, zmęczone bardziej, niż chciałem przyznać, adrenalina niosła mnie aż tutaj, ale teraz opadła, zostawiając po sobie pustkę, czułem metaliczny posmak w ustach, gardło miałem tak suche, że przełknięcie śliny graniczyło z cudem. Broń wciąż trzymałem przy sobie, instynkt nie odpuszczał nawet teraz, chociaż całe ciało krzyczało, żebym ją odłożył i położył się gdziekolwiek.
Zamiast bliżej wejścia do domu, wylądowałem na wilgotnej ziemi, przy samej linii granicznej trawnika z niewielkim sadem - tam gdzie ogród przechodził w cień starych, bezlistnych drzew owocowych, z dala od światła i ciepła - noc była gęsta i obojętna, nic dziwnego, w końcu był środek października, tuż przed świtem, który uparcie nie chciał nadejść. Jasna łuna pojawiła się na horyzoncie, ale wciąż było czarno, zwłaszcza na krawędziach wszystkiego, na co spoglądałem. Zawsze byłem precyzyjny, więc to powinno mnie zaniepokoić bardziej, niż faktycznie zaniepokoiło - adrenalina potrafi być przekonująca, niesie, dopóki nagle nie puszcza - wszystko było opóźnione, jakbym poruszał się o sekundę za późno względem własnego ciała. Moje serce biło nierówno, a świat zaczął się lekko rozmywać, tonął w tym charakterystycznym półmroku przed wschodem słońca, w którym trudno było widzieć wszystko wyraźnie. Przez kilkanaście sekund tylko stałem, patrząc przed siebie, w kierunku światła pozostawionego na noc na tyłach domu, zanim nie zrobiło mi się zimno - nie tak zwyczajnie, jesiennie, ale od środka - i przez tę krótką, bolesną chwilę dotarło do mnie, że nie wszystko, co się odnajduje po latach, dostaje tyle czasu, ile powinno. Tego wieczoru mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że wszystko nie skończyło się dramatycznie, było blisko, bliżej niż powinno - odsunąłem od siebie tę myśl, zrzucając to na karby zmęczenia, tego niechcianego rozchwiania spowodowanego ciężką nocą i późną porą, po czym szybkimi krokami ruszyłem w kierunku werandy, do drzwi, które miały mnie wpuścić do domu.
Otwarcie drzwi zajęło mi to dłużej, niż powinno, zamek stawiał opór, jakby wyczuwał, że nie jestem w stanie się z nim szarpać, klucz drżał mi w palcach, kilka razy trafiłem obok, metal zadźwięczał zbyt głośno w ciszy. Zastygłem w bezruchu, wstrzymując oddech, nasłuchując, wcale nie dlatego, że świat miał tendencję do przesuwania się o kilka centymetrów w lewo i potrzebowałem odzyskać równowagę, zanim spróbowałem ponownie szarpać się z mechanizmem - wcale. Drzwi w końcu ustąpiły, nie wiedziałem, czy to ja wreszcie trafiłem kluczem, czy zamek się nade mną zlitował - nie pamiętałem momentu, w którym kliknął poprawnie, tylko to, że nagle ciężar drewna przesunął się pod moim naciskiem i znalazłem się w środku, w tej znajomej, ciepłej ciszy, która jeszcze kilka godzin temu była czymś oczywistym. Wsunąłem się do środka bokiem, niemal potykając się o próg, zamykając za sobą drzwi tak ostrożnie, jak tylko potrafiłem. Dom był pogrążony w półmroku, rozciętym jedynie bladą smugą światła z latarni za oknem, ciepło uderzyło mnie w twarz, zbyt nagle, zbyt intensywnie, aż zrobiło mi się słabo. Oparłem się plecami o framugę, pozwalając sobie na sekundę bez ruchu, z zamkniętymi oczami, jakbym tylko zbierał myśli, a nie… Siebie, kiedy świat znowu zafalował. Zatrzymałem się na moment w korytarzu - w lustrze po prawej stronie mignęło moje odbicie, od razu odwróciłem wzrok - nie potrzebowałem na siebie patrzeć, analizować swojego odbicia, aby wiedzieć, że musiałem wyglądać… Źle. Ramiona miałem napięte, jakby nie wiedziały, gdzie się podziać, skórzany płaszcz był podarty, przesiąknięty krwią, która zdążyła już ściemnieć. Na twarzy miałem zaschnięte smugi, we włosach coś się poplątało, były rozczochrane, falowane pasma opadały mi na czoło, zakrywając oczy wilgotno-lepką kurtyną pachnącą ziemią, lasem i zgnilizną.
Przestałem oddychać na moment, aż zawroty głowy trochę odpuściły - zignorowałem to, jak ignoruje się dźwięk zegara w nocy - oparcie futryny, ściany, mebla, czegokolwiek, było tylko drobną pomocą, niczym więcej, przynajmniej w mojej wersji. Dopiero po chwili dotarło do mnie to, że światło, które wziąłem za poświatę latarni, tak naprawdę pochodziło z salonu, skąd sączyło się wąskim pasmem przez uchylone drzwi. W domu było ciepło, nie tylko fizycznie - to był ten rodzaj ciepła, który nie bierze się tylko z ogrzewania, ale z czyjejś obecności, z tego, że ktoś tu naprawdę mieszka, że czeka.
Zobaczyłem ją w salonie, zwiniętą w kocu, z książką w dłoni, której pewnie od dawna nie czytała - jak zawsze robiła ten drobny ruch głową, kiedy była zamyślona - to były rzeczy, które znałem na pamięć, a jednak wciąż mnie zaskakiwały, jakby za każdym razem były nowe - widok, który powinien mnie uspokoić, a zamiast tego coś we mnie ścisnął, tak gwałtownie, że musiałem przełknąć ślinę kilka razy, zanim odważyłem się zrobić krok. Podłoga skrzypnęła minimalnie, ale to wystarczyło, zwierzak pierwszy mnie zauważył, mała, czarna kulka podniosła łeb, zielone oczy błysnęły w półmroku. Zerknąłem na kota, który wpatrywał się we mnie z podejrzliwością, jakby widział więcej, niż powinien - gdy to robiłem, moje ciemnobrązowe oczy musiały wyglądać na mętne, bo świat nie był już ostry.
- Ciii… - Mruknąłem bardziej do niego niż do siebie, chociaż to ja zaburzyłem ciszę, jaka panowała w domu, zachowując się głośniej, niż byłem przyzwyczajony.
- Hej… - Odezwałem się cicho, nawet jak na moje gardło, zbyt chropawo jak na słowo, które miało znaczyć „wróciłem”. Mój głos był chrapliwy, zmęczony, jakby nie należał do mnie, zawsze był niski, ale teraz brzmiał inaczej.
- Pszeplasam, sze tak póśno. Miałem tlochę… Zamieszania. - Dodałem, jakby to było coś zwyczajnego. - Nic, czego bym nie pszelabiał. - Uśmiechnąłem się do żony, instynktownie, tym samym uśmiechem, którym zawsze próbowałem wszystko naprawiać - bagatelizowanie przychodziło mi łatwo, całe życie ćwiczyłem tę sztukę.
Czułem, jak krew ściąga mi skórę na twarzy, jak materiał koszuli klei się do pleców, moje przedramię pulsowało, ale trzymałem je przy sobie, jakby było tylko zdrętwiałe. Najcięższa z broni opierała mi się ciężko o udo, więc odłożyłem ją pod ścianą, wolno, ostrożnie.
- Nie śpisz. - Dodałem, jakby to było największym problemem tej nocy. - Czemu nie śpisz? - Zapytałem łagodnie, jakbym nie wiedział, jak bardzo to pytanie było bez sensu. Chciałem, żeby zobaczyła mnie takim, jakim byłem dla niej zawsze - całym, niezniszczalnym, chociaż tej nocy czułem się bardziej jak ktoś, kto próbuje udawać własne wspomnienie.
- Nic mi nie jest. - Dodałem szybko, zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, podnosząc dłoń w geście, który miał znaczyć „nic się nie stało”. Głos mi się załamał na moment, więc odchrząknąłem, próbując nadać mu ten lekki, nonszalancki ton, który zawsze stosowałem, kiedy coś było nie tak, to była najstarsza sztuczka świata - uśmiech, półżart, minimalizowanie - uniosłem rękę, jakbym chciał odgarnąć włosy z czoła, ale zatrzymałem się w pół ruchu, przedramię zapiekło ostrzej, więc udawałem, że to był tylko bezsensowny gest.
- Tylko wyglądam jakby mnie ktoś pszeszuł i wypluł. Standald. Wiesz, jak to bywa. - Starałem się, naprawdę, trzymałem głowę prosto, ramiona w linii, oddychałem płytko, żeby nie było słychać, jak bardzo mi to nie wychodziło. Na twarzy miałem zaschniętą krew, na skroni i przy linii włosów, jakby ktoś mnie niezdarnie umazał. Na koszuli widniały ciemniejsze plamy, których nie chciałem zauważyć. Przedramię trzymałem bliżej ciała, jakby to była naturalna poza. Plecy paliły, ale wyprostowałem się, bo przy niej zawsze chciałem wyglądać na silniejszego, niż byłem. - Pójdę się umyś, zmieniś. - Mówiłem dalej, jakby to było oczywiste. - Wszędzie mam tlawę i błoto. Zalas wlócę i pogadamy, okej? - To ostatnie było kłamstwem, ale wypowiedziałem je tak, jakbym wierzył w każde słowo. Mówiłem spokojnie, z tą wyćwiczoną nonszalancją, jakby wracanie w takim stanie było czymś zupełnie zwyczajnym. Słowo „zaraz” było łatwe, bezpieczne - takie, które nie wymagało precyzji, jakby to była tylko kolejna noc, kolejny powrót, kolejny rozdział w książce, którą pisaliśmy wspólnie od niedawna, zbyt szybko, zbyt intensywnie, jakbyśmy próbowali nadrobić coś, czego nikt nam nie obiecał.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 14:05
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 19:08
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 21:02
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 23:25
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 12:15
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.01.2026, 19:42
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 23:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 01:41
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 14:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 22:18
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 00:27
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 13:55
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.01.2026, 23:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa