20.01.2026, 04:21 ✶
- Malarka kupująca obrazek? - zapytał, zerkając na nią kątem oka i z pewnym rozbawieniem. - Jestem pewien, że Matka i tak go doceni - skomentował tylko, nie próbując słowami dogrzebywać się do warstw, które kryły się pod jej deklaracjami. Kupiony czy nie, to nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Astoria mogła i całym sercem wierzyć w bóstwa, które znajdowały się nad nimi i podobno czuwały nad tym padołem, ale najważniejsze dla niego było by nie stawała się w tym wszystkim nachalna. By nie próbowała przekonać go, że stając tego dnia na brukowanym dziedzińcu kowenu, mógł dostąpić jakiegoś odkupienia i los dawał mu szansę, by pojednał się z trójboginią. Na całe szczęście, tego typu zagrywki były najwyraźniej domeną jedynie Helloise, którą już wyobrażał sobie później tego dnia, gotową zaciekle przekonywać go do swojej racji.
- Nie mam zamiaru się też z tego śmiać. Skoro polecona przeze mnie lektura nie podziałała, to pozostaje ci tylko siła wyższa - i mimo obietnic, gdzieś w kącikach ust zatańczył odrobinę złośliwy uśmieszek. Była w tym jednak pewna łagodność, która pojawiała się jakby jako rekompensata dla prostego faktu, że przed nim nie mogła się aż tak łatwo ukryć. Znali się zbyt dobrze by bawić w podchody, jakby łapanie na zarzucane haczyki było zaledwie formą grzeczności.
- Nie plotłem. Prędzej odgryzłbym sobie rękę - szepnął i nawet nie chodziło jego religijność w tym momencie, co prosty fakt że jego zdaniem wieniec był zwyczajnie przesadzony i ostentacyjny. Tak kończyło się proszenie Heloise o cokolwiek i zostawianie spraw w jej rękach. Wieniec, albo raczej stroik, bo niewiele tu były tradycyjnych krągłości, przypominał smoka. Delikatną, skomplikowaną machinę, której ktoś nadał kształt ruchliwych skrzydeł i fizjonomii mitycznego jaszczura. Materiał stanowiący błonę skrzydeł umaczany był w jakimś opalizującym tałatajstwie, a reszta skóry stworzenia pokryta była misterną łuską. Zwierzę miało charakter, to niewątpliwe, a przed nim w zielnym gnieździe mieściła się świeca. Gdyby ją zapalił, bestia rozłożyłaby skrzydła, pokazując misterne wzory, które kryły się teraz przez spojrzeniem czarodziei.
Rowle nie przepadał za rzucaniem się w oczy. Miał naturę przyczajonego gada, który czekał tylko na dogodną okazję, a uważne spojrzenia sprawiały że nie mógł działać tak jak sobie wymarzył. Stroik wiec wydawał mu się w pewien sposób kpiną, a przynajmniej wziąłby go za coś takiego, gdyby to nie ostrożne dłonie ciotki go stworzyły. Ciotki, brzmiało tak samo obco jak zawsze, ale kiedy patrzył na wieniec obracał je w myślach niemal karnie, jakby oddalając w ten sposób za karę Helę.
- Heloise go zrobiła. Ja nie miałem zbytnio na to czasu. W sumie pewnie gdyby nie to, że mi go wysłała, to w ogóle zapomniałbym na śmierć, ze coś wypadałoby złożyć. A może i matka wcisnęłaby mi coś karnie w ręce. Lubi ten cały mistycyzm, chociaż może nie w tym wydaniu... - mruknął na koniec z zastanowieniem, rozglądając się po placu. Odnosił wrażenie, że Evelyn było bliżej właśnie do tego tajemniczego mistycyzmu, który rozwijał się za zamkniętymi drzwiami Macmillanów, niż jarmarcznego pokazu że należy spalić dary i oddać je bogini. - Panie przodem? Będę zaraz za tobą - zasugerował miękko, kiwając głową w stronę ołtarza, gdzie leniwie kręcili się ludzie. Tak samo wierni składający swoje rękodzieła, jak i kapłani którzy systematycznie odejmowali je od ołtarza i przenosili by zrobić miejsce na nowe.
- Nie mam zamiaru się też z tego śmiać. Skoro polecona przeze mnie lektura nie podziałała, to pozostaje ci tylko siła wyższa - i mimo obietnic, gdzieś w kącikach ust zatańczył odrobinę złośliwy uśmieszek. Była w tym jednak pewna łagodność, która pojawiała się jakby jako rekompensata dla prostego faktu, że przed nim nie mogła się aż tak łatwo ukryć. Znali się zbyt dobrze by bawić w podchody, jakby łapanie na zarzucane haczyki było zaledwie formą grzeczności.
- Nie plotłem. Prędzej odgryzłbym sobie rękę - szepnął i nawet nie chodziło jego religijność w tym momencie, co prosty fakt że jego zdaniem wieniec był zwyczajnie przesadzony i ostentacyjny. Tak kończyło się proszenie Heloise o cokolwiek i zostawianie spraw w jej rękach. Wieniec, albo raczej stroik, bo niewiele tu były tradycyjnych krągłości, przypominał smoka. Delikatną, skomplikowaną machinę, której ktoś nadał kształt ruchliwych skrzydeł i fizjonomii mitycznego jaszczura. Materiał stanowiący błonę skrzydeł umaczany był w jakimś opalizującym tałatajstwie, a reszta skóry stworzenia pokryta była misterną łuską. Zwierzę miało charakter, to niewątpliwe, a przed nim w zielnym gnieździe mieściła się świeca. Gdyby ją zapalił, bestia rozłożyłaby skrzydła, pokazując misterne wzory, które kryły się teraz przez spojrzeniem czarodziei.
Rowle nie przepadał za rzucaniem się w oczy. Miał naturę przyczajonego gada, który czekał tylko na dogodną okazję, a uważne spojrzenia sprawiały że nie mógł działać tak jak sobie wymarzył. Stroik wiec wydawał mu się w pewien sposób kpiną, a przynajmniej wziąłby go za coś takiego, gdyby to nie ostrożne dłonie ciotki go stworzyły. Ciotki, brzmiało tak samo obco jak zawsze, ale kiedy patrzył na wieniec obracał je w myślach niemal karnie, jakby oddalając w ten sposób za karę Helę.
- Heloise go zrobiła. Ja nie miałem zbytnio na to czasu. W sumie pewnie gdyby nie to, że mi go wysłała, to w ogóle zapomniałbym na śmierć, ze coś wypadałoby złożyć. A może i matka wcisnęłaby mi coś karnie w ręce. Lubi ten cały mistycyzm, chociaż może nie w tym wydaniu... - mruknął na koniec z zastanowieniem, rozglądając się po placu. Odnosił wrażenie, że Evelyn było bliżej właśnie do tego tajemniczego mistycyzmu, który rozwijał się za zamkniętymi drzwiami Macmillanów, niż jarmarcznego pokazu że należy spalić dary i oddać je bogini. - Panie przodem? Będę zaraz za tobą - zasugerował miękko, kiwając głową w stronę ołtarza, gdzie leniwie kręcili się ludzie. Tak samo wierni składający swoje rękodzieła, jak i kapłani którzy systematycznie odejmowali je od ołtarza i przenosili by zrobić miejsce na nowe.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast