• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence

[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.01.2026, 23:25  ✶  
Stałem w półmroku salonu, czując, jak krew zasycha mi na skórze, a materiał koszuli nieprzyjemnie przykleja się do pleców, i udawałem, że wszystko jest dokładnie takie, jak powinno być - to było trudniejsze, niż się spodziewałem. Plecy, barki, przedramię - dopiero teraz poczułem, jak bardzo wszystko mnie ciągnęło, ramiona miałem napięte, jakbym wciąż był w lesie, gdzie coś jeszcze mogło wyskoczyć z cienia, każdy mięsień protestował, ale nie pozwalałem sobie tego okazać. Byłem do tego przyzwyczajony - do ignorowania sygnałów, odkładania bólu na później, nawet jeśli wiedziałem, że nie jest ze mną najlepiej - czułem to w sposobie, w jaki podłoga delikatnie falowała, w tym, jak ciężko było mi skupić wzrok na jednym punkcie, i w zimnie, które nie chciało puścić, chociaż byłem już w środku, ale nie miałem pojęcia, co dokładnie jest nie tak. Nie widziałem siebie, nie sprawdziłem ran, nie miałem ku temu jeszcze żadnej dogodnej okazji, bazowałem tylko na tym, że znałem ten stan, to zmęczenie zmieszane z bólem i adrenalinę, która zwykle pozwalała mi jeszcze funkcjonować.
Wiedziałem, że nie wyglądało to dobrze, wiedziałem też, że jeśli pozwolę Prudence przyjrzeć mi się za długo, zacznie składać fakty szybciej, niż ja byłem w stanie je maskować. Siedziała na fotelu przede mną, z kotem na rękach, a ja czułem się jak dzieciak przyłapany na czymś, co miało zostać tajemnicą - tylko że to nie była tajemnica, którą można było obrócić w żart, a ja nadal próbowałem to robić. Świat falował, miałem wrażenie, że stoję o sekundę za późno względem własnego ciała, ale przecież stałem, mówiłem, oddychałem - to się liczyło. Byłem przyzwyczajony do tego, że boli, że krwawię, że wracam poobijany, zawsze jakoś się składało, zawsze dawałem radę, musiałem tylko się wycofać, aby bardziej nie niepokoić żony.
Problem w tym, że ona już była w ruchu, zanim się jeszcze spostrzegłem, Prue zrobiła krok bliżej, za blisko, poczułem jej zapach, ciepło, to znajome, domowe coś, co sprawiało, że kolana robiły mi się jeszcze bardziej miękkie. Ten kontrast był niemal śmieszny - ja pachnący błotem, metalem i krwią, ona ciepłem domu - przesuwała wzrokiem po mojej twarzy, ramionach, dłoniach, jakby próbowała policzyć, ile mnie jeszcze jest. Widziałem, jak próbowała zmierzyć mnie wzrokiem, od czubka głowy po buty, dokładnie, uważnie, tak jak zawsze, kiedy coś jej się nie zgadzało. Znałem ten sposób patrzenia - nie był oskarżający, był troskliwy, a to - jak na ironię - nie pasowało mi jeszcze bardziej, bo to nie było zwykłe „martwię się”, to było „coś jest nie tak, a ty mi tego nie powiesz” - i oczywiście miała rację. Starała się prześwietlić mnie na wylot, odczytać wszystko, czego nie mówiłem na głos, mając zdecydowanie zbyt wiele do rozszyfrowania. Przesunąłem dłonią po włosach, rozmazując jeszcze bardziej to, co było na nich zaschnięte, jakbym sam chciał udowodnić, że to tylko błoto, tylko brud, tylko nic. Poczułem lepkość na palcach, ale nawet na to nie spojrzałem - patrzyłem tylko na nią. Chciałem sięgnąć po jej rękę, ale zawahałem się na ułamek sekundy, bo nie byłem pewien, czy palce mi się nie obsuną. Zamiast tego uśmiechnąłem się do niej, lekko, spokojnie, ten uśmiech miał już swoje własne mięśnie, niezależne od reszty ciała, potrafił się pojawić nawet wtedy, kiedy ja ledwo stałem - był wyuczony, oswojony, dopasowany do takich chwil.
Widziałem ten ułamek sekundy, w którym zrozumiała, że to nie tylko błoto - serce zabiło mi szybciej, nie z bólu, a z tej głupiej, irracjonalnej potrzeby, żeby ją przed tym ochronić - to był ten moment, w którym powinienem powiedzieć prawdę, nie zrobiłem tego, zawsze byłem dobry w uprzedzaniu pytań, na które nie chciałem odpowiadać, to był mechanizm działający bez zastanowienia.
- To nie moja. - Powiedziałem od razu, za szybko, jakby to miało coś zmienić, przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, starając się nie kołysać, nie wyglądać tak, jak się czułem. Instynkt… To był instynkt, ten sam, który każe zwierzęciu odsunąć się od dotyku, kiedy ma ranę.
- Większość to… No, psia. Bszydkie zwieszę, jeszcze bszydsze maniely. - Głos miałem spokojny, może aż za spokojny, sam się sobie dziwiłem. Nie użyłem słowa, które cisnęło mi się na język, nie chciałem, żeby łączyła fakty, nie chciałem, żeby zaczęła liczyć ryzyka. W środku wszystko było jak źle nastrojony instrument, ale na zewnątrz grałem melodię, którą znała.
- Selio, kochanie. To głównie jego. - Wzruszyłem ramionami, próbując nadać temu ton żartu, czegoś zupełnie zwyczajnego. To było podświadome kłamstwo, ale kłamstwa smakują jak półprawdy, kiedy jest się wystarczająco zmęczonym, a półprawdy można już jakoś przełknąć, bez większej goryczy. - Moja jest tylko ta dlobnica. - Brzmiałem jak ktoś, kto próbuje przekonać bardziej siebie niż ją, a może tylko tak mi się teraz wydawało. Nie byłem do końca pewien, ile z tego było prawdą, ale mówiłem to wystarczająco pewnie, żeby samemu w to uwierzyć - albo przynajmniej udawać, że wierzę - ponownie przesunąłem ciężar z jednej nogi na drugą, niby swobodnie, jakbym po prostu stał, a nie walczył o to, żeby nie osunąć się na podłogę.
A byłem blisko, bardziej, niż bym chciał przyznać na głos, wiedziałem to w ten dziwny, mglisty sposób, kiedy ciało wysyła sygnały, ale głowa jeszcze nie chce ich nazwać. Kręciło mi się w niej, wszystko było jakby za szybą, dźwięki lekko spóźnione, kolory przytłumione. Przeciągnąłem dłonią po twarzy, zostawiając jeszcze więcej smug, jak idiota. Czułem tylko zmęczenie, ciężar w kończynach, chłód, który nie miał nic wspólnego z nocą, moje oczy pewnie miały ten dziwny, nieobecny błysk, którego nie potrafiłem już kontrolować. Wiedziałem, że widzę trochę gorzej niż zwykle, jakby świat był przykryty cienką warstwą mgły, nawet nie próbowałem mrugać.
- Wyglądam goszej, bo telepoltowałem się tlochę kszywo. Wylądowałem w oglodzie, wyoblaszasz sobie? Jak jakiś idiota bes licencji. - Chciałem, żeby się uśmiechnęła - by to zabrzmiało jak anegdota, nie jak ostrzeżenie.
- Moses iść ze mną, jasne. - Powiedziałem dziwnie lekkim tonem, kiedy zaproponowała, że mi potowarzyszy. Chciałem powiedzieć „nie”, odesłać Prue do fotela, herbaty, kota, do wszystkiego, co było bezpieczne i nie miało ze mną nic wspólnego w tej chwili, ale nie mogłem tego zrobić, nie tak od razu, patrzyłem na nią z góry, bo zawsze tak było, i nagle ta różnica wzrostu wydała mi się czymś okrutnym - jakbym był zbyt duży, zbyt ciężki, żeby się oprzeć, a ona i tak próbowała być dla mnie oparciem - widziałem jej twarz, te czujne oczy, w których zawsze było za dużo troski jak na mój gust. Nie mogłem tak po prostu powiedzieć jej, by mnie teraz zostawiła. - Ale selio, nie ma czego pilnowaś. Nie musisz mnie eskoltowaś. Łazienka wciąsz jest tam, gdzie była. - Nie powiedziałem jej, że mam mroczki przed oczami, nie powiedziałem, że robi mi się coraz zimniej, mimo że w domu było ciepło, nie powiedziałem, że ciężar w mojej klatce piersiowej nie miał nic wspólnego ze zmęczeniem. - Daj mi chwilę. - Powiedziałem za to. - Wlócę czysty, cały i gotowy do tego, szebyś mnie zlugała za ślady na podłodze. - Starałem się powiedzieć to tak, jakbyśmy rozmawiali o rozlanym winie na dywanie. Nie chciałem, żeby się martwiła, nie teraz, nie przez coś, co przecież… Nie było takie straszne, przynajmniej tak sobie powtarzałem.
- Włosy to najmniejszy ploblem. - Mruknąłem, próbując obrócić to w kolejny żart. - Zawsze wyglądam jakbym właśnie uciekł s lasu, to moja malka. - Podniosłem rękę i przeczesałem palcami włosy, czując pod opuszkami coś twardego, zaschniętego, na dotyk czego skrzywiłem się minimalnie. Byłem wysoki, umięśniony, zwykle nosiłem się jak ktoś, kogo nie da się łatwo przewrócić - teraz musiałem wkładać w to wysiłek, co było uwłaczające. Nie chciałem, by Prue oglądała mnie w tym stanie.
- Zalas się ogalnę. - Powtórzyłem ciszej, jakbym mówił to bardziej do siebie niż do niej. - Plysznic, zmiana ciuchów, plastel… Będę jak nowy. - To było kłamstwo, ale takie, które znałem na pamięć. Słowo „plaster” zabrzmiało absurdalnie, nawet dla mnie, ale byłem przyzwyczajony do tego, że radzę sobie sam, sam się zszywam, opatruję, wstaję i idę dalej - to była norma, to było łatwiejsze, niż tłumaczenie komukolwiek, co boli i jak bardzo.
- Stlasznie zmaszłem. - Przyznałem w końcu, jakby to było jedyne, co się liczyło, to była prawda, no, wystarczająco blisko prawdy, żeby dało się na niej oprzeć kolejne kłamstwo.
Z chwili na chwilę czułem się coraz dziwniej - zupełnie tak, jakby ciało zaczynało należeć do kogoś innego, ból był stępiony, a świat lekko oddalony. Krew, siniaki, rozcięcia, to był mój chleb powszedni, ale tym razem było inaczej, czułem, jak chłód rozchodzi się po mnie od środka, jakby ktoś powoli gasił we mnie światło, ale nie chciałem, żeby to zobaczyła. Nie teraz. Nie po tym, jak tyle czasu zajęło nam, żeby znów się odnaleźć. Nie mogłem jej już zawieść, pokazując jej tę stronę mojej pracy, nie tak szybko, najlepiej nie wcale.
- Jak jusz chcesz mi pomóc… - Powiedziałem, przeciągając słowa, jakbym się zastanawiał, patrząc na nią spod rzęs, bo lekko mi falowała, jakby była w nieustannym, chociaż subtelnym, ruchu. - Zlób mi helbatę. Duszo helbaty. - Powiedziałem to z przekonaniem, które bardziej przypominało prośbę niż fakt, to było bezpieczne, „herbata”, zwyczajne słowo, zwyczajna prośba, coś, co nie wymagało wyciągania bandaży ani zadawania trudnych pytań. Czułem, że nie stoję tak stabilnie, jak powinienem, więc oparłem się biodrem o stół, udając nonszalancję. Nie wiedziałem, co dokładnie jest ze mną nie tak - nie miałem czasu się przyjrzeć, nie miałem lustra, nie miałem światła. Wiedziałem tylko, że coś jest… Inne, cięższe, ciało reaguje wolniej, serce bije jakby z opóźnieniem, a każdy wdech wymaga osobnej decyzji, ale to nie były rzeczy, które można było powiedzieć na głos. Za to prośba o herbatę? Ona była normalna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (17157), Prudence Fenwick (12385)




Wiadomości w tym wątku
[13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 14:05
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 19:08
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 19.01.2026, 21:02
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 19.01.2026, 23:25
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 12:15
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.01.2026, 19:42
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.01.2026, 23:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 01:41
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 21.01.2026, 14:35
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 21.01.2026, 22:18
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 22.01.2026, 00:27
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 13:55
RE: [13.10.1972 noc] What do we say to the God of Death? Not today | Benjy & Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.01.2026, 23:19

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa