19.01.2026, 21:23 ✶
W gabinecie panował półmrok, a pierwszym doznaniem zmysłowym po przekroczeniu progu była woń kawy. Nie była to świeża, dobrej jakości, przyjemna woń, pobudzająca umysł i wywołująca uśmiech na twarzy. Przestrzeń zdawała się przeżarta czernią taniej lury, pitej bardziej z przyzwyczajenia, a może nawet uzależnienia.
– Bulstrode...– padło w jego stronę krótkie warknięcie, zamiast powitania i jakiejkolwiek biurowej kurtuazji. Bywały dni złe i dobre, ale tych drugich zdawało się coraz mniej. Po Spalonej... nie było ich już wcale.
Siedziała za swoim biurkiem zawalonym niemożliwą ilością papierów do przejrzenia. Przygarbiona, wściekle bazgrząca coś na kolejnym raporcie w połowie drogi między niebotyczną ilością zgłoszeń i raportów. Migotliwa lampka na biurku nadawała jej wychudłej twarzy upiorności, przypominała bardziej zaszczute, zamknięte w klatce zwierzę. Była kobietą czynu, o czym auror wiedział doskonale. Teraz zaś sytuacja zmuszała ją do nierównej, syzysowej walki z tym...
...z biurokracją.
Gdzieś między jedną uwagą, a drugą, jedną parafką a kolejną
zatwierdzam, odrzucam, przyjęłam do wiadomości Moodymoodymooodymoooody
ujęła różdżkę i podsunęła mu uprzejmie krzesło na miejsce petenta, zrzucając przy okazji w niedbałości kilka aktówek na ziemię. Jeśli z jej ust miałoby paść przekleństwo to stłumiła je zanim przeszło przez wargi. Tylko syknięcie. Kolejny papier odsunięty bardziej niż poprzednio.
W końcu gwałtownie odchyliła się, a krzesło skrzypnęło boleśnie gdy naparła nań plecami. Oburącz odgarnęła zaniedbane włosy, oczy na moment utkwiwszy w suficie, zmuszając się do głębszego oddechu. Coś wewnątrz kobiety chrupnęło, coś wskoczyło na swoje miejsce.
– Z czym przychodzisz – położyła dłoń na biurku, przesuwając zapodzianą makulaturę, by lepiej go widzieć, choć przecież widziała go dobrze. Chwilę potem zmrużyła oczy i rozejrzała się po biurze, dopiero teraz zauważając jak jest w nim ciemno. – Szlag, nawet nie zauważyłam... – westchnęła, próbując od razu zmusić się do zachowania spokoju. Była bardzo, bardzo zmęczoną osobą. Spokój było jej zachować bardzo trudno.
– Bulstrode...– padło w jego stronę krótkie warknięcie, zamiast powitania i jakiejkolwiek biurowej kurtuazji. Bywały dni złe i dobre, ale tych drugich zdawało się coraz mniej. Po Spalonej... nie było ich już wcale.
Siedziała za swoim biurkiem zawalonym niemożliwą ilością papierów do przejrzenia. Przygarbiona, wściekle bazgrząca coś na kolejnym raporcie w połowie drogi między niebotyczną ilością zgłoszeń i raportów. Migotliwa lampka na biurku nadawała jej wychudłej twarzy upiorności, przypominała bardziej zaszczute, zamknięte w klatce zwierzę. Była kobietą czynu, o czym auror wiedział doskonale. Teraz zaś sytuacja zmuszała ją do nierównej, syzysowej walki z tym...
...z biurokracją.
Gdzieś między jedną uwagą, a drugą, jedną parafką a kolejną
zatwierdzam, odrzucam, przyjęłam do wiadomości Moodymoodymooodymoooody
ujęła różdżkę i podsunęła mu uprzejmie krzesło na miejsce petenta, zrzucając przy okazji w niedbałości kilka aktówek na ziemię. Jeśli z jej ust miałoby paść przekleństwo to stłumiła je zanim przeszło przez wargi. Tylko syknięcie. Kolejny papier odsunięty bardziej niż poprzednio.
W końcu gwałtownie odchyliła się, a krzesło skrzypnęło boleśnie gdy naparła nań plecami. Oburącz odgarnęła zaniedbane włosy, oczy na moment utkwiwszy w suficie, zmuszając się do głębszego oddechu. Coś wewnątrz kobiety chrupnęło, coś wskoczyło na swoje miejsce.
– Z czym przychodzisz – położyła dłoń na biurku, przesuwając zapodzianą makulaturę, by lepiej go widzieć, choć przecież widziała go dobrze. Chwilę potem zmrużyła oczy i rozejrzała się po biurze, dopiero teraz zauważając jak jest w nim ciemno. – Szlag, nawet nie zauważyłam... – westchnęła, próbując od razu zmusić się do zachowania spokoju. Była bardzo, bardzo zmęczoną osobą. Spokój było jej zachować bardzo trudno.